Tytuł: Decyzje

O autorze: Ajahn Brahmavamso

Wersja pdf: pdf2.jpg

zobacz źródło

print

Wersja epub: epub2.jpg

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Jak zwykle w piątkowe popołudnie, kiedy przychodzę do tego ośrodka buddyjskiego wygłosić wieczorną mowę, muszę podjąć decyzję, o czym będę mówił. Tego wieczoru zdecydowałem się na mowę o… decyzjach.

Po południu musiałem udać się do Baddings, ponieważ choć mnisi zazwyczaj nie chodzą na zakupy, to jeśli chodzi o kupno narzędzi, jest inaczej. Budujemy właśnie nasz ośrodek medytacyjny w Serpentine i budowniczy poprosił mnie o wybranie kolorów dla domków, w których mieszkać będą medytujący. Stoję więc przed tą okropną decyzją: jaki kolor będzie odpowiedni? Myślałem, że wybór jest prosty, dopóki nie dostałem katalogu z kolorami. Ile ich tam jest! Nigdy nie myślałem, że takie kolory w ogóle istnieją. Nie mówiąc już o ich nazwach, wiecie, są kolory takie jak „Dynamit” czy głupi kolor „Pomyleniec”. Tyleż kolorów! I zdałem sobie sprawę, jak musicie się czuć, będąc zmuszeni robić zakupy każdego dnia. Taki duży wybór musi doprowadzać was do szaleństwa.

Tak więc dziś wieczorem wygłoszę mowę o podejmowaniu decyzji. Nie tylko zwykłych decyzji, takich jak wybór koloru, którym pomalujecie ściany. W centrum odosobnień i tak nie ma to większego znaczenia, nieprawdaż? Przez większość czasu ludzie mają przecież zamknięte oczy, więc nie zwracają uwagi na kolor ścian. A nawet jeśli kolor wyjdzie kiepski, zawsze mogę rozdawać okulary przeciwsłoneczne.

Cokolwiek się zdarza, każdy z nas musi od czasu do czasu podejmować decyzje: czasem małe, czasem duże. Niektórzy ludzie poważnie stresują się decyzjami, które muszą podejmować w swoim życiu. Nie wiedzą bowiem, jak je podejmować. Tak więc dzisiaj porozmawiamy o decyzjach, czym są, jak je podejmować i jakie to proste.

Jedną z istotnych rzeczy dotyczących podejmowania decyzji, których nauczyłem się w życiu jest to, że nie są one aż tak ważne. Okazało się, że wiele z decyzji, którymi się zamartwiałem, które spędzały mi sen z powiek, kiedy byłem młodzieńcem, były całkowicie nieistotne dla mojej życiowej drogi. Mówię o wszystkich tych decyzjach, które podejmowałem jako młody człowiek: dotyczące wyboru uniwersytetu, kierunku studiów, decyzje o randce z tą czy z tamtą dziewczyną. Jakaż strata czasu! Przeważnie jest tak, że gdybyś wiedział, co ci się przydarzy w przyszłości, nie musiałbyś się martwić. Gdybym wiedział, że zostanę mnichem, naturalnie nie musiałbym zamartwiać się takimi banałami. Tak samo jest z wami.

Tak czy owak, jest jedna rzecz, która na pewno wam się przydarzy: umrzecie. Jaki jest więc sens niepokoić się o te wszystkie decyzje? Jedną z ważnych spraw, o których pamiętam i którą staram się przekazać ludziom, jest taka: wiedzcie, że nie ma czegoś takiego jak „właściwa” decyzja czy „niewłaściwa” decyzja, „dobra” czy „zła” decyzja. Bez tej wiedzy myślę, że ciężko wam będzie podjąć decyzję czy dokonać wyboru. Kiedy funkcjonuje pojęcie „dobrej” lub „złej” decyzji, jesteśmy pod presją, gdyż nie chcemy po raz kolejny nawalić, popełniając błąd. I musimy podjąć „właściwą” decyzję. Jeśli przypomnicie sobie wszystkie decyzje, które do tej pory podjęliście, dostrzeżecie, że naprawdę nie ma czegoś takiego jak „dobra” czy „zła” decyzja, są tylko różne rezultaty. Podobnie jak droga, którą tutaj dotarliście dziś wieczór. Nie jestem pewien, jaką preferujecie trasę, by dotrzeć do tego ośrodka w piątkowy wieczór – jest wiele możliwości. Pewnie, że niektóre trasy są dłuższe, niektóre krótsze, jedne ładniejsze, inne niezbyt urodziwe. Ale żadna z nich nie jest „dobra” czy „zła”. Jest po prostu inną drogą dotarcia tutaj.

Osobiście uważam, że większość decyzji, które podejmujecie w życiu, nie ma znaczenia, jakie one będą, zawsze można je później spożytkować, by dotrzeć tam, gdzie chcecie. Tak więc zrozumcie, że jakąkolwiek decyzję wybierzecie, nie będzie ona ani wspaniała, ani zła. To tylko decyzja, i tyle. Po prostu daje wam różne możliwości, nad którymi możecie popracować. Zrozumcie, że jakiekolwiek decyzje podejmiecie, zawsze możecie coś z nimi zrobić, zawsze da się je jakoś przekształcić. Takie myślenie powoduje odjęcie strachu towarzyszącemu podejmowaniu decyzji. Nie jesteście już sparaliżowani wyborem. Nie pomyślicie: „O rany! Będę musiał dokonać wyboru, będzie to decyzja na wagę życia i śmierci”. Ludzie mają tendencję do wyolbrzymiania znaczenia decyzji, które mają podjąć, ponad wszelkie proporcje. Decyzje na wagę życia i śmierci są chyba wielką sprawą. Ale my jesteśmy buddystami. Buddyści nie podchodzą do decyzji w ten sposób. Jeśli popełnisz błąd i umrzesz, wracasz ponownie. Więc kiedy umierasz, nie jest to koniec świata. Jest to jedna z przyjemniejszych rzeczy w byciu buddystą. Wiecie – każdy dostaje kolejną szansę.

Dostajesz wiele szans, więc podejmowanie decyzji nie jest czymś naglącym. Nawet jeśli popełniasz błędy, zawsze możesz obrócić je w coś pozytywnego. Taki sposób myślenia odejmuje najważniejsze trudności i udręki towarzyszące podejmowaniu decyzji. Takie jak strach przed popełnieniem błędu, przed utratą godności, przed stratą wiarygodności, przed zrobieniem z siebie głupka, idioty. Wspaniale jest nie przejmować się tym, co inni ludzie o tobie myślą. I zdać sobie sprawę, że jakąkolwiek decyzję podejmiesz, nie jesteś głupcem, po prostu podjąłeś decyzję, to wszystko. Spróbuj, zobacz co się zdarzy, zawsze możesz iść naprzód.

Takim oto sposobem łatwo jest podejmować decyzje, ponieważ nie towarzyszy temu strach, nie ma tego okropnego poczucia winy. Po prostu dokonujesz wyboru i obserwujesz, co z tego wyniknie, wiedząc, że zawsze możesz stworzyć coś pozytywnego z decyzji, którą podjąłeś. Czy wybierzesz żółty, czy brązowy kolor, zawsze możesz spożytkować każdą farbę, jaka by nie była. To tylko farba, i tyle.

Czy zauważyliście, jakimi decyzjami ludzie się zamartwiają: „O rany, co ja mam na siebie włożyć dziś wieczorem?!” Wielkie rzeczy, nikt oprócz ciebie nie przejmuje się tym, co masz na sobie. Dlatego kiedy nie zamartwiasz się swymi decyzjami, kiedy nie wyolbrzymiasz ich znaczenia, ponieważ nie bawisz się w poczucie winy czy łechtanie własnego ego, oceniając swoje wybory jako dobre lub złe, bo nie ma „dobrych” czy „złych” decyzji – wtedy decyzje są łatwiejsze i znacznie mniej stresujące.

