Tytuł: Brak lęku

O autorze: Ajahn Brahmavamso

Wersja pdf: pdf2.jpg

zobacz źródło

print

Wersja epub: epub2.jpg

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Na dzisiejszym spotkaniu chciałem pomówić o tym, jak strach kontroluje nasze życie, i o tym, jak możemy pokonać większość naszych lęków, i dzięki temu odnaleźć więcej wolności, spokoju i szczęścia w życiu. Chcę poruszyć ten temat dlatego, że otrzymałem e-mail, w którym ktoś napisał, że niektórzy ludzie w USA – szczególnie w kościołach ewangelickich - wierzą, że świat skończy się dwudziestego pierwszego maja. To …jutro. Czyli dzisiejsze spotkanie jest ostatnie. Ale przez to, że to ogłosili – i dlatego, że dostałem ten e-mail – pewien ateista stwierdził, że jeśli nadejdzie koniec świata i wszyscy wierzący pójdą do nieba, to znaczy to, że koty i psy, które według tej religii nie mają duszy, zostaną na ziemi bez opieki. Kochasz swoje zwierzęta, a niedługo cię nie będzie i nikt ich nie nakarmi i nie da im wody albo mleka, ale my, ateiści, nigdzie się nie wybieramy, więc jak skończy się świat, zaopiekujemy się waszymi zwierzętami. I zaczęli pobierać opłaty w wys. 350 dolarów za opiekę nad zwierzętami po końcu świata; zbijali fortunę, bo głupi ludzie myśleli, że nadchodzi koniec świata. Niesamowite, jacy ludzie potrafią być głupi.

Jedna z moich ulubionych sentencji – spisałem ją sobie wiele lat temu – to słowa francuskiego filozofa Voltaire’a, który powiedział, że jedynym sposobem na to, żeby pomieścić w głowie matematyczną koncepcję nieskończoności jest wyobrażenie sobie rozmiarów ludzkiej głupoty. Powodem, dla którego ludzie czasem dają się tak zmanipulować jest to, że można nas kontrolować za pomocą strachu - albo sami pozwalamy, żeby strach nad nami panował.

Jedną z pierwszych rzeczy, których się nauczyłem o buddyzmie było to, że nie ma czegoś takiego jak strach – ścieżka wręcz jasno mówi, żebyśmy starali się pokonać lęk. Jeśli zobaczycie kiedyś buddyjskie figury pokazujące ten gest, to nie znaczy, że zatrzymują ruch uliczny – ten konkretny gest, abhayamudra, oznacza brak lęku, otwartą dłoń; innymi słowy, to sygnał dla wszystkich istot, że nie muszą się bać. To piękny gest. Jako mnisi nie zabijamy i nie krzywdzimy zwierząt i okazujemy życzliwość wszystkim istotom, które spotykamy – wiecie, że nikt nie będzie tutaj na was krzyczeć ani was nie skrzywdzi, i tak samo zwierzęta, które żyją na terenie klasztorów buddyjskich czują się swobodnie i nie boją się. Jeśli odwiedzicie jakiś klasztor, zwierzęta po prostu do was podejdą, bo przez te wszystkie lata zdążyły wyczuć, że nie muszą się bać. To wspaniale być otoczonym zwierzętami, które się ciebie nie boją.

Pamiętam, jak kiedyś podczas odosobnienia w Serpentine, nagle pojawił się wąż tygrysi – był ogromny; mogłem go nawet zmierzyć, bo schował się w cieniu pod ścianą, a wiem, jaką długość ma ta ściana, więc wiem, że miał około 2.7 metra. To był naprawdę spory wąż. Podpełzł do mnie kiedy myłem swoją miskę. Spojrzał na mnie, ja na niego, powiedziałem „cześć, jak się miewasz?” i dalej myłem miskę. W ogóle nie zwracałem na niego uwagi. Kiedy się po chwili odwróciłem, patrzał w inną stronę i tylko jego ogon był skierowany do mnie – a nie był daleko, więc mógłbym mu zrobić krzywdę. Po prostu czuł, że tego nie zrobię, bo tutaj nikt nie krzywdzi węży ani innych stworzeń.

Moja ulubiona historia o wężach – już ją opowiadałem, ale nie mogę się powstrzymać, to świetna historia – to historia o tym, jak kiedyś przez całą noc medytowałem w Tajlandii, a tam mają naprawdę niebezpieczne węże. Te w Australii też są groźne, ale te tajskie czasem kąsają ludzi, a ich jad może zabić. W każdym razie medytowałem całą noc, a o poranku chciałem iść do toalety. Wstałem i poszedłem się załatwić do buszu. W Azji ludzie nie robią tego na stojąco, tylko kucają. Kucam w lesie, zmęczony i nieuważny, pewien, że załatwiam się na patyk. Aż do chwili, kiedy patyk zaczął się ruszać i zdałem sobie sprawę, że sikam na węża. To było bardzo niebezpieczne. Nie radzę tego powtarzać z wężami w Australii. Ale być może węże w Tajlandii umieją rozpoznać mnicha i wiedzą, że nie powinny robić mu krzywdy. Mężczyźni na pewno zrozumieją, jak to jest, kiedy najbardziej wrażliwa część ich ciała znajduje się o kilka centymetrów od pyska węża.

Ten wąż mnie nie ukąsił! Odsunął się i dalej rozkoszował się porankiem. Zastanawiałem się, dlaczego nic nie zrobił, i zdałem sobie sprawę, że nie chodzi tylko o to, że jestem mnichem, a węże już się do nas przyzwyczaiły. Myślę, że chodziło też o to, że to był tajski wąż, więc pewnie był buddystą, i wiedział, że po prostu został pobłogosławiony wodą święconą. Błogosławieństwo prosto z pęcherza. Może podobało mu się też ciepło.

W każdym razie, to był dzień, w którym obsikałem węża i uszło mi to płazem. To dlatego, że mnisi nie żyją w lęku. Zwierzęta ani ludzie się nas nie boją, bo wiedzą, że można podejść blisko, zadawać pytania i wiedzieć, że nikt was nie skrzywdzi, ani fizycznie, ani emocjonalnie. Czy to nie piękne?

