Na podstawie mowy wygłoszonej przez Ajahna Viradhammo w Auckland Vihara w 1987 roku.

Bycie świadomym naszego wewnętrznego świata ze wszystkimi jego pasjami i energiami jest częścią bycia w pełni żywym. Nazywamy to czasem Buddhą znającym Dhammę. Jeśli nie potrafimy być w pełni przebudzeni, to życie jednostki i życie rodziny staje się jedynie bezcelowym ciągiem następujących po sobie akcji i reakcji. Tracimy radosną możliwość życia rodzinnego jako okazji do duchowej przemiany.

Właśnie wróciłem z podróży do Ottawy, gdzie odwiedziłem matkę i brata oraz z Toronto, gdzie nauczałem przez kilka tygodni. Dzisiejszy temat „Dhamma i życie rodzinne” jest mi więc bardzo bliski. Dhamma to prawda wyjaśniająca prawdziwą naturę rzeczy, a więc Dhamma w życiu rodzinnym jest praktyką zrozumienia prawdy w kontekście sytuacji w życiu rodzinnym. Uczucia, których doświadczamy w rodzinie są niezwykle silne. Takie uczucia, jakie żywię wobec mojej matki i brata oraz jego dzieci, oraz do mojego ojca, który zmarł kilka lat temu, są również silnymi uwarunkowaniami ludzkiego serca i należy je zrozumieć. Nasze żywoty są jednocześnie indywidualne i społeczne. Mamy swój wewnętrzny świat, który jest bardzo osobisty, ale jednocześnie funkcjonujemy w świecie zewnętrznym ludzi, rzeczy i sytuacji. Jako jednostki jesteśmy samotni. Gdy na przykład rodzimy się, wychodzimy z miłego, ciepłego i przytulnego łona wprost do jaskrawego światła porodówki i jeszcze dostajemy klapsa w tyłek, to jest to bardzo szokujące doświadczenie. Żyjemy potem ze swoimi smutkami, radościami, nadziejami, oczekiwaniami, lękami, niepokojami, zmartwieniami, sukcesami i porażkami. Wszystko to dzieje się w bardzo osobisty sposób. I często jest bardzo samotnym doświadczeniem. Chociaż dzielimy niektóre z tych aspektów z innymi osobami, to jednak wielu rzeczy dzielić nie możemy i musimy poczuć je sami. Następnie przychodzi śmierć i tego też doświadczyć musimy w samotności. Nikt za nas tego nie zrobi. Śmierć jest osobistym doświadczeniem. Inni mogą być z nami, by nas pocieszać i wspomagać, ale i tak umieramy samotnie.

Oprócz aspektu indywidualnego doświadczamy również tego społecznego, który dotyczy otaczającego nas świata: rodziny, środowiska, społecznych uwarunkowań, wykształcenia, kultury w jakiej się rodzimy, narzuconych nam wartości funkcjonujących w społeczeństwie jakimi nasiąkamy, przyswajanej literatury, jedzenia, programów telewizyjnych i całego mnóstwa innych rzeczy. Wszystko to oddziałuje na życie wewnętrzne. Jest to chyba całkiem oczywiste, nieprawdaż? Życie wewnętrzne nie jest czymś oddzielnym od życia zewnętrznego – oba są powiązane. Jesteśmy odpowiedzialni za zrozumienie zarówno naszego świata wewnętrznego, jak i za to, by sprawnie poruszać się w świecie zewnętrznym. Te dwa aspekty wcale nie wyłączają się nawzajem, są powiązane.

W Kanadzie dużo się teraz mówi o rasizmie. Przykro jest widzieć, jak podnosi swój obrzydliwy łeb. Rozważmy przypadek osoby, która wychowana została w sposób rasistowski i postrzega teraz część społeczeństwa w rasistowski i bigoteryjny sposób. Pogląd, z jakim wkracza w świat wypacza jego postrzeganie, nieprawdaż? Zmienia obraz postrzeganego przezeń świata. Jest to świat nienawiści i bigoterii. Rzeczywistość tej osoby jest wykreowana przez jej wewnętrzny świat.