Jeśli cofnąć się do przyczyn utrudniających ludziom podejmowanie decyzji, to sprowadzają się do tego, w jaki sposób byłeś społecznie ukształtowany. Kiedy byłeś bardzo młodym człowiekiem, winiono cię i karano za podejmowanie tak zwanych „złych” decyzji. Znam to z własnego doświadczenia i nie mogłem zrozumieć w czym rzecz, po prostu podjąłem decyzję, popełniłem błąd, i co z tego? Pomyliłem się, wielkie mi rzeczy. W przyszłości lepiej się postaram. Jednak ponieważ w mój proces podejmowania decyzji wplątane było pojęcie kary i byłem praktycznie zmuszony odczuwać, że podjąłem niewłaściwą decyzję czy dokonałem złego wyboru, wpłynęło to paraliżująco na moją zdolność podejmowania decyzji. Jakbym zrobił coś strasznie, okropnie złego i niewłaściwego, jakbym wybrał niedobrą drogę.

Jedną z przyjemnych rzeczy, jaką odkryłem, będąc buddystą, jest brak kary. Kiedy byłem młodym człowiekiem, pojęcie karania samego siebie, czyli poczucie winy lub wymierzanie kary innym, czyli złość i chęć zemsty, przenigdy nie miały dla mnie sensu. Ale było mi to niejako narzucone przez kulturę, w której się wychowałem. Jeśli ktoś popełnił błąd, innymi słowy, jeśli dokonał w życiu „złego” wyboru, powinien zostać ukarany. Czy to naprawdę pomaga? Wiecie, jeśli ktoś dokonał w życiu złego wyboru, zrobił coś niedobrego – jeśli faktycznie jest to coś niedobrego, bo sam nie jestem pewien, czy zupełnie pojmuję, co to dokładnie oznacza – ta osoba po prostu dokonała jakiegoś wyboru, który skutkował odrobiną cierpienia. Proszę, wyciągnijcie z tego wnioski. Nie trzeba podsycać cierpienia, dokładając do tego karę czy jakąś pokutę. Wyciągajmy wnioski, uczmy się i dojrzewajmy dzięki temu. Kara tak naprawdę pogarsza jeszcze problem i na dodatek sprawia, że ludzie coraz bardziej boją się podejmowania decyzji w życiu.

Tak więc, ponieważ pojęcie kary było nieodłącznie związane z tak zwanymi „złymi” wyborami, jak większość z was obawiałem się podejmowania decyzji. Zamiast tego, kiedy podejmujemy decyzję, weźmy pod uwagę, że jakikolwiek będzie rezultat, nie jest powiązany z żadną karą czy nagrodą – podjęliśmy decyzję, a teraz zobaczmy, co z tym dalej zrobić. Tym sposobem cokolwiek się zdarzy, zawsze możecie coś z tym zrobić, takiej lekcji nauczyłem się w życiu. Jeśli zbuduję klasztor w ten sposób, jeśli zbuduję go w inny sposób, jeśli wygłoszę mowę na ten temat, jeśli wygłoszę mowę na tamten temat – nie ma znaczenia, od czego zacznę. Znaczenie ma, jak rozwiniecie sytuację, którą dla siebie stworzyliście. I odkryjecie, że prawo kammy oznacza, iż życie nieustannie się zmienia, zawsze możesz spożytkować to, co masz. W życiu nie ma czegoś takiego jak błąd.

Ilu z was dokonało kiedyś wyboru i pomyślało: „O rany, to był poważny błąd!”? Ale po jakimś czasie, po miesiącu, roku, po kilku latach zdajecie sobie sprawę, że była to najlepsza rzecz, która wam się przytrafiła. I że naprawdę zmieniła wasze życie. A ilu z was zrobiło kiedyś coś, co wydawało wam się naprawdę wspaniałe, myśleliście, że będzie to wielki sukces, a później zdaliście sobie sprawę, że tak naprawdę zrujnowało to wam całe życie? Czasem nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy dana rzecz, wybór, wyjdzie nam na dobre czy nie, ale jesteśmy w stanie sprawić, że wyjdzie nam na dobre.

W życiu nie chodzi bowiem o to, co wybierzemy, czy będzie to żółta farba, czy brązowa, czy poślubimy tego mężczyznę, czy tamtego. Mówiłem wam o tym wiele razy, udzielam wielu porad małżeńskich. Sądzisz, że poślubiłaś niewłaściwego faceta… Co rozumiesz pod pojęciem „niewłaściwy facet”? Oni są wszyscy tacy sami! Wierzcie mi. Nie ma czegoś takiego jak „właściwy” facet czy „niewłaściwy” facet, czy też „odpowiednia” dziewczyna czy „nieodpowiednia” dziewczyna. Kiedy uświadomisz sobie, że tak czy siak wszyscy oni są tacy sami?! Poślubiłeś tę osobę, więc spraw, żeby wasze małżeństwo było udane. Spraw, by się udało. I wiecie, czasem tak się dzieje. Wciąż funkcjonują społeczeństwa, w których małżeństwa są aranżowane. Niesamowita sprawa, myślę, że statystyki pokazują, iż niezależnie od tego czy małżeństwo było aranżowane, czy sam wybrałeś partnera, wskaźnik powodzenia jest taki sam. To, że sam dokonałeś wyboru, nie gwarantuje, że związek będzie bardziej udany. Czasem kiedy ktoś inny wybiera za ciebie, szanse na udany czy zepsuty związek są takie same. To tak jak z losami na loterii, po prostu wybierz jakiś numerek i zwiążesz się z tą osobą, która ma ten sam, co ty, i spędzisz resztę życia. Potrafisz tak?

Kiedy podejmujecie decyzje, róbcie to szybko i nauczcie się z nimi żyć. Spożytkujcie je w jakiś sposób. Poczujecie, że kiedy już to zrobiliście, to faktycznie działa i naprawdę odkryjecie, że nie ma co już tak mocno obawiać się podejmowania decyzji. W którąkolwiek stronę ruszycie, na prawo czy na lewo, nigdy nie oznacza to końca świata, nie ma aż takiego znaczenia. Daje wam po prostu różne opcje do wykorzystanie w życiu, rozmaite ścieżki. I nigdy nie powiecie już, że jedna ze ścieżek jest lepsza od drugiej. Jest po prostu inna, to wszystko.

Kiedyś czytałem o tym, jak Buddha opisywał proces podejmowania decyzji: zawsze powtarzał, że istnieją cztery czynniki, na które powinno się zważać przed podjęciem decyzji. Trzeba sprawdzić, czy nie działamy pod wpływem tych czterech czynników. Oto one:

1. Kierowanie się własnymi korzyściami – co z tego będę miał?
2. Kierowanie się złą wolą lub chęcią zemsty.

We wtorek wygłosiłem mowę w chrześcijańskiej szkole podstawowej, przytaczając moje ulubione powiedzenie: „Nie potrzeba złej woli, a zwłaszcza zbędna jest zemsta. Wiecie, jeśli jesteście chrześcijanami i ktoś postąpił wobec was niewłaściwie, zranił was, oszukał, znęcał się nad wami, skrzywdził, to jeśli jesteście chrześcijanami – Bóg zrobi z tym porządek. W ogóle nie musicie się tym przejmować. Zrzućcie odpowiedzialność na Boga. On to załatwi. Jeśli jesteście muzułmanami, jest to zadanie Allaha, jeśli jesteście żydami – to zadanie Jehowy. A jeśli jesteście buddystami, to nie wierzycie w Boga. Więc co się dzieje z buddystami? Buddyści mówią: „Nie musisz szukać zemsty, bo kamma i tak dorwie tego chama!”.