Nie chodzi tylko o okazywanie braku lęku zwierzętom, ale też ludziom - dzięki temu nie boicie się tutaj przychodzić. Kiedy zastanawiałem się nad tym, jak poprowadzić dzisiejsze spotkanie, postanowiłem pomówić o trzech rodzajach lęku: o lęku przed fizycznym dyskomfortem, i to jest dobry lęk. Następnie jest strach przed byciem krytykowanym przez innych, a w końcu – i to jest ten aspekt lęku, o którym najbardziej chcę opowiedzieć – lęk przed traceniem rzeczy, do których jesteśmy przywiązani, lęk przed wolnością, pokojem i szczęściem. To jest bardzo ciekawa odmiana lęku.

Ale zacznijmy od dwóch poprzednich. Lęk przed dyskomfortem fizycznym: przed chorobą, bólem, śmiercią. Jako mnich, radzę sobie z tym w ten sposób: co z tego, że choruję? I tak w końcu wszyscy umrzemy. Jeśli coś idzie nie tak i umrzesz wcześnie, to spójrz na to w ten sposób: prawdopodobnie jesteś dobrym człowiekiem, więc pójdziesz do nieba, a przedwczesna śmierć to pójście na skróty zamiast długiego czekania. Jeśli żyjesz długo, to możesz trafić do domu opieki, albo znowu zacząć nosić pieluchy i życie robi się niekomfortowe.

To mi przypomina historię dwóch mężczyzn, którzy siedzieli razem i rozmawiali – a mieli około siedemdziesiątki – i jeden mówi do drugiego: „ech, starość nie radość, wszystko mnie boli, wszystko jest inne; ciężkie jest życie staruszka.” A drugi na to: „no coś ty? Mi się żyje bardzo dobrze, czuje się jak noworodek.” „Jak to?” „Popatrz na mnie: nie mam włosów, zębów, i właśnie znowu zmoczyłem majtki.” Taka właśnie jest starość: powtarzamy to, co robiliśmy na początku życia.

Kiedy odczuwasz lęk, to jako buddysta wiesz, że niezależnie od tego, co się stanie, będziesz umiał sobie z tym poradzić. Wiele rzeczy, których się bałem w życiu, włącznie z fizycznym bólem i niewygodą, były rzeczami, których bałem się irracjonalnie. Każdy z nas doświadczył choroby, bólu, śmierci, i jakoś to przeżyliśmy. Poradziliśmy sobie z tymi doświadczeniami. Czasami może być nam z nimi ciężko, ale po jakimś czasie – być może wiem to, bo żyję już dość długo – zdajemy sobie sprawę, że warto je przeżywać. Wiele się uczymy z trudności i rozczarowań życia. Od tego zaczyna się rozwój. To bóle wzrostowe.

Jeśli byliście w związku, który nie wyszedł, albo bierzecie rozwód, albo dziecko was nie słucha, albo ktoś umiera w rodzinie, albo coś innego się nie układa – tak, to boli kiedy przez to przechodzimy, ale po jakimś czasie możemy spojrzeć wstecz i zobaczyć, jak wiele się nauczyliśmy. To były bóle wzrostowe.

Ostatnio powiedziałem komuś, kto cierpi, bo choruje na raka, że wiele osób ma raka, wiele osób też z niego wychodzi i co prawda ta choroba jest bardzo nieprzyjemna, ale mnóstwo ludzi – nie wiem nawet ilu, było ich zbyt wielu – przyszło później do mnie mówiąc, że ten rak to było najlepsze, co ich spotkało. Kiedy się to słyszy po raz pierwszy, człowiek myśli, że ma do czynienia z szaleńcem, ale kiedy przychodzi dwudziesta, trzydziesta, setna osoba, mówiąc to samo, to chyba jednak coś jest na rzeczy. Ja nigdy nie miałem raka; cierpiałem na inne choroby.

Dlaczego ci ludzie mówią, że to było najlepsze, co ich spotkało? Bo ta choroba, ta trauma, bardzo dużo ich nauczyła. I dlatego mówię, że nieważne, co ci się przytrafiło – ktoś niedawno zadzwonił do mnie, mówiąc, że była śmierć w jego rodzinie; powiedział też, że ma teraz czas na refleksję. Zmarł ktoś bliski i dopiero wtedy miał czas na to, żeby wyrwać się z biegu życia i zastanowić nad sensem życia i nad tym, jak naprawdę powinniśmy żyć. Te doświadczenia są bolesne albo rozczarowujące, ale możemy się z nich tyle nauczyć.

Jeśli o tym pamiętamy, to staje się jasne, że nie ma powodu bać się tych doświadczeń. Tak, mają bolesną stronę, ale możemy też spojrzeć na drugą stronę – czego często nie robimy i przez to przegapiamy pewne rzeczy. Kiedy o tym mówię, ludzie często stwierdzają, że to jakaś pozytywna psychologia, która nie ma nic wspólnego z tym, czego nauczał Buddha, ale jest pewna sutta, która jest częścią starożytnych nauk Buddhy, i pamiętam ją bardzo dobrze, bo kiedy dwadzieścia siedem lat temu przyjeżdżałem do Australii, poprowadziłem ostatnie spotkanie z mnichami w Tajlandii – i ta sutta była nauką, której im udzieliłem.

Pewien mnich podszedł do Buddhy i powiedział: „chcę jechać do odległego kraju i głosić Dhammę, krzewić buddyzm, pomagać ludziom” – zupełnie jak ja, kiedy przyjeżdżałem do Australii. Buddha powiedział: „ten kraj jest bardzo niebezpieczny, ludzie są hardzi i wrogo nastawieni”. Nie mówię, że Australia taka jest, ale ludzie w Tajlandii się śmiali, kiedy usłyszeli to porównanie. Buddha powiedział: „co, jeśli pojedziesz tam i ludzie będą wobec ciebie nieprzychylni i przeklną cię?” „No, ale przynajmniej dostanę jeść.” „A co, jeśli cię nie nakarmią?” „No, to przynajmniej mnie nie pobiją.” „A co, jeśli pobiją?” „To tylko pięść; przecież nie zadźgają mnie sztyletem.” „A co, jeśli zadźgają?” „No to przynajmniej mnie nie zabiją.” „A co jeśli zabiją??” „Wtedy po prostu szybciej pójdę do nieba.”