Można równie dobrze powiedzieć, że sposób, w jaki ja postrzegam ciebie, to sposób, w jaki na ciebie wpływam, a sposób, w jaki ty wpływasz na mnie jest sposobem, w jaki ja postrzegam ciebie. Zewnętrzne staje się tym, co dyktuje wewnętrzne. Ta oparta na percepcji konstrukcja wydaje się bardzo realna. Rasistowski i bigoteryjny punkt widzenia wygląda na prawdę ostateczną. Bez względu na argumentację, ktoś taki będzie trzymał się swoich poglądów, kostniejąc w zbudowanej przez siebie konstrukcji, cierpiąc zgodnie z własnymi poglądami, bez szans na zrozumienie dlaczego. Świat kogoś takiego staje się jego rzeczywistością. W buddyjskiej kontemplacji należy rozważyć oba te aspekty. To, co staramy się dostrzec, to właśnie owa współzależność. To nie tylko samotny „ja” na tym świecie, krążący jak satelita, ale również świat zewnętrzny. Problem w tym, że to co wewnętrzne i czemu nie poświęca się w odpowiedni sposób uwagi albo poświęca się jej za dużo, obsesyjnie i niewłaściwie, zaczyna powodować kłopoty w życiu rodzinnym. Jeśli nie dbamy o wnętrze, to albo działamy pod wpływem impulsów, co jest zupełnie niewłaściwe, albo wypieramy jakieś aspekty własnego serca ciągłymi rozrywkami. Ten brak dbałości o własne wnętrze tworzy bałagan wokół nas. Nauki buddyjskie zachęcają nas, żebyśmy wzięli odpowiedzialność za nasz wewnętrzny świat. W zasadzie oznacza to, że gdy do kogoś się zwracamy, nasza mowa powinna pochodzić ze współczucia, a nie z chciwości, nienawiści czy ułudy. W porządku, łatwo powiedzieć, ale ze zrobieniem już tak prosto nie jest. Pomieszanie, złudzenia, lęk i najróżniejsze oczekiwania, jakie wobec siebie mamy biorą się z czegoś, co ze współczuciem nie ma nic wspólnego. Mogę na przykład wymagać od ciebie, żebyś stał się konkretnym rodzajem człowieka wcale nie dlatego, że ci współczuję czy zależy mi na tobie. Pamiętam, że będąc dzieckiem emigrantów, pragnąłem, żeby moi rodzice byli zwyczajnymi ludźmi (cokolwiek to miałoby oznaczać w warunkach Kanady) i że czułem się zażenowany, gdy mówiłem w obcym języku. Zamiast widzieć cierpienie i niezwykłą odwagę moich rodziców, z powodu własnych lęków i niepewności, rzutowałem na nich moje wymagania, co było bardzo krzywdzące. Mimo że miałem wspaniałych rodziców, którzy byli bardzo uprzejmi i hojni, moje własne lęki tworzyły cierpienie w moim sercu i w ich sercach.

Parę lat temu przyjaciel opowiedział mi o spotkaniu ze swoim ojcem. Poszli na długi spacer, a jego ojciec powiedział: „Dlaczego nigdy mnie nie słuchałeś, gdy podejmowałeś decyzje?”. Syn widział to inaczej: „Dlaczego nigdy nie zapytałeś?”. Historia dwóch dobrych ludzi żyjących razem wiele lat, którzy tak naprawdę się nie porozumiewali – jeden oczekiwał, że drugi coś powie, ale to nigdy się nie wydarzyło. Kto miał rację, a kto nie miał? Nie wiem, nikt nie jest winien. Są to problemy pojawiające się w rodzinie wtedy, gdy nie jesteśmy przebudzeni, przytomni. Tak się jakoś składa, że gdy budzimy się do naszego wewnętrznego świata, zaczynamy być również bardziej wrażliwi na otaczających nas ludzi. Co się dzieje, gdy tego nie robimy? Co z tego, że nie rozumiemy naszego wewnętrznego świata? Powiedzmy, że działamy pod wpływem chciwości. Jeśli pragniemy stanowiska, uznania czy władzy, jest to forma chciwości. Skutkuje to tym, że inni ludzi w rodzinie przestają być osobami, a stają się jedynie obiektami. Jeśli nie biorę, przynajmniej w jakimś stopniu, odpowiedzialności za moją chciwość, to co się stanie? Zaczynam patrzeć na ciebie pod kątem możliwości spełnienia moich pragnień. Nie patrzę już na ciebie, jak na ludzką istotę, ale jak na obiekt moich żądz. Nie jesteś już kimś, kto chce być szczęśliwy, ale czymś, co stoi na drodze ku mojemu szczęściu albo jest jedynie narzędziem spełnienia moich potrzeb. W taki właśnie sposób tracimy nasze człowieczeństwo i zaczynamy manipulować innymi. Skutek jest taki, że zaczynamy cierpieć. Co się dzieje, kiedy nie przyjmuję odpowiedzialności za gniew w moim sercu? Jeśli jesteś kimś, kto mnie złości, to znowu stajesz się jedynie przedmiotem. Nie jesteś już człowiekiem, który cierpi tak jak ja i jak ja pragnie szczęścia. Ponieważ jesteś jedynie przedmiotem, który robi coś nie tak, muszę jakoś cię zmienić. Robienie z ciebie jedynie przedmiotu mojej złości sprawia, że obaj tracimy człowieczeństwo. Lęk, wątpienie i zmartwienie działają w ten sam sposób. Odciągają nas od naszego człowieczeństwa i zdolności do szczerych relacji z innymi. Są to jednak bardzo ludzkie cechy. Jest czymś zupełnie ludzkim, że się złościmy. Odczuwanie lęku jest zupełnie ludzkie.