Wybaczcie proszę moje słownictwo, ale kiedy mówię w ten sposób, to potem łatwiej wam to zapamiętać. To po prostu moje narzędzie pracy. Tak więc nie trzeba szukać zemsty. Dokonujemy wyboru, bez złych intencji, bez chęci zemsty, nie kierujemy się chęcią zranienia kogokolwiek. Kolejny czynnik:

3. Niepodejmowanie decyzji pod wpływem ułudy czy niewiedzy.

To bardzo ważny punkt, ponieważ jesteśmy istotami odpowiedzialnymi, a nasze decyzje często oddziałują na inne osoby, mają wpływ na nas samych, tworzą różnorakie ścieżki, a my chcemy wybrać tę optymalną. Ale zawsze możemy spożytkować każdą ścieżkę, ważne jest, aby przed podjęciem decyzji zebrać jak największą ilość informacji i upewnić się, że jesteśmy dobrze poinformowani. O czwartym z czynników mówiłem kilka minut temu:

4. Nigdy nie podejmujcie decyzji, kierując się strachem.

Jest to jedna z najważniejszych części w procesie podejmowania decyzji, ponieważ tak wielu ludzi dokonuje wyborów pod wpływem strachu lub nie podejmuje decyzji z obawy przed czymś. Jest to strach wywodzący się z obawy przed karą, przed popełnieniem tak zwanej „złej” decyzji. I to paraliżuje tak wiele osób.

Kiedy wybrałem się do tego sklepu po katalog kolorów, mogłem myśleć w ten sposób: „Boję się. A co będzie, jeśli wybiorę zły kolor? Co pomyślą ci wszyscy ludzie, którzy ofiarowali pieniądze na poczet ośrodka odosobnień? Ja zepsuję wszystko, malując ośrodek na różowo! O rany, co oni o mnie powiedzą?”. No cóż, nic mnie to nie obchodzi. Zdałem sobie bowiem sprawę, że cokolwiek bym nie zrobił, zawsze na tym zyskam jako mnich. Jeśli podejmę niewłaściwą decyzję i powiem tu coś naprawdę głupiego, co wszystkich urazi – och, genialnie! Mogę wtedy zostać w moim klasztorze i medytować do woli, i nigdy więcej nie będę musiał przyjeżdżać do Nollamara. Mogę wreszcie odpocząć. Jeśli więc dam plamę, będzie cudownie. Jeśli się nie wygłupię, to też świetnie, bo mogę wygłaszać dobre mowy i uszczęśliwiać ludzi. Cudownie, więc tak naprawdę cokolwiek zrobię, mam świadomość, że zawsze będę na wygranej pozycji. Jest to po prostu inna ścieżka w życiu, to wszystko.

Teraz opowiem prawdziwą historię. Zawsze byłem wielkim szczęściarzem. Kiedy przybyłem tu 25 lat temu, po 9 latach spędzonych w Tajlandii, byłem mnichem numer dwa i byłem jak rowerzysta. Wiecie, czasem kolarze pedałują za wielką ciężarówką, która jakby osłania ich przed wiatrem. I tak właśnie się czułem, wiecie, ten drugi mnich zgarniał całą krytykę za dobre mowy, za złe mowy, a ja byłem tym drugim. Wiodłem bardzo spokojne życie, dopóki nie wystąpił z klasztoru i przestał być mnichem. Dlaczegoś to zrobił?! Wszystkie moje plany wzięły w łeb.

Nie miało to jednak znaczenia, gdyż już wtedy podjąłem decyzję. Mogę zacząć wygłaszać mowy! A co się stanie jeśli nie spodobam się ludziom? Jeśli moje mowy będą do kitu? Pomyślałem sobie: „O rany, będzie super, będę mógł zostać mnichem pustelnikiem”. Zawsze odpowiadało mi bycie pustelnikiem. Często marzyłem o przebywaniu w głębokich jaskiniach. To była moja fantazja. Kiedy po raz pierwszy tu przyjechałem, dowiedziałem się, że w Nullarbor są znakomite jaskinie, pod których powierzchnią znajduje się woda. Więc masz dostęp do wody, masz swoje odosobnienie. I jestem pewien, że mógłbym liczyć na kogoś, kto zostawiałby gdzieś jedzenie dla mnie. I pomyślałem, że stanę się mnichem z Nullarbor. Takie jest moje marzenie. O tym fantazjują mnisi. Nie śni im się wygrana na loterii czy spotkanie pięknej dziewczyny. Marzą o byciu miłym pustelnikiem w głębokiej jaskini w Nullarbor. Ale z czasem zacząłem fantazjować intensywniej: co się dalej wydarzy? Wyobraźcie sobie, że jesteście jak ten mnich i mieszkacie w głębokiej grocie w Nullarbor: prędzej czy później ktoś was znajdzie. I jak tylko was odkryją, zawiadomią TVN. I TVN wyśle swoich reporterów, by nakręcili reportaż o mnichu z Nullarbor. „A dlaczego uciekłeś? Złamał ci ktoś serce? A może… może twój biznes okazał się niewypałem? A może jest inny powód? Dlaczego stronisz od świata? Bo Wisła Kraków ciągle przegrywa, czy to jest powód dla którego wybrałeś pustelnicze życie?”. A później przeprowadzą wywiad, który oczywiście zostanie wyemitowany w telewizji. I jak tylko ludzie dowiedzą się o istnieniu pustelnika z Nullarbor, wszyscy turyści przemierzający okoliczne równiny będą zbaczać z drogi, by go zobaczyć. Bo ujrzeć pustelnika – to rzadka rzecz. No i pojawią się te wszystkie autobusy wycieczkowe przyjeżdżające, by podziwiać pustelnika. I wkrótce będą musieli ustawić ubikacje przed waszą jaskinią i mały sklepik z pamiątkami sprzedający dewocjonalia. I krótko po tym zaczęto by produkować małe kukiełki z trzęsącą się głową na kształt pustelnika z Nullarbor. I stalibyście się atrakcją turystyczną, jak wszystko inne. I to właśnie przytrafiłoby się pustelnikowi z Nullarbor.

Widzicie więc, jakąkolwiek decyzję podejmiecie, nie ma to większego znaczenia. Taka jest kolej rzeczy. Zdałem więc sobie sprawę, że sama decyzja nie ma znaczenia: nauczać czy nie nauczać? Jeśli będę nauczać i zostanę dobrze przyjęty – wspaniale. Jeśli nie przyjmą mnie dobrze – wspaniale. To było niesamowite, nie czułem strachu przed wygłaszaniem mów. A ludzie mówią, że publiczne przemawianie jest jedną z najbardziej przerażających rzeczy. Dla mnie wręcz przeciwnie. Mogę się więc po prostu zrelaksować: jeśli wam się spodoba – super, jeśli wam się nie spodoba – wspaniale. Wiecie, w gruncie rzeczy mamy w tym pomieszczeniu i tak zbyt dużo ludzi, więc im więcej osób urażę i pozbędę się, tym lepiej.

Co przywodzi mi na myśl dzisiejszy dowcip o podejmowaniu decyzji. Właściwie to dwa kawały połączone w jeden. Motyw złych wyborów pojawia się w drugiej części.

Trzech kolesi zbłądziło na pustyni. Wałęsali się tak od kilku dni. Francuz, Australijczyk i Anglik. Ponieważ sam jestem Anglikiem, mój rodak stanie się obiektem pośmiewiska w tym dowcipie. Jestem Angolem, więc mi wolno.