Wtedy Buddha powiedział: „jesteś prawdziwym mnichem. Możesz jechać.” I pojechał, i oczywiście ludzie nic mu nie zrobili, tak samo, jak nie zrobili nic mi w Australii; to byli bardzo sympatyczni ludzie. W każdym razie ta pozytywna psychologia pochodzi prosto ze słów i z czasów Buddhy. Co, jeśli zachorujesz? - No, przynajmniej nie umrę. – A jeśli umrzesz? No, to przynajmniej wytworzyłeś tyle dobrej kammy, że pójdziesz do nieba, więc nie ma problemu.

Czy zauważyliście, że lęk zawsze wiąże się z negatywnymi rzeczami? Boimy się czegoś, a wtedy widzimy wszystkie negatywne konsekwencje tego, co może się stać. Strach to właśnie negatywność dodana do przyszłości. Nie myślimy o pełnym obrazie tego, co może się stać, tylko o tym, co może się stać złego. Odmawiamy spojrzenia na wszystkie inne opcje. To negatywne spojrzenie na przyszłość. I owszem, przyszłość może być negatywna, ale może też być pozytywna. Nie wiesz, co się stanie za chwilę: może czeka cię rozczarowanie, a może świetna zabawa? Samo życie. Było tak do tej pory i będzie tak w przyszłości. Przelejesz trochę łez, ale czeka cię też dużo radości, więc po co się bać? Jeśli patrzysz na przyszłość całościowo, czyli mądrze, to strach przestaje cię kontrolować. Możesz go wręcz wykorzystać, tak jak w historii, którą opowiadałem w ostatni wtorek i która wszystkich rozbawiła.

Pewien pies wyszedł na spacer w afrykańskim lesie. Zaszedł trochę za daleko i zobaczył go lew. Powiedział: „Z tego psa będzie dobry obiad”, i pies to usłyszał. Ale jak pies może uciec lwu? Ten pies pewnie słuchał transmisji z tych spotkań, bo był bardzo mądry – na pewno był buddystą. Udało mu się znaleźć parę kości, więc usiadł przed nimi, plecami do lwa. Zupełnie nie okazywał lęku. Kiedy lew szykował się do skoku, pies oblizał się i powiedział: „Mmm, pycha. Te lwy są bardzo smaczne. Ciekawe, kiedy trafi mi się następny.” Lew to usłyszał. „O rety, to musi być bardzo groźny pies. Zjadł innego lwa!” – pomyślał lew, po czym odwrócił się i uciekł.

Pewna małpa widziała, co zrobił pies i postanowiła, że nie pozwoli, żeby uszło mu to płazem. Znalazła lwa i powiedziała: „Głupi jesteś, dałeś się oszukać. Ten pies nie zjadł żadnego lwa. Powiedział to tylko, żeby cię odstraszyć.” Lew się zdenerwował. „Zaraz wrócę tam i zjem tego psa!”, powiedział, a małpa postanowiła iść z nim i popatrzeć. Małpa wskoczyła na grzbiet lwa, który pobiegł w stronę psa. Pies, widząc, że lew i małpa wracają, podbiegł znów do kości i odwrócił się do tamtych plecami; kiedy się zbliżyli, znowu się oblizał i powiedział: „Gdzie ta małpa? Obiecała, że przyprowadzi mi następnego lwa!” I w ten sposób mądry pies, który słuchał transmisji ze spotkań z mnichami wywinął się z niebezpieczeństwa.

Ludzie są uprzedzeni i boją się – ale dlaczego się boją? Czego się boicie? Wiele razy jest to lęk przed dyskomfortem fizycznym. Z dyskomfortem można sobie poradzić; jesteście wystarczająco silni, możecie dać sobie z tym radę i czegoś się z tego nauczyć. To ból wzrostowy. I dlatego my, buddyści, się tego nie boimy. Wolelibyśmy nie doświadczać bólu, ale skoro już się trafi, to wiemy, że jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić – jak ze wszystkim innym.

Czymś jeszcze gorszym jest dla wielu osób lęk przed byciem krytykowanym i poniżanym. Lęk przed byciem lekceważonym przez rówieśników i innych ludzi. To ten lęk powstrzymuje ludzi przed nawiązywaniem relacji i wchodzeniem w związki. To ten lęk powstrzymuje ludzi przed wzięciem do ręki mikrofonu i poprowadzeniem spotkania. Kiedy pierwszy raz prowadziłem spotkanie, pokonałem lęk przed tym, co inni o mnie pomyślą przez uświadomienie sobie, że jakkolwiek by mi nie poszło, wszystko i tak ułoży się na moją korzyść: jeśli ludziom nie spodoba się to, co mówię, to wspaniale, bo będę mógł zostać pustelnikiem, a to w zasadzie powinienem robić jako mnich. A jeśli się spodobam, to też wspaniale, bo wtedy mogę się ze wszystkimi dzielić dobrem. Nieważne, czy podoba wam się to, o czym mówię, czy nie – tak czy siak wszystko jest w porządku.

Kilka dni temu miałem występ w radiu – w programie Phillip Adams Tuesday Night Live, albo coś takiego; nie, chyba Late Night Live – to taki program późno w nocy, na szczęście w Perth wtedy nie jest jeszcze aż tak późno. Znalazłem się tam dzięki innemu mnichowi i choć nie przepadam za takimi występami, to pomyślałem – nie szkodzi, jeśli wszystko się uda, to świetnie, a jeśli nie, to przynajmniej nie będą mi więcej zawracać głowy. Wyluzowałem się i czas płynął mi całkiem przyjemnie. W którymś momencie ktoś zapytał, czy buddyzm to religia – bo wiele osób uważa, że buddyzm to filozofia, a nie religia. Odpowiedziałem, że buddyzm jest religią, ze względu na podatki. My też musimy płacić rachunki, więc ulgi podatkowe się przydają.