W pewnym stopniu należy zaakceptować nasze wewnętrzne uczucia, ale jednocześnie musimy przyjąć odpowiedzialność za nie. Przyjęcie odpowiedzialności oznacza, że budzimy się do tej nieporadności życia opartego na energiach gniewu, chciwości, nienawiści i ułudy. Nawet jeśli działamy pod wpływem chciwości, nienawiści i pomieszania to nadal pragniemy być szczęśliwi. Wszyscy mamy pragnienia, nieprawdaż? Każdy ma w swym sercu tę tęsknotę za szczęściem. Gdybyśmy jej nie mieli, nie bylibyśmy ludźmi.

To nie chęć jest zła – to przecież tylko natura naszego życia. Musimy jedynie chcieć we właściwy sposób. Ja chcę być szczęśliwy i dlatego zostałem mnichem. Czasem buddyści mówią, że niczego nam nie wolno mieć. Jest to naiwne i głupie. Kiedy przychodzimy do świątyni chcemy wiedzy, chcemy kontemplować Dhammę. Chęć jest naturalna. Musimy jednak sami siebie pytać: „Jakie jest najgłębsze zaspokojenie tej chęci? Gdzie możemy znaleźć to prawdziwe spełnienie?”. Buddyzm opisuje prawdziwe spełnienie w terminach mądrości i współczucia. Przypomnijmy sobie czasy, kiedy komunikowaliśmy się z innymi bez żadnych wymagań czy oczekiwań, z otwartym, hojnym sercem. Czy nie czuliśmy się wtedy uwolnieni od pragnienia? Ustanie chcenia związane jest raczej z dawaniem i nieuwarunkowaną miłością, niż ze zdobywaniem czegoś, czego pragniemy, czy pozbywaniem się czegoś, czego nie chcemy. Jak można jednak pozwolić sobie na bezwarunkową miłość, gdy czymś ludzkim jest odczuwać lęk, złość czy zmartwienie? Jak można w ten sposób radzić sobie w świecie? Odpowiedź na pytanie, jak można kochać w sposób nieuwarunkowany, znajduje się w buddyjskiej drodze transformacji, która oznacza rzeczywiste zrozumienie i praktykowanie z całą tą negatywną sferą w umyśle. Nie dostaniemy tego za darmo. Kiedy przyjmujesz wskazania, nie otrzymujesz żadnej naszywki z napisem „buddysta” i chyba nie myślisz: „OK, teraz będę miłym buddystą, będę wszystkich kochać, będę zawsze kochać moje dzieci, moje dzieci będą kochać mnie i będziemy żyli długo i szczęśliwie”. Żeby umożliwić tę wewnętrzną transformację, bardzo ważny jest nasz styl życia. Jeśli standardy naszych zewnętrznych zachowań są pomieszane i jesteśmy niewrażliwi na innych, wewnętrzna transformacja nie jest możliwa. Jeśli oszukuję w podatkach, to z lękiem wyczekiwać będę policji skarbowej pukającej do moich drzwi. Dlatego więc nasza odpowiedzialność wobec zewnętrznego świata, wobec tych, z którymi żyjemy i naszego środowiska, polega na podstawowych zasadach moralnych niekrzywdzenia siebie i innych ani w mowie, ani w uczynkach.

Podobnie, jak w sferze odpowiedzialności w sensie moralnym, musimy być równie uważni w interesach. Jeśli ciągle mamy debet w banku, nasz umysł będzie zajęty raczej myśleniem o przetrwaniu niż wewnętrzną transformacją. Dlatego właśnie praktyczne aspekty radzenia sobie w życiu i płacenie rachunków są ważne w życiu duchowym. Większość z was tu obecnych była bardzo pilna w zdobywaniu doczesnych umiejętności dających możliwość wygodnej egzystencji i zapewnienia dzieciom godziwej przyszłości. To bardzo dobrze oczywiście. Jednak w ostatecznym rozrachunku nie przynosi spełnienia. Stabilne warunki życia dają natomiast możliwość obserwowania wewnętrznego świata i praktykowania transformacji serca. Jest to część dobrej kammy powstałej ze wszystkich waszych wysiłków, których celem jest ustatkowane życie człowieka świeckiego. Praktyka Dhammy jest sposobem transformacji, a jej podstawowy priorytet to zdrowe stosunki rodzinne. Istotą jest zrozumienie serca i traktowanie życia rodzinnego jako środka duchowego rozwoju. Mówiąc natomiast o środku mam na myśli to, że rodzina nie jest po to, by dawać mi szczęście. Nie jest wcale po to, żebym czuł się bezpieczny, dzieci nie są po to, żeby spełniać nasze pragnienia, a rodzice nie po to, żeby gotować nam posiłki i prać ubrania. Rodzina jest raczej po to, żeby stworzyć nam możliwość pozbycia się egoizmu i rozwinięcia współczucia w sercu.