Tak więc Australijczyk, Francuz i Anglik zgubili się na pustyni i od dłuższego czasu nie mogli znaleźć wyjścia. Nagle zobaczyli Eskimosa na saniach ciągniętych przez psy husky. Jak tylko ujrzeli Eskimosa zbliżającego się w ich kierunku, krzyknęli: „Z nieba nam spadłeś, Eskimosie, zabłądziliśmy i próbujemy znaleźć wyjście!”. A Eskimos na to: „Ehh, myślicie że to WY się zgubiliście!?”.

W każdym razie to był pierwszy dowcip. Dowcip drugi: Eskimos okazał się kimś w rodzaju dżina, czarownika, który powiedział: „Musicie być bardzo spragnieni”. „Och tak, dalibyśmy się pokrajać za coś do picia”. Dżin na to: „Spójrzcie tam” – a tam stały trzy zjeżdżalnie, a każda z nich prowadziła do kadzi. Dżin: „Tam są trzy zjeżdżalnie, po jednej na każdego. To są czarodziejskie zjeżdżalnie. Słuchajcie, jak będziecie zjeżdżać w dół, cokolwiek sobie zażyczycie, cokolwiek powiecie, do tego wpadniecie na końcu kadzi”.

Pierwszy był Francuz. Wspiął się na ślizgawkę. Podczas ślizgu w dół krzyknął „Szampan!!”. Jak tylko wypowiedział te słowa, wpadł do wielkiej kadzi wypełnionej szampanem. Pił, wyśmienicie się bawił w najwyższej jakości wyborowym szampanie. Następnie Australijczyk wspiął się na zjeżdżalnie, i kiedy ślizgał się w dół to co wykrzyknął? Oczywiście "Tyskie", czy "Żywiec", cokolwiek lubicie. W każdym razie zakrzyknął: „Browaaaar!!”. Gdy tylko wleciał do zbiornika, otoczyło go morze piwa, a on pił, gasił pragnienie, wspaniale się bawiąc. I w końcu przyszła kolej na Anglika, który wszedł na górę zjeżdżalni i z podniecenia zapomniał, co chciał powiedzieć, więc krzyknął: „No to sruuuu!!”.

Ale zawsze możecie spożytkować swoje decyzje, cokolwiek można by zrobić w tym wypadku…

Wracając do spraw poważnych, czyli do tematu dzisiejszej mowy. Czasem kiedy obawiamy się rezultatu naszych decyzji, strach paraliżuje nas i sprawia, że nie podejmujemy dobrych decyzji. Potraktujcie to, co teraz mówię poważnie, ponieważ czasem ludzie podejmują decyzje, być może, dotyczące leczenia nowotworu. Muszą postanowić, co z tym fantem zrobić. Jak więc podejmować takiego typu decyzje?

Zbierzcie jak najwięcej informacji, by nie kierować się ułudą. Upewnijcie się, że nie działacie tylko i wyłącznie dla własnej korzyści. Na przykład, kiedy nadchodzi czas podjęcia ostatecznej decyzji, niektórzy chorzy na raka zgłaszają się na ochotnika do badań eksperymentalnych. I zwykle nie robią tego dla siebie, lecz przez wzgląd na innych ludzi. Więc nie jest to czyn samolubny, lecz dla korzyści bliźnich. Uwielbiam, kiedy ludzie tak postępują.

Kilka tygodni temu rozmawiało ze mną kilka osób na temat mobbingu w miejscu pracy. Pytali mnie, co można zrobić z tyranią w pracy. Odpowiedziałem: „Musicie podjąć decyzję, czy złożyć skargę, zwolnić się, skonfrontować się z tyranem czy może znosić taki stan rzeczy – to też jest decyzja. Jaką decyzję podejmiecie?”.

Powiedziałem im, że jednym z cudownych aspektów w zgłaszaniu takich zachowań mających miejsce w środowisku pracy jest to, że nie robicie tego tylko dla siebie, dla własnych korzyści. Bo jeśli w waszym biurze jest osoba, która wyzyskuje inne osoby, to wykorzystuje nie tylko ciebie, ale eksploatowane są również inne osoby. Jest to bowiem zachowanie nawykowe, złe traktowanie osób, z którymi się pracuje. I w takich przypadkach zachęcam do składania skarg. Nie dla waszej osobistej korzyści, lecz dla dobra innych. Jest to czyn nie dla własnej przyjemności, lecz z życzliwości dla wszystkich tych, którzy pracują w takim miejscu. Również z życzliwości dla tyrana, który zazwyczaj nie zdaje sobie sprawy z tego, co czyni. To dla niego zła kamma, niekorzystnie odbija się na biznesie. I jeśli konfrontacja z prześladowcą przeprowadzona zostanie we właściwy sposób, czasem może to doprowadzić do pozyskania wsparcia psychologicznego dla takiej osoby, co pozwoli jej zrozumieć swoje postępowanie i wdrożyć strategie, które pomogą zapobiec podobnym dysfunkcyjnym zachowaniom w przyszłości. Przynajmniej złagodnieje jego postępowanie, jak tylko zorientuje się, jakich problemów jest źródłem.

Mówiłem więc o tym, że nie podejmujecie tej decyzji dla siebie, robicie to dla innych ludzi, z płynącej dla nich życzliwości. I czasem te decyzje, które podejmujecie, nie są tylko z korzyścią dla was, lecz również dla wielu innych ludzi. Kiedy więc podejmujecie takie decyzje, nie jesteście głównymi beneficjentami.

I kiedy ujmuję sytuację w ten sposób, to złożenie skargi na tyranów staje się o wiele łatwiejszą decyzją do podjęcia. Taką decyzję można zrozumieć. Jeśli decyzja ma na celu własny pożytek, bardzo trudno ją usprawiedliwić. Jeśli natomiast jest z pożytkiem dla innych istot, bierzecie pod uwagę innych ludzi, nie tylko siebie, ale też pozostałych pracowników biura, być może członków swojej rodziny, może swoje dzieci, na które oddziałuje stres odczuwany w pracy – wtedy taka decyzja staje się oczywista i łatwa do podjęcia. Czy więc decyzja będzie z pożytkiem zarówno dla innych, jak i dla was?

Idąc dalej, podejmując decyzję nie kierujecie się złą wolą, chęcią odwetu na osobie, która was skrzywdziła. Kiedy stajecie oko w oko z taką sytuacją, czy chodzi o eksperymentalne leczenie raka, czy o donoszenie, upewnijcie się, że działacie mądrze, a nie pod wpływem ułudy. Czy jesteście w stanie podołać fizycznie i psychicznie oraz umiejętnie poradzić sobie z konfrontacją, z mediacją, z rozmowami, z wszystkimi problemami, które się pojawią kiedy postawicie komuś takie zarzuty? Czy jesteście fizycznie i psychicznie gotowi na to? Czasami jesteście po prostu zbyt zmęczeni, dzieje się zbyt wiele innych rzeczy wokół was i zarówno psychicznie jak i fizycznie nie jesteście wystarczająco silni, by to zrobić. W takim wypadku musicie odpuścić, musicie zdecydować, że nie doniesiecie na tę osobę. Działanie z rozmysłem zakłada więc, że szacujecie własne możliwości, co jesteście w stanie zrobić.