Zrelaksowane zachowanie, brak lęku sprawiają, że jesteśmy odbierani jako pewni siebie. Jesteśmy w stanie żartować i podchodzić do życia z humorem. Ja opowiadam dowcipy i jeśli komuś się one nie podobają, to nieważne, mi się podobają i o to chodzi. Nieprzejmowanie się tym, co myślą inni pozwala na postępowanie tak, jak sami uważamy za słuszne, mówienie tego, co myślimy i byciem wolnym, zamiast przez całe życie starać się zadowolić innych.

Dawno temu przyjrzałem się swojemu życiu i pomyślałem – czy tak mam żyć? Ciągle się przejmując tym, co myślą inni, tym, jak mnie osądzają i co o mnie mówią? Oczywiście, kiedy pierwszy raz pojawiłem się na Zachodzie jako mnich buddyjski – z łysą głową i w szatach – to była zabawa. Wyglądałem dziwnie, a przez to miała miejsce pewna sytuacja, której nigdy nie zapomnę. Na początku naszego pobytu w Perth mieszkaliśmy w północnej części miasta, na Magnolia Street. Wielu z was zapewne pamięta. Pracowaliśmy tam ciężko – ja byłem głównym budowniczym naszego klasztoru – w piątki Ajahn Jagaro prowadził spotkanie, potem przesypiałem większość weekendu, bo byłem wyczerpany. W poniedziałek załadowywaliśmy naszego starego Volkswagena – to niesamowite ile się w nim mieściło; pamiętam, jak kiedyś odebrałem cały ładunek drewna tym samochodem. Wypchaliśmy go tym drewnem po brzegi, część położyliśmy na dachu; facet, który pakował, stwierdził, że my, mnisi, musimy się naprawdę skutecznie modlić, bo ten samochód nie powinien być w stanie ruszyć z miejsca. Musimy mieć jakąś pomoc z góry.

W każdym razie pewnego dnia załadowujemy samochód, a nagle podchodzi do nas młoda dziewczyna. Miała jakieś dwanaście albo trzynaście lat; odwiedzała właśnie swoją ciotkę, która mieszkała niedaleko. Popatrzyła na mnie, na moją szatę, wzięła się pod boki i zmierzyła mnie od stóp do głów kompletnie zdegustowanym spojrzeniem, takim do jakiego są zdolne tylko dwunastolatki i powiedziała: „Ubiera się pan jak dziewczyna. To chore. Ble!” Bardzo mnie to rozbawiło. Tak się starała mnie zawstydzić i zdenerwować, a mnie to tylko rozśmieszyło. Była bardzo rozczarowana moją reakcją. Właściwie to prawda – byłem ubrany jak dziewczyna, ale jestem mnichem, a nie dziewczyną. Mimo, że noszę szaty.

W każdym razie – nie bójcie się tego, co myślą o was inni. Czasami przez takie rzeczy jak strój, można przynieść ludziom dużo radości. Popatrzcie na swoje ubrania – dzisiaj wszyscy w szarościach. Ja przynajmniej mam coś w bardziej radosnym i pozytywnym kolorze. Tak samo w Anglii: ludzie ciągle chodzą w szaroburych barwach. Gdzie są kolory? Pojechałem kiedyś do pewnego miasta w Black Country – to przemysłowy region w Midlands w Anglii…

Marzniecie? Okażcie ciepło swoich serc. Na tym polega buddyjska klimatyzacja. Jak jest gorąco, podejdzie do tego z chłodnym spokojem. Kiedy jest zimno, okażcie ciepło swojego serca. Buddyjska klima.

Ale wracając do Midlands: pojechałem tam odwiedzić krewnych, i pewnego ranka wybrałem się na spacer z kuzynem. Chcieliśmy zażyć trochę ruchu, więc poszliśmy się przejść. Wszyscy ludzie, których mijaliśmy pokazywali mnie palcami i śmiali się: „haha, popatrzcie na tego faceta!” Nigdzie indziej nikt tak na mnie nie reagował, ale to mi nie przeszkadzało, bo dawałem ludziom trochę radości. A potem zorientowałem się, dlaczego się śmiali. Minęliśmy wielki afisz reklamujący cyrk, który właśnie przyjechał do miasta. Ludzie myśleli, że jestem jednym z klaunów. I dlatego się śmiali.

Czemu macie się przejmować tym, co myślą inni? Oni was nie znają, więc dlaczego martwicie się tym, co myślą albo mówią o was inni? Czy to nie piękne, nie bać się tego, co mówią i myślą inni? I zamiast tego żyć w wolności od lęku, po prostu będąc sobą? Będąc tym, kim się chce i potrzebuje być. Zamiast ciągle starać się zadowolić innych i unikać krytyki. Bo ludzie i tak będą cię krytykować! I tak będą o tobie mówić źle, więc po co starać się ich powstrzymać? I tak nie przestaną, więc jeśli ktoś nazwie mnie idiotą, mogę obrócić to w zabawę – to fajna sprawa być czasami idiotą. Człowiek jest wolny i może robić, co chce.

Czy wiecie, że w Księdze Rekordów Guinnessa Anglicy figurują jako naród z największą liczbą ekscentryków? Pamiętam historię pewnego ekscentryka z Midlands, który mieszkał na dachu. Jadł na dachu, spał na dachu – i to nie tylko latem, zimą też. Czy deszcz, czy śnieg, on siedział na swoim dachu. I był zawsze zdrowy! Ci ekscentrycy zazwyczaj mają końskie zdrowie. Medycyna to potwierdza. To między innymi dlatego, że nie przejmują się tym, co pomyślą inni. Ludzie tak się martwią ocenami innych i są tacy spięci, i zestresowani, że umierają zanim zdążą się zestarzeć. Moja rada na dziś: jak wrócicie do domów, złapcie drabinę i idźcie spać na dachu. Nie, może jednak tego nie róbcie. Nie róbcie tego, bo inaczej ktoś jeszcze pozwie Buddyjskie Towarzystwo Stanu Australia Zachodnia: „Bo Ajahn Brahm powiedział, że mam to zrobić!” Tak, zdecydowanie tego nie róbcie.