Kiedy rodzina jest zaledwie środkiem do uzyskania jakiejś gratyfikacji dla samego siebie, każdy wtedy przegrywa. Czasem projektujemy na dzieci czy rodziców nasze wyobrażenia o tym, jaki ktoś powinien być. Zapominamy o ich człowieczeństwie i nie myślimy o ich sercach. Jak dostrzec ich człowieczeństwo? Poprzez spojrzenie ponad nasze oczekiwania, projekcje, wymagania, lęki i powiedzenie sobie: „Ten ktoś jest człowiekiem. Cierpi tak samo jak ja. Ma nastroje, chce być szczęśliwy, nie znosi bólu”. Właśnie ta zdolność zmiany naszej percepcji jest esencją buddyjskiej przemiany serca. Czy to klasztor, czy życie rodzinne, stosujemy tę samą zasadę transformacji. Mogę oczywiście coś powiedzieć jedynie z własnego doświadczenia, ale jeśli na przykład jeden z moich kolegów mnichów jest w złym nastroju, a mnie się to nie podoba, to staje się on przedmiotem mojej irytacji. Sztuka polega na tym, żeby zmienić wtedy sposób postrzegania i pomyśleć: „No cóż, chociaż mnie irytuje w tej chwili, to też zapewne cierpi i chce być szczęśliwy. Już to poznałem, jest taki jak ja”. Zmienić umysł w taki sposób, żeby zaczął postrzegać świat inaczej jest jednak bardzo trudno. Dlaczego? Ponieważ pojawiające się negatywne emocje targają nami zbyt mocno. Na tym więc polega buddyjskie dzieło transformacji: rzeczywiście poczuć znaczenie lęku, gniewu czy zmartwienia i przekształcić to w tym momencie. Owa transformacja zachodzi podczas tarcia, sporów i rywalizacji, jeśli nie dajemy się temu ponieść. Możemy zacząć odczuwać to wszystko, gdy się pojawia, stawać się tego bardziej świadomymi i zmieniać nasze postrzeganie. To jest prawdziwa praktyka. To właśnie jest tą „praktyką w centrum handlowym”, „praktyką oglądania telewizji” czy „praktyką podczas siedzenia za stołem” albo czegokolwiek. Nie odbywa się ona w świątyni, tylko w naszym sercu. Siedząca medytacja niekoniecznie pomoże nam to uleczyć. Trzeba praktykować, gdy ktoś lub coś trafi nas w nasz czuły punkt. Oczywiście na poziomie zewnętrznym nadal wymagać należy, aby społeczeństwo posiadało system prawny, w obrębie którego mamy zachowywać się odpowiedzialnie. Podobnie w rodzinie – rodzice są odpowiedzialni za dzieci i ustalają pewne zasady. Jest to konieczne, bo to oni mają więcej doświadczenia i oni płacą rachunki. Rodzice mają prowadzić dzieci, co ma wynikać z mądrości, a nie z gniewu. Powinno pochodzić raczej z wolności, a nie z chęci zniewolenia, bo nie będzie to skuteczne. Nie mówimy jedynie: „Obyś był szczęśliwy, obyś był szczęśliwy” i niech się dzieje co chce. Przeciwnie – kierujemy, mówimy „tak!” lub „nie!”, ale liczy się tak naprawdę to, co za tymi słowami stoi. Dhamma jest podstawowym priorytetem i fundamentem dobrych decyzji. Wydaje mi się, że przytomność rodzica, kiedy mówi „tak” lub „nie”, bierze się ze współczującego serca. Nie jest oczywiście wyrazem współczucia mówić „tak” na każdą zachciankę dziecka. To najgorsze, co można dziecku zrobić, nieprawdaż? „Tak, tak, tak, tak Jasieczku…”, a gdy Jasio będzie miał 28 lat okaże się, że cię nienawidzi! Wyobrażenie, jakoby współczucie było jakimś ciągłym pozwalaniem jest nieporozumieniem. Współczucie to siła.