Dobrym tego przykładem jest decyzja sprzed wielu lat, którą wielu z was być może pamięta. Koło naszego klasztoru przejeżdżały ciężarówki wyładowane gliną. Będąc opatem klasztoru, musiałem podjąć decyzję: czy powinniśmy walczyć z ciężarówkami, czy zostawić sprawę w spokoju? I pewnego razu zdarzyło się, że zobaczyłem jedną z tych ciężarówek z podwójną przyczepą, jak wywraca się, jadąc w dół Kingsbury Drive. Wtedy właśnie pomyślałem sobie: „Nie, to jest po prostu zbyt niebezpieczne!”. Kiedy widzisz tak wielką ciężarówkę przewracającą się na bok, zdajesz sobie sprawę, że gdyby któreś z was, odwiedzających nasz klasztor w Serpentine, jechało z przeciwnego kierunku, zginęlibyście na miejscu, nie mielibyście szans.

Jak tylko to zobaczyłem, podjąłem decyzję. Warto było o to walczyć, nie tylko dla mnichów w klasztorze, ale dla dobra wszystkich ludzi poruszających się tą drogą. Więc zrobiłem to z myślą o innych istotach, nie wynikało to ze złej woli. Proces sądowy ciągnął się przez wiele lat. Pamiętam jak pewnego razu w okresie przedświątecznym wysłaliśmy jednemu z naszych adwersarzy kartkę bożonarodzeniową, pomimo tego, że jesteśmy buddystami. Dostaliśmy piękny list zwrotny: „Nie spodziewaliśmy się tego, walczycie z nami w sądzie, ale wysłaliście nam kartkę bożonarodzeniową. To piękne i wspaniałe, nigdy wcześniej się z tym nie spotkaliśmy!” Takie drobne gesty pokazują, że nie działamy pod wpływem złej woli.

I najważniejsze pytanie: czy dysponujemy odpowiednimi zasobami? Wiecie, nie chodzi tylko o środki finansowe, ale również o zasoby emocjonalne potrzebne do tak długiej batalii. Musiałem zrewidować swój poziom energii: czy będę w stanie wytrwać? Pomyślałem, że tak, dam radę, jestem wystarczająco silny. Tak więc walczyliśmy o tę sprawę latami, aż w końcu złamaliśmy ich opór. Ponieważ byliśmy bardziej oddani sprawie, w końcu ustąpili. Podejmując tę decyzję, naprawdę ją przemyślałem: czy walczyć, czy się poddać. Przeanalizowałem te cztery kwestie: czy działam kierowany własną zachłannością, co z tego będę miał? Czy kierowała mną zła wola? Niewiedza? Czy działam kierowany strachem? Nie, nie działałem kierowany tymi przesłankami, tak więc podjąłem decyzję. Taki spis do odhaczenia bardzo ułatwia sprawę.

Inny problem z podejmowaniem decyzji to przywiązywanie zbytniej wagi do podejmowania szybkich wyborów. Niektórych decyzji nie powinno się podejmować w pośpiechu. Moje doświadczenia życiowe – w szczególności jako osoby medytującej – uczą, że jednym z najlepszych sposobów podejmowania ważnych decyzji (na przykład tych dotyczących bólu) jest najprawdopodobniej rzucenie monetą. Tak właściwie to nie posiadam żadnych monet. Jakże trudno jest być mnichem, nie mieć pieniędzy.

Ostatnio czytałem w jakiejś gazecie dowcip o facecie rzucającym monetą: „Jak wypadnie orzeł lub reszka – wygrywam ja. Jeśli moneta zawiśnie w powietrzu – ty wygrywasz”.

Po prostu podejmijcie decyzję, nie jest ważne na co padnie. Tak jak nie jest ważny kolor ściany. Czasami jednak mamy do podjęcia szczególnie ważne decyzje, takie, które mają ogromny wpływ na innych ludzi. Z takim rodzajem decyzji mam zwyczaj postępować w następujący sposób: zbieram jak najwięcej informacji i omawiam je z innymi michami. Wiecie, z tymi, którzy są dla mnie inspiracją, są mymi mentorami. Zbierzcie więc jak najwięcej informacji do kupy, a potem poczekajcie na rezultat. To genialny sposób – przeczekać. Nie wymuszać decyzji, nie zamartwiać się i rozmyślać o tym w kółko. Często bowiem kiedy zbierze się wszystkie informacje, wyciszy umysł i po prostu zapomni o sprawie na dzień lub dwa, wtedy znienacka w głowie pojawia się odpowiedź. I zwykle są to olśniewające rozwiązania. Tak jakby zostały wypracowane w podświadomości. Najlepsze decyzje rodzą się wtedy, kiedy się nimi nie zamartwiamy.

Klasycznym tego przykładem jest jedna z naszych dawnych członkiń (Buddhist Society of Western Australia), która zmarła rok temu. Przyjechała na jedno z odosobnień medytacyjnych kilka lat temu. Była to osoba na wysokim stanowisku, pracująca jako pracownik socjalny, obarczona mnóstwem obowiązków. Organizowane przez nas dziewięciodniowe odosobnienia zaczynają się zazwyczaj około siódmej. Nie wydaje mi się, że dotarła wtedy na miejsce wcześniej niż o dwudziestej trzydzieści. Pracowała bowiem w biurze, usiłując dopiąć wszystkie sprawy papierkowe na ostatni guzik. Sądzę, że nie zjadła nawet obiadu. Przyjechała prosto z biura do naszego ośrodka odosobnień w Północnym Perth. Była zmęczona, więc oczywiście doradziłem jej, żeby odpoczęła kilka dni przed przystąpieniem do medytacji. Kilka dni później zwierzyła mi się na indywidualnej rozmowie, że przyjechała na odosobnienie prosto z biura, kończąc pracę bardzo późno i obarczona bagażem sporych problemów, ale była na tyle mądra, że wykorzystała słyszane wcześniej nauki. Po dotarciu na miejsce całkowicie zapomniała więc o kłopotach na dwa czy trzy dni. Przeprowadziła swoje poszukiwania, zebrała wszystkie informacje, ale ich nie przetworzyła. I po zaledwie trzech dniach, kiedy spokojnie medytowała, a jej umysł był wyciszony, rozwiązania zaczęły pojawiać się znienacka. Powiedziała mi, że kiedy wysłuchała podpowiedzi pojawiających się w jej głowie, nie wiedząc dokładnie skąd pochodzą, po prostu się pojawiły, pomyślała: „Łał, to naprawdę doskonałe rozwiązania!” Była pod tak wielkim wrażeniem rozwiązań pojawiających się jakoby automatycznie, że powiedziała mi: „Jak tylko wrócę do domu, to zamierzam je wdrożyć. To nowatorskie pomysły i już sobie wyobrażam, jak będą funkcjonować”. Wspomniała również, że by na nie nie wpadła sama. Ten proces podejmowania decyzji zadziałał po zebraniu wszystkich dostępnych informacji i zaczekaniu na przetworzenie ich przez głowę, przez umysł.

Kiedy ludzie przychodzą do mnie i mówią: „Posłuchaj, noszę w sobie zarodek i rozważam aborcję. Co powinnam zrobić?”. Tak wielkie problemy trapią ludzi. Wtedy odpowiadam: „Po pierwsze, proszę, nie lękaj się. Jakąkolwiek decyzję podejmiesz, nigdy nie zostaniesz wykluczona z kręgu buddyzmu, zawsze będziesz kochana, bez względu na twoją ostateczną decyzję. Więc proszę, nie bój się. Po drugie, zbierz jak najwięcej informacji dostępnych na temat sytuacji, w której się znajdujesz. Czy masz możliwość opieki nad dzieckiem i sobą? Czy wchodzi w grę tylko oddanie go do adopcji? Co na ten temat sądzi twoja rodzina i przyjaciele? Czy jesteś w stanie otoczyć dziecko opieką? Przekaż umysłowi wszelkie dostępne ci informacje. I rzecz najważniejsza: zapomnij o sprawie na dzień lub dwa”.