To, co mówię, sprowadza się do tego: bądźcie sobą. To znaczy: nie bójcie się tak tego, co o was pomyślą inni. Wyzwólcie się z lęku. Jest taka stara mądrość, którą usłyszałem dawno temu, która mówi o tym, że kiedy jesteśmy młodzi, bardzo przejmujemy się tym, co myślą o nas inni ludzie; to dlatego młode dziewczyny czują przymus podążania za modą i dlatego chłopcy też starają się mieć modne fryzury i szacunek ludzi ulicy, albo dyskoteki. Sami widzicie, że wasze dzieci też tak mają – to, co myślą o nich rówieśnicy jest dla nich bardzo ważne. Wy też przez to przechodziliście: patrzyliście w lusterka i upewnialiście się, że wasi znajomi nie skrytykują was za wasze ubrania i fryzurę.

W młodości bardzo się przejmujemy zdaniem innych, ale po czterdziestce czy pięćdziesiątce nabywasz pewności siebie i to, jak wyglądają twoje włosy i ubranie nie jest już takie ważne. I tak będziesz je nosić tak jak chcesz. Nie obchodzi cię, co pomyślą inni. Jesteś pewien siebie. A potem wreszcie przychodzi sześćdziesiątka. Po dwudziestce bardzo się przejmujesz, co myślą inni, po czterdziestce przestajesz się przejmować, a po sześćdziesiątce odkrywasz, że ludzie w ogóle o tobie nie myśleli. Gdybyście tylko mogli to odkryć teraz! Nikt o was nie myśli, więc róbcie i mówcie, co chcecie. Ludzie i tak o was nie myślą – zazwyczaj myślą o sobie albo o kimś innym. W ten sposób można się całkowicie uwolnić od tego, co myślą inni. Czy to nie wspaniałe? To jak wyjście z więzienia. Nawet lepiej: jeśli dotrzesz na drugą stronę tego lęku, uwolnisz się i będziesz mógł być szczęśliwy i żyć w pokoju.

Zauważyłem, że ludzie, którzy żyją w klasztorach albo zaczynają życie duchowe boją się bardziej w nie zagłębić, mimo, że wiedzą, że jest to możliwe. Znam wiele osób w naszym Towarzystwie, które boją się szczęścia. Jesteśmy wychowywani żeby myśleć, że bycie szczęśliwym to coś złego. Być może myślicie tak: skoro tyle ludzi cierpi, tyle ludzi żyje w biedzie, tyle ludzi głoduje – dlaczego ja mam być szczęśliwy? Powiem wam dlaczego: bo to oznacza jedno zmartwienie mniej dla takich jak ja. Ludzie, którzy głodują i cierpią lubią patrzeć na ludzi szczęśliwych. Podnosi ich to na duchu. Nie używajcie cierpienia innych ludzi jako wymówki, żeby nie być szczęśliwym. Gdyby wszyscy tak myśleli, to nikt nigdy nie byłby szczęśliwy. Wyłam się. Bądź szczęśliwy.

Kolejny, głębszy powód: wiele osób uważa, że nie zasługuje na szczęście. To jedna z przeszkód, z którymi zetknąłem się jako nauczyciel: prowadzisz ludzi i uwalniają się od wielu trudności i obciążeń, a potem tworzą sobie nowe. Po co to robicie? Potem poznaję tych ludzi lepiej i okazuje się, że boją się szczęścia. Są przyzwyczajeni do tego, kim są: do bólu, do trudności. Są przywiązani do cierpienia. To bardzo ciekawe. Wielu z was też jest przywiązanych do cierpienia.

Jest taka historia z początków moich poszukiwań duchowych. W czasach hipisów był taki dziwny facet, nazywał się Ram Dass. Był psychologiem z Harvardu, który odszedł z uniwersytetu, zaczął eksperymentować z narkotykami, pojechał do Indii i wrócił jako guru – wiecie, to jeden z tych zachodnich guru, z długą brodą, koralikami i w ogóle. Wyglądał dziwnie, nawet bardziej niż ja. Taki Ajahn Brahm, tylko z długimi włosami. Czasem pisał nawet ciekawe rzeczy. Jest taka anegdota o jednej z jego uczennic, młodej, dwudziestokilkuletniej dziewczynie, której ojciec leżał w szpitalu, ciężko chory. Zaprosiła Ram Dassa do szpitala, żeby pomógł jej ojcu, który bardzo cierpiał, a lekarze w tym szpitalu nie byli w stanie nic zaradzić. Dziewczyna weszła więc do szpitala z guru i jak tylko jej konserwatywny ojciec zobaczył tego dziwaka z brodą i w szatach, zawołał: „Idź sobie! Nie chcę z tobą rozmawiać!” Więc Ram Dass stał z boku, podczas gdy dziewczyna rozmawiała ze swoim ojcem. Po chwili pomyślał, że skoro i tak nie ma nic do zrobienia, to może pomasuje mu stopy. I zaczął masaż refleksologiczny. To było przyjemne, więc ojciec dziewczyny mu na to pozwolił. Po kilku minutach poczuł, że jego ból zniknął. I kiedy zorientował się, że po tylu dniach był w końcu wolny od bólu, krzyknął: „Zostaw moje stopy!” Wolał cierpieć, niż żeby ulgę w bólu przyniosło mu coś, czego nie rozumiał. Bał się zakwestionować swój światopogląd. Jest wiele sposobów na jakie strach odbiera nam szczęście i nie pozwala nam uśmierzyć bólu.