Ludzie często nie są tak naprawdę pewni, co oznacza współczucie. Czasem mylą współczucie z zadurzeniem czy przywiązaniem. Kiedy kochamy kogoś w sposób pełen pasji, często miłość z łatwością przeradza się w gniew i zazdrość. Jeśli tak się dzieje, trudno to nazwać współczuciem. Przywiązanie ma wzloty i upadki, a współczucie jest zawsze spokojne. Nie jest wymaganiem, żebyś mnie uszczęśliwiała. Nie jest oczekiwaniem, że dzięki komuś osiągnę spełnienie. Zupełnie przeciwnie – współczucie jest dbałością o dobro wszystkich, niezależnie od naszych własnych pragnień. Dlatego jeśli jesteśmy współczujący, podejmujemy najlepsze decyzje i dokonujemy najlepszych wyborów, ponieważ posiadamy jasność niezmąconą uprzedzeniami czy osobistymi lękami i pragnieniami.

Duża część tego dzieła przemiany wymaga cierpliwości, ponieważ często nie dostajemy tego, czego pragniemy lub oczekujemy od życia. Jeśli na przykład muszę zdążyć na pociąg czy samolot, żeby się dostać do Auckland, to zaczynam się niecierpliwić, gdy się spóźniamy. Będąc w klasztorze mogę sobie powiedzieć: „W porządku, mam być na lotnisku i samochód ma być o takiej i takiej godzinie”. Życie jest nieprzewidywalne i, jak zwykle, coś się wydarza, a ja zaczynam być zniecierpliwiony, nie bez powodu zresztą. Jednak właśnie wtedy mogę pracować nad swoją cierpliwością. Kiedy mam ją rozwijać, jeśli nie w trakcie największej frustracji? Nie rozwinę cierpliwości, gdy wszystkie moje pragnienia są zaspokajane. Wielu ludzi oczekuje, że świat będzie miejscem, w którym będą zawsze doświadczać szczęścia. W rodzinie natomiast ludzie zazwyczaj myślą: „Gdyby tylko moje dzieci były dobre, żeby tylko nie sprawiały tylu kłopotów!” albo „Gdyby moi rodzice byli zawsze spokojni, gdyby nie byli tak staroświeccy, życie byłoby wspaniałe” albo „Gdyby mój partner był inny, byłabym szczęśliwa!”. Jeśli tak myślimy, to przyjdzie nam długo czekać zanim poczujemy się usatysfakcjonowani. Głupi pogląd, nieprawdaż? Myśleć, że gdyby cały świat był w porządku, tobym nie cierpiał! Innymi słowy, gdyby cały świat dostosował się do moich pragnień, gdyby spełnił moje oczekiwania, byłbym szczęśliwy. Cóż, świat, jak się zdaje, niestety taki nie jest. Jedną z trudności, jeśli chodzi o wykorzystanie życia rodzinnego w rozwoju duchowym jest tendencja do rzutowania naszych pasji i wewnętrznych perturbacji na członków rodziny. Można na przykład być znudzonym małżeństwem i projektować to na własnego partnera. Zamiast kontemplować znudzenie jako dhammę z łatwością zaczynamy winić partnera za to, że z jego powodu nie możemy osiągnąć prawdziwego spełnienia. Nie jest to zbyt uczciwe – to oczywiste złudzenie.

Podobnie jest z gniewem, zazdrością, lękiem i zmartwieniem. To wszystko wydaje się tak realne, że tworzymy cały świat cierpienia wokół nich. Spójrzmy tylko na chwile, kiedy byliśmy rozgniewani. Czy gniew nie wydawał się wtedy jak najbardziej realny? „Nieprawda! Dureń jesteś!” – a umysł powtarza to i powtarza. Być może, gdy już nawrzeszczymy na kogoś, czujemy się zażenowani swoją własną głupotą, ale gdy to trwało świat właśnie tak wyglądał. Taka jest natura ułudy. Wewnętrzne pomieszanie projektowane na naszych bliskich i tworzące jeszcze więcej pomieszania w rodzinie. Przyjrzyjmy się chciwości. Ile już razy czuliśmy, że coś jest nam naprawdę potrzebne? Idziemy i kupujemy, a po paru miesiącach, gdzieś w kącie, zbiera się na tym kurz. Tak naprawdę nie potrzebowaliśmy tego, ale wtedy czuliśmy, że jest nam potrzebne. Właśnie ową tendencję, żeby traktować chciwość, gniew czy lęk jako rzeczywistość nazywamy złudzeniem albo niewiedzą.