Najtrudniejsze jest, by przestać się zamartwiać. Jeśli jesteś w stanie to zrobić, rezultaty są niesamowite, po zaledwie kilku dniach poświęconych myśleniu o czymś innym pojawiają się wspaniałe, innowacyjne rozwiązania, po prostu wyskakują znikąd. Jesteś wtedy w stanie spojrzeć na problem z innej perspektywy. Niesamowite odpowiedzi mogą jednak pojawić się tylko wtedy, gdy nie myślisz o problemie.

Właśnie dlatego ludzie, którzy przyzwyczaili swój umysł do medytacji i są w stanie odpuścić tak zwane kwestie życia i śmierci, swoje ważne problemy, kiedy są w stanie odłożyć je na bok na jakiś czas, odkrywają, że ich własne decyzje mogą być dobre, skuteczne i pozytywne. Czasem w tym tkwi szkopuł: kiedy myślimy o rzeczach zbyt intensywnie, znajdujemy się zbyt blisko problemu i nie jesteśmy w stanie zobaczyć szerszego kontekstu.

Jest takie stare porównanie: umieszczam swoją dłoń tuż przed twarzą. Pytanie brzmi: „Jak duża jest moja dłoń?”. Moja dłoń jest tak duża, że poza nią nie widzę nic. Czy to wina mojej dłoni? Czy w tym tkwi problem? Nie, ona jest po prostu za blisko mnie. Kiedy umieszczam dłoń tam, gdzie powinna się znajdować, czyli na końcu mojej ręki, w dalszym ciągu ma ona taki sam rozmiar, ale teraz jestem w stanie widzieć i was wszystkich, i swoją dłoń.

Kłopot z decyzjami, które mamy podjąć pojawia się więc wtedy, gdy jesteśmy zbyt blisko i jesteśmy ślepi na wszystko inne. Nie mamy wtedy dystansu. Trzeba wtedy odpuścić, wyciszyć się, odłożyć rzeczy na bok, odpocząć, zrelaksować się, jakkolwiek to nazwiecie. Zapomnijcie na kilka dni o decyzji, którą macie podjąć. Kiedy znajdzie się na właściwym miejscu, tak jak moja dłoń na końcu ręki, wtedy będziecie w stanie widzieć znacznie jaśniej i podjąć o wiele lepszą decyzję.

Dlatego właśnie ludzie uczą się, jak medytować, jak odpuszczać przeszłość i przyszłość, jak zaprzestać zamartwiania się o tego typu rzeczy. Odkrywają, że podejmowanie ważnych decyzji staje się o wiele łatwiejsze, po prostu odstawiają je na bok na jakiś czas. I wtedy potrzeba zazwyczaj zaledwie kilku dni, dwa, trzy, a pojawiają się rozwiązania i staje się jasne, co powinieneś zrobić.

W swojej książce „Otwierając drzwi swojego serca” porównałem ten moment do dotarcia na życiowe rozdroże. Decyzje są bowiem jak skrzyżowane drogi. Co powinnaś zrobić? Wyjść za mąż? Zostać zakonnicą? Wyjechać za granicę? Zabić się? Nie wiem. Lecz jakąkolwiek decyzję właśnie podejmujesz, zatrzymaj się na moment, poskładaj razem wszystkie informacje. To tak, jak z dotarciem na rozstaje dróg, po prostu usiądź. Nie musisz iść w prawo czy w lewo, na północ czy południe. Usiądź i poczekaj na autobus. Bo autobus dociera nawet na rozdroża. Na większości z autobusów widnieje z przodu wypisany cel podróży. Jeśli jest to miejsce, w które chcesz się udać, wsiadaj. Jeśli cel ci nie odpowiada, nie wsiadaj do autobusu. Za jakiś czas nadjedzie bowiem kolejny autobus.

Oznacza to, że kiedy decyzja musi zostać podjęta, poczekaj. Naucz się odkładać ją na bok. Nie musisz borykać się, kierując kroki na północ, południe, wschód czy zachód. Możesz pozostać w miejscu i poczekać na nadejście rozwiązania. Rozwiązanie nadchodzi. To świetny sposób na podejmowanie decyzji. Odkryjesz, że decyzje, które podejmiesz w ten sposób lub które same podejmują się w ten sposób, są o wiele bardziej trafne. Kiedy wiesz już, w jaki sposób podejmować decyzje, życie staje się o wiele mniej stresujące. Wszyscy musimy podejmować w życiu jakieś decyzje, czasem nie wiemy, jak się do tego zabrać. Z tego też powodu słabo sypiamy, stresujemy się i zapadamy na wywołane stresem choroby.

Będąc mnichem, muszę podejmować wiele decyzji. Czasem ludzie zgłaszają się do mnie z decyzjami, które zagrażają życiu. Na przykład wiele osób pytało mnie: „Czy powinnam dokonać aborcji?”. Czasem zadają pytania typu: „Czy powinienem popełnić samobójstwo?”. I stoję wtedy twarzą w twarz z osobą, której los praktycznie leży w moich rękach. Ci ludzie zwracają się do mnie o radę. Czasem więc może się zdarzyć, że mnie ta myśl przerazi. A co będzie, jeśli podejmę niewłaściwą decyzję? Ostatnimi czasy nie uważam żadnej decyzji za złą, jakakolwiek by nie była, dopóty podejmuję ją bezinteresownie, zebrawszy wszelkie informacje i nie kierując się złą wolą czy strachem. Zawsze będzie to piękna decyzja, bez względu na konsekwencje.

Nie ma bowiem znaczenia, co się w życiu zdarza, najważniejsze jest, JAK się to zdarzyło. Wydarzenia życiowe, kiedy ktoś umiera, zachoruje, wyzdrowieje, wzbogaci się, zbiednieje, ożeni się czy zostanie mnichem, czy mniszką, nie mają dla mnie aż takiego znaczenia. Ważne jest JAK do tego doszło, JAK zostałeś mnichem, czy JAK zostałaś mniszką, JAK się żenisz, JAK się bogacisz, JAK radzisz sobie z nowotworem, JAK żyjesz, JAK umierasz. Według mnie w życiu chodzi o „JAK”, nie o „CO”. Oznacza to, że nie aborcja, nie samobójstwo, nie bogactwo, nie ubóstwo czy sukces są ważne, ale JAK do tego doszło i JAK to wykorzystujesz.

Któregoś dnia, we wspomnianej wcześniej szkole katolickiej, zadano mi podobne pytanie: „Czy bycie bogatym jest czymś niewłaściwym, jeśli jesteś buddystą? Czy należy posiadać niewiele i pozbywać się rzeczy, do których jesteśmy przywiązani?”. Moja odpowiedź pokrywa się z tym, o czym przed chwilą mówiłem: nie, dopóki bogacisz się we właściwy sposób i rozsądnie używasz pieniędzy, bogactwo nie jest złe. Sam sposób dochodzenia do pieniędzy i ich użytkowania może być zły lub dobry. Nie chodzi o „CO”, zawsze chodzi o „JAK”. Tak samo z ubóstwem. Bycie biednym nie jest złe lub dobre samo w sobie, liczy się, w jaki sposób jesteś ubogi. Ja jestem ubogi.

W ostatni wtorek byłem w Urzędzie Imigracyjnym, ponieważ poręczaliśmy za jednego z mnichów, który ubiegał się o stały pobyt w Australii i jego kandydatura została odrzucona. Wiecie dlaczego? Bo za mało mu płacimy! Wielkie nieba!! Najwyraźniej istnieje ustalony próg minimalny. Jeśli wyznaczasz kogoś, kto ubiega się o przyznanie wizy dla pracownika i nie spełniasz wymagań dotyczących podstawowego pakietu wynagrodzeń, ich kandydatura zostaje odrzucona. Zamierzam więc z tym walczyć, to jedna z rzeczy, które musimy zrobić. Urzędnicy nie zdają sobie sprawy z tego, że mnisi i mniszki są biedni. Powinni żyć w ubóstwie. Lubimy żyć skromnie. Będę walczył o swoje prawo do życia w ubóstwie!