Pamiętam, jak kiedyś Dennis i ja braliśmy udział w konferencji poświęconej problemowi straty i żałoby i nigdy nie zapomnę jak, po moim wystąpieniu na temat tego, jak uwolnić się od żałoby po stracie członka rodziny, szczególnie, jeśli była to tragiczna śmierć, naskoczyła na mnie starsza kobieta, która była na mnie zła za to, że próbowałem odebrać jej żałobę. Zrozumiałem, że ta kobieta była przywiązana do swojego cierpienia i bała się pozwolić mu odejść. Gdyby to zrobiła, byłaby wolna, ale ona wolała żyć z bólem. Ludzie często przywiązują się do rzeczy, również tych negatywnych. Bo lęk zawsze bierze się ze świadomości, że coś, do czego jesteśmy przywiązani jest nam odbierane. To przywiązanie staje się źródłem lęku. „To mój ból, to moja żałoba i nie chcę, żeby ktoś mi je odebrał.”

Kiedy Buddha zaczął mówić o przywiązaniach, zagłębił się mocno w mechanizm funkcjonowania umysłu człowieka i dotarł do źródła lęku. Do im większej liczby rzeczy się przywiązujesz, tym bardziej narażasz się na lęk. Jeśli jesteś przywiązany do rzeczy w swoim domu - boisz się włamywaczy. Jeśli uświadomisz sobie, że te rzeczy nie należą do ciebie, tylko tymczasowo z nich korzystasz, to czy włamywacz przyjdzie czy nie - cóż, to tylko przedmioty. Być może jesteś przywiązany do relacji z innymi ludźmi i uważasz, że to najważniejsza część twojego życia, i myślisz, że nie mógłbyś żyć bez swojego partnera – tak naprawdę poradziłbyś sobie całkiem nieźle, tylko musiałbyś się przyzwyczaić do życia bez tej osoby. Większość ludzi daje sobie z tym radę.

Ale jeśli bardzo się do czegoś przywiązujesz, pojawia się strach. Wracając do związków: jeśli myślisz, że nie możesz bez kogoś żyć, to ten lęk, który bierze się z przywiązania, rodzi potrzebę kontroli. Lęk ma początek w przywiązaniu, ale prowadzi do kontrolowania. Czasami ludzie tak się boją stracić partnera, że kontrolują go w takim stopniu, że związek zamienia się w więzienie i się rozpada. To bardzo smutne: przez potrzebę kontrolowania doprowadzasz do tego, czego się bałeś. Czy zauważyliście, że to lęk jest zawsze źródłem potrzeby kontrolowania? Dlatego rządy używają lęku, albo religie. Świat skończy się jutro! To forma kontroli. Za dużo imigrantów przypływa do Australii. To też forma kontroli. Lęk jest narzędziem kontroli. Ten cały strach przed tym, że coś pójdzie nie tak w twoim życiu sprawia, że kontrolujesz swoje ciało, to, jak żyjesz, trzymasz się rzeczy kurczowo, spinasz się, nie umiesz się wyluzować – i przez to rzeczy faktycznie idą nie tak. Ilu ludzi boi się raka i innych strasznych chorób? Mnóstwo ludzi się ich boi. I to ci ludzie zazwyczaj chorują.

W Tajlandii wiele razy bywałem w miejscach ogarniętych malarią. Inni chorowali, ja nie. Myślę, że to dlatego, że nie bałem się choroby, a skoro się nie bałem, nie byłem spięty, a skoro nie byłem spięty i zestresowany, mój system odpornościowy był mocniejszy. Dlaczego niektórzy chorują, a inni nie? Lęk jest jednym z głównych powodów – lęk, kontrola, napięcie, stres osłabiają układ odpornościowy. Uważajcie na lęk.

Ale wracając do lęku wynikającego z przywiązania. Do czego jestem przywiązany? Nie jestem przywiązany do mojej reputacji – dlatego mówię, o czym chcę. Czasem przez pomyłkę mówię coś głupiego, trudno, nie będę się tym przejmować. Nie jestem przywiązany do reputacji ani do przedmiotów, więc jeśli coś zgubię, to też ok, to i tak nie należało do mnie. Jeśli się rozchoruję i umrę to nic; moje ciało też do mnie nie należy, mogę się od niego uwolnić.

Ale w szczególności nie przywiązuję się do bólu i cierpienia. Pozwalam sobie na szczęście, nie boję się być szczęśliwym. Czy wy się tego boicie? Dlaczego nie potraficie cieszyć się szczęściem, kiedy was spotyka? Dlaczego, kiedy przytrafia wam się piękny dzień, myślicie: „Coś musi być nie tak. Jestem szczęśliwy!”

Wiele lat temu przyjechała do Perth pewna mniszka; była z Australii ale została wyświęcona w Wielkiej Brytanii. Wydarzyło się coś, co mnie zasmuciło: wchodziła w bardzo głęboką medytację; prawie, że osiągnęła jhanę, stan niesamowitej szczęśliwości i siły. Już prawie doszła do tego etapu. Ja ją uczyłem i zachęcałem, wskazując jej jak pokonać kolejne przeszkody, i naprawdę była już bardzo blisko, ale nie była w stanie zrobić kolejnego kroku. Nie wiedziałem, dlaczego tak się dzieje, dlaczego nie jest w stanie przejść tej drogi do końca. W końcu powiedziała: „Nie sądzę, że zasługuję na takie szczęście”. Kiedy to usłyszałem, poczułem, jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Pomyślałem: „Daj spokój, zasługujesz na to szczęście. Kto ci powiedział, że jest inaczej? Czemu nie możesz być wolna? Kto to powiedział?”

W wielu przypadkach jest to wina tego, jak jesteśmy wychowywani. Myślimy: „Nie, nie zasługujesz na szczęście, musisz na nie zapracować.” Albo że musimy coś zrobić, żeby je dostać. Albo pomodlić się do jakiegoś boga i wtedy być może otrzymamy szczęście po śmierci. Albo musisz osiągnąć oświecenie i dopiero wtedy możesz doznać szczęścia. Tyle w naszych życiach mówi nam: „Nie, teraz nie możesz być szczęśliwy”. To coś, co odrzuciłem, bo zdałem sobie sprawę, że coś tu jest nie tak. Niczego nie potrzebujemy do szczęścia. Do szczęścia nie ma biletu wstępu. Każde z was się kwalifikuje. Nikt nie jest odrzucony. To nie jest jakiś elitarny klub, gdzie członkostwo zależy od głosowania, albo od bogactwa i znajomości. Klub szczęśliwych jest otwarty dla każdego. Proszę wejdź i baw się dobrze.