Współzależność między światem wewnętrznym i zewnętrznym oznacza, że kiedy wierzę w gniew, mój świat jest światem gniewu, kiedy wierzę w zmartwienie, mój świat jest światem niepokoju, jeśli wierzę w lęk, mój świat jest pełen zagrożeń. Owa tendencja do wierzenia i podążania za tymi wszystkimi kaprysami i żądzami świata wewnętrznego jest największym źródłem napięć w rodzinie. Tak czy inaczej jesteśmy ludźmi i skłonność do złości, chciwości i martwienia się nieuchronnie pojawia się w życiu rodzinnym. Cóż więc, możemy zrobić? Według mnie cała tajemnica, to postrzeganie pojawiania się wewnętrznego cierpienia jako okazji do przemiany, zobaczenia starych nawyków powstałych z niewiedzy. Jeśli nie będę w nie wierzyć, będę w stanie obserwować jak zanikają i jak zmniejsza się ich zaślepiająca mnie moc.

W buddyzmie mówi się, że ignorancja to „niewiedzenie” albo „niewidzenie” jasno. Nie chodzi tu jednak o rozumienie w sensie akademickim, ale o brak wglądu w naturę rzeczy, brak dogłębnego zrozumienia. Jeśli potrafimy być w pełni wrażliwi na nasz świat wewnętrzny, a jednocześnie nie podążamy ślepo za naszymi projekcjami, to życie rodzinne staje się wspaniałą okazją do osiągnięcia wewnętrznej wolności i zewnętrznej harmonii.

Kiedy mówimy o przytomności czy uważności jako o ścieżce wiodącej ku wolności, mamy na myśli bycie w pełni świadomym rzeczy takich jak gniew, lęk czy zazdrość. Postrzegamy je jednak raczej jako uwarunkowania umysłu, a nie jako konkretne rzeczywistości. Jeśli te rzeczy się zmieniają, a my nie dajemy się im zwieść, to nasz świat nie jest przez nie uwarunkowany. Bez względu na to, czy jestem zły na dzieci, psa, rząd czy teściów – jest to tylko gniew. Nie przywiązuj się, nie twórz całego świata wokół tego. Bądź cierpliwy, a wszystko minie.

Jeśli pragnę nowego samochodu, nowego komputera czy stereo to jest to tylko pragnienie. Lepiej być cierpliwym i obserwować jak nasze pragnienie zanika niż ciągle karmić żądze stymulowane przez nasze konsumpcyjnie nastawione społeczeństwo. Co reklamy telewizyjne wmawiają ludziom przez cały dzień? – „Jeśli to zdobędziesz, będziesz naprawdę szczęśliwy, naprawdę zaspokojony!”. Zdobywasz więc i zdobywasz, i nigdy nie spojrzysz nawet na samo zdobywanie. W ten sposób nigdy nie dojdzie do ustania pragnienia. Nie chodzi tu bynajmniej o potępianie pragnienia posiadania rzeczy, ale jeśli mamy osiągnąć spokój musimy działać w tej chwili, musimy to porzucić. Jak to zrobić? Jeśli potrafisz powiedzieć: „Ja tego nie potrzebuję, obejdę się bez tego”, to następuje przemiana serca i umysłu. Nie jest to wypieranie, ale dążenie do spokoju umysłu. Cokolwiek by to było: chciwość, gniew na ludzi, lęki i zmartwienia jakie nam towarzyszą – bycie tego świadomym, przekształcenie i uwolnienie tych rzeczy jest żmudną praktyką. Nie jest to asceza polegająca na torturowaniu samego siebie, ale przemiana, co oznacza, że trzeba będzie wiele porzucić. Idea jakoby można było być wolnym i spokojnym, postępując jednocześnie według starych nawyków, w praktyce się niestety nie sprawdza. Życie rodzinne płynie czasem w miłości i harmonii, ale niekiedy może być pełne trudności. Nawet jeśli jest względnie bezpiecznie i wygodnie, przyszłość jest niepewna, a zmartwienia są powszechnym problemem w życiu rodziny. Możemy zostać zwolnieni z pracy. Dzieciom może się nie powieść w szkole. Możemy zachorować w przyszłości. Umysł, który jest skłonny do zamartwiania się, nie przebiera – chwyta się czegokolwiek i się tym dręczy. Bez względu na to, czy jest to moja praca, mój czynsz, rozmiar mojego „podtatusiałego” brzucha, czy opinia sąsiadów na mój temat – wszystko jest po prostu zmartwieniem.