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy ubiegałem się o przyznanie mi Health Care Card (karta upoważniająca do zniżek na leki i leczenie). Żyjemy na tak zwanej granicy ubóstwa, nie stać nas na wykupienie karty, co oznacza, że lekarz będzie wypisywał rachunki. Dostaliśmy list od Zakładu Ubezpieczeń Społecznych: „Czy może pan wyjaśnić, jak egzystuje, nie zarabiając na życie?”. Ubiegając się o kartę, trzeba bowiem wypełnić formularze, które zawierają pytania typu: Ile wynosi twój przychód z pracy? Zero. Ile zarabiasz na inwestycjach? Zero. Jaki masz dochód z wynajmu nieruchomości? Zero. Jaki jest stan twoich oszczędności? Zero. Zawsze zero, zero, zero. Łatwo więc zsumować całość. Więc jaki jest twój miesięczny dochód? ZERO! Kiedy więc ZUS miał po raz pierwszy do czynienia z mnichami, nieźle ich skołowaliśmy. Tak więc można nieźle się bawić, będąc biednym.

Ubóstwo nie jest bowiem problemem, istotne jest, w jaki sposób jesteś biedny. Tak samo z wszystkim innym w życiu. Chodzi o JAK, a nie o CO. Podejmując życiowe decyzje, nie obawiajcie się przyszłego rezultatu, zwróćcie natomiast uwagę na sposób podejmowania decyzji. Jeśli wiesz już, jak podejmować decyzje, zawsze będą one tworzyć szczęście w twoim życiu. Rezultaty nie są tak ważne jak sam sposób, który cię do nich doprowadził, czy wybierzesz właściwy sposób. Cóż, zarobisz pieniądze, stracisz pieniądze, jeśli stracisz to zawsze możesz odrobić straty, a jeśli kompletnie zbankrutujesz, alternatywą może być zakon, zawsze możesz ukryć się tam przed wierzycielami. Zawsze możesz coś z tym zrobić, cokolwiek się przydarzy. Czasem podejmujesz decyzje i zaczynasz bardzo chorować. Często wspominam, że niekiedy choroba może być wielkim błogosławieństwem.

Wiele razy odwiedzałem Centrum Wsparcia Onkologicznego, kilka tygodni temu wygłosiłem tam kolejną mowę. Często spotykam tą samą prawidłowość występującą u ludzi, którzy mieli kiedyś raka i przeszli na drugą stronę – kiedy występuje u nich remisja, mówią że to najlepsza rzecz, która ich w życiu spotkała. Już nie wiem, ile razy to słyszałem. Więc nawet w takich przypadkach: podejmujesz złą decyzję, która skutkuje nowotworem. I dzieje się coś pięknego, jeśli znasz pojęcie „JAK”, a nie „CO”.

Analogicznie: nie ma znaczenie, kim jest twój partner, nie „CO” jest ważne, tylko „JAK” się w stosunku do niego odnosisz. To właśnie sedno małżeństwa. Podobnie jest z medytacją, nie ważne czego doświadczasz, lecz jak przeżywasz doświadczenia. W tym tkwi sztuka medytacji. Twój umysł szaleje, twój umysł jest senny – nie ma znaczenia – ważne jak się do tych odczuć odnosisz. Czy jesteś nastawiony pokojowo, czy chcesz z tym walczyć, czy kieruje tobą zła wola, czy obawiasz się czegoś? „CO” nie ma znaczenia, liczy się „JAK”.

Wracając do przemowy wygłoszonej w szkole katolickiej. Spytano mnie: „Czy w porządku jest, kiedy buddysta używa przemocy? Przypuśćmy, że ktoś użyje przemocy wobec ciebie, czy mógłbyś odpowiedzieć kontratakiem? Lub raczej: czy powinieneś odpowiedzieć przemocą na przemoc?”

Świetne pytanie, jednym z powodów dla których lubię odwiedzać szkoły jest to, że dzieciaki mają odwagę zadawać brutalne pytania. Rzadko się zdarza, że któreś z was zadaje mi ciężkie pytania. Nie jesteście wystarczająco zbuntowani.

Opowiedziałem im więc historię mówiącą o tym, że w porządku jest użyć przemocy, będąc buddystą, ale jeszcze lepiej jest zwiać, gdzie pieprz rośnie. Lecz jeśli jesteś mnichem, nie możesz uciekać. Gdybyście kiedykolwiek spróbowali biec w mnisich szatach, szybko byście odkryli, że wszystkie spadają. Wszystkie! A pod spodem nie ma nic. Więc uciekanie odpada. Opowiedziałem dzieciakom prawdziwą historię na temat tego, jak buddyści radzą sobie z agresją innych i były pod wielkim wrażeniem.

Kiedy po raz pierwszy pojawiliśmy się na przedmieściach i otworzyliśmy nasz ośrodek buddyjski, nie pamiętam dokładnie kiedy, ale było to jakieś dwadzieścia lat temu, ta sala nie była jeszcze wybudowana, mieliśmy natomiast salę obok. Dopiero co się wprowadziliśmy, więc zaplanowaliśmy ceremonię otwarcia. Pomyśleliśmy, że warto spróbować szczęścia i zaprosiliśmy Gubernatora Australii Zachodniej, Sir Gordona Reida. Autostrada Reida została nazwana na jego cześć. Nie przypuszczaliśmy, że Gubernator przyjmie zaproszenie i odwiedzi tak skromne progi. Ale przyjął zaproszenie i pojawił się, więc byliśmy zachwyceni. Pomimo tego, że zmagaliśmy się z uzyskaniem wsparcia finansowego, to miało być wielkie wydarzenie, więc nasz ówczesny skarbnik powiedział wtedy: „Hej, naprawdę powinniśmy przygotować niezłe show”.

Moim zadaniem, moim skromnym wkładem miało być zamówienie dużego namiotu i krzeseł: namiotu na zewnątrz, a krzeseł dla naszych członków i gości. Ponieważ skarbnik powiedział mi, że cena nie gra roli i chcemy, by wszystko było z górnej półki, dodzwoniłem się do najlepszej firmy w Cottesloe, która wynajęła nam namiot.

Zaznaczyłem: „Proszę posłuchać, odwiedzi nas Gubernator we własnej osobie, naprawdę chcemy zrobić show. Wiecie, buddyści przyjechali do miasta, chcemy zaznaczyć swoją obecność. Zależy nam na zaimponowaniu ludziom, nie interesuje nas nic poniżej standardu. Czy mógłbym więc prosić o naprawdę piękny namiot i trochę porządnych krzeseł? Gubernator przyjeżdża!” Tak więc pani, która odebrała mój telefon, zapewniła mnie: „Tak, tak, tak, to was wyniesie…”. Odpowiedziałem: „To bez znaczenia, skarbnik powiedział, że musi być show”. W porządku, dobiliśmy targu.

Ceremonia miała odbyć się w niedzielę, więc musieliśmy wszystko przygotować w piątek, zanim ludzie skończą pracę. Kiedy ciężarówka załadowana namiotem i krzesłami nadjechała w piątkowe popołudnie, pomagałem właśnie komuś w pracy, więc nie byłem świadkiem rozładunku. Lecz kiedy sprawdziłem zamówiony towar, namiot okazał się obrzydliwie brudny. Pokryty był czerwonym pyłem, musieli go chyba używać na jakiś targach rolniczych. Wytrąciło mnie to z równowagi, ponieważ prosiłem o to, co najlepsze. Lecz zamiast narzekać, „zamiast narzekać na ciemność lepiej zapal świeczkę”, wyciągnęliśmy szlauch i spłukaliśmy brud, mieliśmy przecież zapas czasu potrzebny do wyschnięcia. Potem ujrzałem krzesła, one również były bardzo zakurzone, więc zaangażowałem pomocników, zaopatrzyliśmy się w mokre szmaty i zaczęliśmy czyścić krzesła. To było do zrobienia.