Jednym z powodów, dla których się boimy jest to, że kiedy jesteśmy naprawdę szczęśliwi, to wtedy właśnie tracimy kontrolę i dajemy się ponieść. Takie jest szczęście: nie można kontrolować. Trzeba po prostu oddać się szczęściu. Kiedy zaczynamy coś kontrolować, to zazwyczaj to psujemy, a kiedy odpuścimy kontrolę, przychodzi szczęście. Dlatego medytujemy – wtedy możemy sami tego doświadczyć. Jeśli staramy się medytować, to nie działa. Jeśli się uwolnimy, wszystko działa jak trzeba.

Kilka dni temu rozmawiałem z mnichami – podwoziłem akurat Ajahna Brahmali, który właśnie wrócił z Singapuru w czwartek; czyli to było wczoraj – o pewnej kobiecie z Kuala Lumpur, która brała udział w odosobnieniu, które prowadziłem w Kuala Lumpur i która, podobnie jak pozostali, nie robiła wielkich postępów. Próbowałem nauczyć ich oddychania i wyciszania, ale z kiepskim skutkiem. Po ośmiu czy dziewięciu frustrujących dniach, odosobnienie dobiegło końca. Zakończyłem, pobłogosławiłem ich, odbyliśmy ostatnią medytację. Lunch miał być za czterdzieści pięć minut, a potem miałem jechać autobusem na lotnisko.

Ten wolny czas był po to, żeby ludzie posprzątali w swoich pokojach, ale ta kobieta miała jechać jakimś późniejszym autobusem, więc miała i tak zostać dłużej niż inni. Powiedziała, że miała godzinę i nie miała co robić, więc postanowiła pomedytować. Żeby zabić czas. I dopiero wtedy, kiedy nie miała żadnych oczekiwań, nie starała się kontrolować umysłu, po prostu nie robiła nic, udała jej się wspaniała medytacja. Uwielbiam, kiedy ludziom udaje się pierwsza naprawdę głęboka medytacja, bo kiedy skończą, można ich tylko porównać do nastolatków którzy po raz pierwszy się zakochali. Błyszczą im oczy, cały świat jest piękny. „Ajahn Brahm, wszystko jest takie piękne, życie jest piękne, jestem taki szczęśliwy”. Tak działa głęboka medytacja: wyzwala w nas ogromną radość.

Tak samo było z tą kobietą: nie oczekiwała niczego, przestała się kontrolować i doświadczyła tej radości. Ale czasem ludzie boją się szczęścia. Nie bójcie się. Tak, stracicie kontrolę, ale i tak nie możecie kontrolować rzeczy; odpuśćcie. Po co wszystko kontrolować? Przecież jest ci dobrze. Musisz zejść sobie samemu z drogi, bo to ty jesteś przeszkodą. Przywiązanie, kontrola, posiadanie – to musi zniknąć jeśli chcesz doświadczyć stanu prawdziwego szczęścia. Więc dlaczego się boimy?

Mówię o tym, bo nawet Buddha wspominał, że na ścieżce duchowej spotykamy wiele przeszkód biorących się ze strachu: strachu przed tym, czy zasługujemy na to, żeby iść dalej, strachu przed ogromnym szczęściem i poczuciem siły, które czeka, jeśli pójdziemy dalej. Uwolnijcie się od tego lęku. Pokonajcie go. Zasługujecie na szczęście. Jesteście w stanie iść dalej. A poczucie niekontrolowanej radości jest tego warte.

Z osobistych anegdotek: pamiętam, jak kiedyś byłem bardzo blisko stanu głębokiej medytacji i miałem uczucie, że stoję na krawędzi klifu. Nie chciałem skakać, bo czy dam radę? To budzi lęk, bo można naprawdę stracić poczucie własnego ja i kontrolę. Ale to, co widzisz poza krawędzią wygląda tak ładnie: tyle radości i piękna. Ale z drugiej strony jest strach. „Ale tam jest tak pięknie – nie, nie dam rady – ale tam jest tak ładnie!” No i w końcu zrobiłem krok do przodu.

Ci z was, którzy mają odwagę i zamiłowanie do przygód: to wy robicie wielkie kroki w życiu duchowym. Macie odwagę, żeby się uwolnić i pozwolić szczęściu wypełnić wasze życie. Odwaga bycia wolnym. Często mówię, że życie jest jak więzienie: jesteś w celi, ale powinieneś wiedzieć, że drzwi tej celi są otwarte. Możesz wyjść w każdej chwili. Ale tak jak prawdziwi więźniowie, ludzie czasem nie chcą być wolni, bo boją się świata na zewnątrz, boją się nowych, obcych rzeczy, a nawet szczęścia. Chyba wiecie, o czym mówię? Być może więzieniem jest twoja przeszłość, poczucie winy przez coś, co zrobiłeś; być może jest nim twoje poczucie bezpieczeństwa. Ale przeżywajcie przygody. Bądźcie wolni. Żyjcie w pokoju. Pozwólcie przyjść szczęściu i nie bójcie się go. Nie myślcie, że gdzieś tam na pewno czai się coś niedobrego.

Jednym z najbardziej radykalnych odłamów chrześcijaństwa jest purytanizm – ktoś kiedyś przysłał mi definicję purytanizmu: była oparta na lęku, lęku przed tym, że gdzieś, ktoś jest szczęśliwy. „Bez bólu nie ma zysku”, powtarzają. To nieprawda. Zysku nie ma bez szczęścia. To jest buddyjska ścieżka. Bez szczęścia nic nie zyskujemy. To powinna być szczęśliwa ścieżka.