Do życiowych komplikacji można się przystosować, żyjąc właściwie i adaptując się do zmian. Jeśli jednak zamartwianie się jest silnym nawykiem, problemy będą zawsze z tyłu naszej głowy niezależnie od tego, co będziemy robić. Jak można wyjść poza to zamartwianie się? Jak można osiągnąć bardziej ufne i spokojne serce, i czemu właściwie mamy ufać? Cóż, nie można ufać niczemu, co podlega zmianie, co jest niepewne. Nie można ufać ciału, że zawsze będzie zdrowe. Nie można ufać prawom ekonomii. Nie można wierzyć, że zawsze będziemy mieć stałą pracę. W co, wobec tego, można wierzyć? W buddyzmie mówi się, że można ufać Trzem Schronieniom. Można wierzyć w swoją zdolność do bycia przebudzonym, przytomnym – to jest wierzyć Buddzie. Można wierzyć w prawdę o naturze rzeczy – to jest wierzyć w Dhammę. Można wierzyć w dobro swoich intencji, w moralność i szczodrość uczynków – to jest wierzyć w Saṅghę.

Gdy, na przykład, jesteś zły i wierzysz w ten gniew, jakie są tego skutki? Krótko mówiąc: cierpienie! Jeśli jednak ufasz świadomości, że to jest uczucie gniewu, zjawisko w umyśle, a nie stała rzeczywistość, to jest to mądre rozpoznawanie – nasze schronienie w Buddzie. Jeśli ufasz, że ten gniew przejdzie i że nie musisz ani go tłumić, ani mu ulegać, to jest to harmonia z naturą – nasze schronienie w Dhammie. Mimo że twój gniew będzie kierował cię ku przemocy, będziesz wierzyć w niekrzywdzenie – to jest schronienie w Saṅdze. Trzecie schronienie, w Saṅdze, oznacza praktykę przemiany, to znaczy bycie dobrym człowiekiem w działaniu. Sama idea bycia dobrym człowiekiem jest łatwa, ale rzeczywiste bycie kimś dobrym jest już bardzo trudne. Być może siadasz sobie rano i mówisz: „Dzisiaj będę dobrym człowiekiem i nie popełnię żadnych błędów. Będę słuchał mowy Bhante, wierzył we wszystko, nie będę się obżerał, będę nieustraszony i współczujący dla swoich dzieci”. Nastawiasz więc taki program, ale… jesteś rozczarowany pod koniec dnia, a nawet zaczynasz siebie nienawidzić. Zamiast tego lepiej powiedzieć sobie: „Kiedy lęk się pojawi, zacznę rozwijać ufność. Będę to obserwował i rozpoznam uwarunkowanie umysłu zamiast traktować to jako stałą rzeczywistość”. Co się wtedy wydarzy? Zaczniemy wtedy raczej wierzyć w przemianę niż w lęk. Podobnie, gdy pojawi się gniew próbujemy przekształcić go w cierpliwość i we współczucie. Kiedy pojawia się chciwość możemy być tego świadomi i przekształcić ją w wyrzeczenie – porzucenie tego, co nie jest nam potrzebne. Nie jest to żaden ideał, jest to coś, co sami możemy zrobić.

Nie da się tego osiągnąć natychmiast, ale można uczynić takie postanowienie. Praktyka buddyjska w dużym stopniu polega na właściwych intencjach i właściwych sugestiach. Musimy wysyłać właściwe sugestie samym sobie i naszej rodzinie. Jeśli stwierdzę: „Jesteś beznadziejnym palantem!”, to jak to na ciebie zadziała? Cóż, albo poczujesz się jak beznadziejny palant, albo zaczniesz mnie nienawidzić. Nie jest to zdrowa myśl. Jeśli to samo zrobię wobec siebie: „Jestem beznadziejnym palantem!”, to również nie będzie to zbyt rozsądne. Powinienem raczej wysyłać współczujące myśli w rodzaju: „Obym uwolnił się od gniewu. Obym uwolnił się od chciwości. Obym uwolnił się od lęku”. Takie sugestie są właściwe. Z drugiej strony jednak, kiedy budzę się rano, jest zima, deszczowo i szaro, w gospodarce recesja, słyszałem, że w Auckland było sześć gwałtów i czternaście morderstw, to popadam w depresję, a gdy włączę radio, żeby więcej się dowiedzieć, to wpadam w jeszcze większą depresję. Pierwsza moja myśl to: „Życie jest straszne, muszę iść do pracy, jaki to beznadziejny kraj…”.

Jaki to rodzaj sugestii? Sugestia nieszczęścia. Zaczynam to stwarzać w swoim świecie. Dlatego muszę zaprzestać takich afirmacji. Kiedy mój umysł mówi: „Nie zniosę już tego” ‒ budzę się. Mogę sobie wtedy powiedzieć: „A, więc tak odczuwa się beznadziejność”. Gdy tylko to zobaczę, beznadziejność staje się obiektem. Traci moc i staje się czymś, co można rozpoznać.

Mam więc wybór. Mogę wierzyć w nieszczęście albo uwolnić się. Sposób, w jaki można tego dokonać to powiedzenie sobie: „Spróbuję dzisiaj być bardziej uważny. Spróbuję być bardziej wrażliwy na ludzi wokół mnie. Spróbuję mieć więcej współczucia dla samego siebie”. Są to piękne sugestie wysyłane do własnego serca.

Nie wydaje się, że to zbyt dużo – po prostu kontemplowanie własnego umysłu. Ile razy w ciągu dnia wysyłasz takie sugestie do samego siebie, a jak często po prostu „lecisz na autopilocie”? Taki lot jest ryzykowny, bo można rozbić się o skały. Ten nasz autopilot jest często negatywny: „Życie jest beznadziejne… marudzenie… jęki… te dzieciaki, rodzice… bla, bla…”.

Przebudzenie oznacza, że przestajemy „lecieć na autopilocie”. Oznacza bycie w pełni żywym. Dostrzeganie myśli, które nic nie dają, takich jak te powstałe pod wpływem zmartwienia, lęku czy gniewu, to ścieżka przytomności. Z kolei sposób na przemianę, to zaprzestanie wkładania w to wszystko energii. To zadanie na całe życie i musimy się tego trzymać. Dlatego, że jest to dzieło naszego życia musimy być cierpliwi i współczujący wobec samych siebie. Jeśli będziemy jedynie bez przerwy się osądzać, nic z tego nie wyjdzie. Droga przemiany oznacza odpowiedzialność za niewłaściwe czyny i mowę. Rozwijamy właściwe intencje, myśląc: „To jest sfera, nad którą muszę popracować, muszę włożyć wysiłek, muszę być bardziej uważny, muszę to przekształcić”. Jest w tym poczucie osobistej odpowiedzialności, nieprawdaż? Jeśli będę obwiniać tylko świat wokół mnie, jeśli nigdy nie uświadomię sobie, że to ja się złoszczę, że ja jestem pełen obaw, że to ja ciągle chcę czegoś innego, to nigdy nie zaznam spokoju. Zawsze będę chciał czegoś jeszcze. Zawsze potrzebować będę jakiejś rozrywki czy pozbycia się czegoś. Nie zaznam spokoju ani ja, ani moja rodzina. Jeśli mamy zrealizować nasz ludzki potencjał zamiast egzystować jedynie na poziomie zwierząt, musimy przebudzić się ku życiu. Bycie świadomym naszego wewnętrznego świata ze wszystkimi jego pasjami i energiami jest częścią bycia w pełni żywym. Nazywamy to czasem Buddhą znającym Dhammę. Jeśli nie potrafimy być w pełni przebudzeni, to życie jednostki i życie rodziny staje się jedynie bezcelowym ciągiem następujących po sobie akcji i reakcji. Tracimy radosną możliwość życia rodzinnego jako okazji do duchowej przemiany. Czym więc jest Droga Środka? Oznacza ona bycie uczciwym wobec tendencji powodujących chaos w naszych sercach i tworzących cierpienie w rodzinie. Wkładamy wysiłek w praktykę przemiany i jesteśmy gotowi pracować nad tym przez całe życie.

O autorze

Viradhammo.jpg

Viradhammo Ajahn
zobacz inne publikacje autora

Czcigodny Ajahn Viradhammo urodził się w Esslingen, w Niemczech w 1947 roku, w rodzinie łotewskich emigrantów. Wyjechał z rodzicami do Kanady, gdy miał pięć lat. Studiował inżynierię na Uniwersytecie Toronto, jednak życie akademickie go rozczarowało, więc w 1969 roku przerwał studia i wyjechał do pracy w Niemczech, by następnie rozpocząć podróżowanie, żeby poznać świat i doświadczyć innych kultur. W późniejszym czasie, kiedy mieszkał w Indiach, zetknął się z buddyzmem, dzięki temu, że spotkał sāmaṇerę Bodhesako, który zapoznał go z pismami czcigodnego Ñāṇavīry. Dotarł w końcu do Tajlandii, gdzie w 1973 roku został nowicjuszem w Wat Mahathat, a w roku następnym przyjął pełne święcenia w Wat Pah Pong od Ajahna Chaha. Był jednym z pierwszych mieszkańców w innym klasztorze – Wat Pah Nanachat.

Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: Facebook

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL: Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.

gnu.svg.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0

cc.png

Oryginał można znaleźć na tej stronie: http://www.buddhamind.info/stillness/

Źródło: Viradhammo Bhikkhu 2005

Tłumaczenie: Zbigniew Molski
Współpraca: Maciej Królikowski
Redakcja: Alicja Brylińska

Image0001%20%281%29.png


Redakcja portalu tłumaczeń buddyjskich: http://SASANA.PL/