Lecz wkrótce potem zobaczyłem krzesła dla VIP-ów. I nie będzie to przesadą, gdy powiem, że żadne z nich nie miało równych nóg. Każde z nich kiwało się na wszystkie strony… Tego już było za wiele. Można przetrzeć krzesła, można spłukać namiot, ale kiwających się krzeseł naprawić nie da rady. Pobiegłem więc do telefonu, który znajdował się w pokoju, w którym teraz siedzimy, i udało mi się złapać kierowniczkę – kobietę, z którą rozmawiałem przy składaniu zamówienia – akurat zamykała biuro późnym piątkowym popołudniem. Powiedziałem: „Proszę posłuchać, co nam przysłaliście. Nie pamięta pani, że prosiłem o to, co najlepsze? Przyjedzie do nas Gubernator z żoną, nie możemy dopuścić do tego, żeby pospadali z krzeseł, bo żadne z nich nie ma nóg tej samej długości”. Kobieta była bardzo skruszona i odpowiedziała: „Musiała zajść jakaś pomyłka, każe je jak najszybciej wymienić”. Podziękowałem.

A oto, co się wydarzyło. Pracownicy mieli weekendowy fajrant, zaczęli już wieczorne picie w barze, kiedy pojawiła się kierowniczka i oznajmiła: „Buddyści potrzebują nowych krzeseł. Wracać do pracy!”. Możecie więc sobie wyobrazić, jak się poczuli. Tym razem czekałem na nich przed budynkiem. Kiedy zza rogu wyłoniła się ciężarówka, w połowie ulicy Constance, jakieś 200 metrów stąd, w biegu wyskoczył z niej mężczyzna, pojazd nadal jechał z prędkością około 20-30 km/h. Facet wyskoczył i zaczął biec z zaciśniętą pięścią w naszym kierunku, krzycząc: „Gdzie jest koleś, który tu nadzoruje?! Chcę rozmawiać z nadzorcą!!”.

Więc podszedłem do niego i mówię: „Ja tu jestem kolesiem nadzorującym”. Oczy jego były czerwone, zupełnie jak oczy potwora z opowieści buddyjskich. A z jego oddechu można było jasno wywnioskować, ile piwska w siebie zdążył wlać. Pociągnąłem nosem i to, co wydobyło się z jego oddechu, było największą ilością alkoholu, jaką pochłonąłem w mojej 34-letniej karierze mnicha. Jego pięść znajdowała się tuż pod moim nosem, o tu. Wszyscy porzucili swoje zajęcia, gapiąc się na całe zajście. Nikt nie przyszedł mi z pomocą. Stokrotne dzięki!

Ale nikt nie musiał mi pomagać. To wspaniałe, kiedy zna się medytację, kiedy wie się, jak postępować, jakże łatwo nie poddać się przemocy. Po prostu wyciszyłem umysł, nie wpuszczając strachu czy lęku, i popatrzyłem mu prosto w oczy, spokojnie, z życzliwością. To jedno z moich najbardziej niesamowitych doświadczeń, od kiedy zostałem mnichem. Trzymał swą pięść tak blisko mego nosa, zionąc w moją stronę alkoholem, czerwonooki. Ale nie był w stanie posunąć się ani kroku dalej. Ponieważ moja reakcja nie była typowa, jego mózg po prostu sfiksował. Poważnie, facet nie wiedział, co robić. To była jedna z tych chwil, kiedy ma się kogoś w całkowitym władaniu. Nie mógł się cofnąć, nie mógł iść naprzód. To cudowne uczucie, mieć nad kimś taką władzę tylko dlatego, że jest się spokojnym i życzliwym. Gość był całkowicie skołowany.

Kiedy więc tak go trzymałem przez trzy czy cztery minuty – bo nie trwało to krótko, całkiem długo tak staliśmy – ciężarówka zaparkowała i jeden z pracowników, prawdopodobnie szef całego gangu, podszedł do nas i położywszy dłoń na ramieniu furiata powiedział: „Chodź, wyładujemy krzesła”. A ja dorzuciłem: „Tak, pomogę wam”. I wspólnie wyładowaliśmy krzesła.

Tak oto buddyści radzą sobie z przemocą. Nikt nie może cię skrzywdzić, jeśli jesteś życzliwy, kiedy wiesz, jak wyciszyć umysł i wyzbyć się lęku, stajesz się wtedy niepokonany. Kiedy trochę potrenujesz umysł, niesamowita będzie moc, której nabierzesz i różnorodność możliwości, które staną przed tobą otworem.

Tak więc, kiedy czasem masz do podjęcia decyzję: uciec? Walczyć? Zatrzymaj się na chwilę, być może istnieje trzecia opcja, coś, czego nigdy wcześniej nie brałeś pod uwagę. Kiedy jesteś bardzo spokojny i wyciszony, te decyzje i różnorakie sposoby radzenia sobie z życiem pojawiają się same. Nie liczyło się CO, tylko JAK, ponieważ byłem spokojny, ponieważ byłem życzliwy, ponieważ byłem wyciszony.

Tak naprawdę to JAK mnie ochroniło. Kiedy więc stoicie przed trudnym wyborem życiowym, czy zdawać na ten uniwersytet, czy na tamten, czy poślubić tego mężczyznę, czy tamtą kobietę, czy upublicznić swój homoseksualizm, czy się nie ujawniać i nie mówić o tym rodzicom, czy może wyjechać za granicę, czy zostać mnichem, a może nie zostawać mnichem – cokolwiek chcecie w życiu robić. CO nie ma aż takiego znaczenia, liczy się JAK podejmujesz te decyzje. Jeśli zrozumiecie JAK, wtedy odkryjecie, że wasze życie będzie wspaniałe, wolne od strachu i paraliżu, który zwykł was ogarniać przy okazji podejmowania decyzji. Najważniejsze jest JAK.

Wasze decyzje powinny wypływać z życzliwości wobec innych, bo liczą się wszyscy. Upewnijcie się, że nie działacie pod wpływem własnych żądz, głupoty czy niewiedzy, a już na pewno nie kierujcie się strachem. Nasz ludzki gatunek jest zbyt bojaźliwy i z tego powodu nie podejmujemy wyzwań, po prostu się chowamy, usychamy, nie przeżywamy życia, bo zbytnio obawiamy się popełniania błędów. To sprawia, że podejmowanie decyzji staje się tak stresujące.

Czy rozumiecie więc, o czym mówię? Decyzje są łatwe, lecz liczy się JAK są podejmowane, nie jakie przyniosą rezultaty – oto klucz do powodzenia.

Teraz już wiecie, że kiedy wybierzecie się jutro na zakupy, nie ma znaczenia, co kupicie, jeśli tylko samo kupowanie sprawi wam frajdę. Liczy się JAK – jeśli tylko będziecie miłosierni i robiąc zakupy pomyślicie o mnichach, mniszkach i swoich znajomych, a nie tylko o sobie.

Tak właśnie podejmuje się decyzje. Dziękuję za uwagę.


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na tej stronie: https://www.youtube.com/watch?v=jOJVD0Lh-ZU

Źródło: http://www.bswa.org

Tłumaczenie: Aleksandra Łobacz