Nie bójcie się tego szczęścia. Im więcej przychodzicie w takie miejsca jak to, tym bardziej rozwijacie umiejętność medytowania i pogłębiacie zrozumienie. Dzięki temu stajecie się coraz bardziej szczęśliwi. O to właśnie tu chodzi: o uwalnianie się od problemów, od cierpienia – o bycie wolnym! Nie bójcie się wolności. Jesteście jak ptaki wykluwające się z jajek, rozbijające skorupkę – to musi być przerażające. Pierwszy lot jest pewnie jeszcze straszniejszy. Ale jak już zaczniesz, to rodzice nie mogą cię więcej powstrzymywać. Małe ptaszki wylatują i żyją własnym życiem. Na tym polega życie duchowe: na wolności i odlocie. Wykluwasz się z jajka, opuszczasz rodziców, zostawiasz za sobą wszystko co znasz, ale zew wolności i szczęścia jest ogromny. Nie będziesz w stanie się powstrzymać.

Nie bój się wolności; nie bój się szczęścia. Kiedy pojawią się przeszkody, wybierz ścieżkę szczęścia i wolności; wybierz ścieżkę pokoju. Warto. Nie musisz ciągle być w życiu czymś zajęty. Ja ciągle coś robię, ale to tylko dlatego, że przyjmuję zaproszenia. Bądź wolny, nie rób nic, bądź szczęśliwy. I zobacz co się stanie.

Zgubiłem zegarek, ale zegar z tyłu się zatrzymał, więc pewnie już czas kończyć. To było spotkanie na temat lęku i pokonywania go – szczególnie pokonywania lęku przed wolnością i szczęściem. Dziękuję za wysłuchanie.

Sadhu, sadhu, sadhu!

Jakieś pytania? Proszę, nie bójcie się pytać.

[pytanie z widowni]

Uważałeś, to dobrze. Czy jesteś w stanie głębokiej medytacji? Kontemplujesz pustkę?

[pytanie z widowni]

Masz przyjaciela, który choruje na raka. Traci wzrok? Znam wiele osób niepełnosprawnych – w większym lub mniejszym stopniu – i w większości, odkryli, że ich życie przez to nie straciło na jakości, i że są ważniejsze rzeczy, ważniejsze nawet od wzroku czy słuchu. W jednej z moich książek opisałem przypadek, o którym czytałem w pewnym magazynie naukowym. Pewien chłopiec urodził się głuchy; pewnego razu, rodzice zabrali go na badania. Ich lekarz właśnie przeczytał artykuł o tym, że naukowcy odkryli, że u dziesięciu procent dzieci, które rodzą się głuche, można przywrócić słuch za pomocą bardzo prostej operacji. Ale tylko u niewielkiego procenta. Lekarz stwierdził, że ten chłopiec może się znajdować wśród tych dziesięciu procent i zapytał, czy rodzice chcieliby spróbować. Rodzice zapytali, czy to będzie bolesne; lekarz powiedział, że pewnie nie będzie to przyjemne, ale być może chłopiec będzie słyszeć dzięki temu zabiegowi. Rodzice zgodzili się na operację, i udało się. Chłopiec słyszał. Jak tylko skończył się okres rekonwalescencji, chłopiec rozgniewał się na rodziców: „Dlaczego nie zapytaliście mnie, czy chcę słyszeć? Ciągle słyszę okropny hałas. Jeśli naprawdę chcecie mi pomóc, dajcie mi kolejną rękę, której mogę użyć, żeby doświadczać świata tak, jak inni używają dźwięku.

Wtedy zrozumiałem, że ten chłopiec rozumiał życie jako osoba niesłysząca, i uważał, że tak było lepiej. Wolał nie słyszeć, bo dzięki temu mógł użyć tej części swojego umysłu, która przetwarzałaby dźwięk na poznawanie świata innymi zmysłami. U ludzi, którzy nie mają jednego zmysłu, umysł nadrabia brak wyostrzając inne zmysły. Zmysł wzroku może szwankować, ale umysł sobie z tym radzi. Umysł nie jest niepełnosprawny tylko dlatego, że brakuje któregoś zmysłu.

Ludzie, którzy przeżyli traumatyczne doświadczenia, osoby sparaliżowane posiadają siłę umysłu, która nadaje ich życiu niezwykłą jakość. Na przykład Stephen Hawking – genialny matematyk i filozof. Miał około dwudziestu lat, kiedy zdiagnozowano u niego stwardnienie rozsiane. Występuje w telewizji, mówiąc tylko przez syntezator głosu. Ma wspaniały, mocny umysł. I nie chodzi tylko o jego nadzwyczajne zdolności naukowe, ale też o jakość jego życia: to szczęśliwy człowiek. Przykuty do wózka, ledwo mówi. Ale niepełnosprawność dotyczy ciała; nie wolno jej pozwolić, żeby ograniczyła umysł. Cytując Buddhę, nawet jeśli choruje ciało, umysł nie musi chorować razem z nim.

Wiele osób jednak to robi: identyfikują się ze swoim ciałem tak bardzo, że kiedy jakaś jego część wysiada, myślą, że to koniec. To nie koniec. Umysł jest ponad tym. Jeśli nie widzisz, inne zmysły stają się ostrzejsze: słyszysz lepiej i więcej czujesz. Ludzie mówią: „Czuję rzeczy, których pan nigdy nie będzie w stanie poczuć, Ajahn Brahm”. „Słyszę rzeczy, które są poza pana zasięgiem. Czy jestem niepełnosprawny? To pan jest niepełnosprawny.” Rozumiesz? Spróbuj to przekazać swojemu przyjacielowi.

A, nie spodoba mu się to. No cóż, jeśli mu się to nie spodoba, to może mu tego nie mów – a przynajmniej nie wszystko na raz. Ale kiedy będzie tracił wzrok, spróbuj go zachęcić, żeby skupił się na tych częściach siebie, które się wzmocnią – bo tak będzie, tylko musi odkryć, które to części. Czyli spróbuj dać mu jakieś zajęcie, coś do znalezienia, jakiś cel.

OK, chyba za parę minut mogę was wypuścić.


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na tej stronie: https://www.youtube.com/watch?v=uIMWm5JnNrE&index=121&list=UU6M_EhnSSdTG_SXUp6IAWmQ

Źródło: bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii