Tytuł: Dobrobyt

O autorze: Ajahn Brahmavamso

Wersja pdf: pdf2.jpg

zobacz źródło

print

Wersja epub: epub2.jpg

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Bardzo się cieszę, że tak wiele osób przychodzi na te piątkowe spotkania albo słucha ich przez internet. To znaczy, że najwyraźniej niektóre z moich nauk wywierają na ludzi pozytywny wpływ i dają im spokój umysłu, który jest bardzo ważną rzeczą w życiu.

Sporo podróżuję i widzę, że jest jedna rzecz, którą stara się osiągnąć wiele osób: jest nią spokój w życiu. Co jakiś czas zdarzają się nam w życiu rozczarowania, wypadki i tragedie, które mogą zakłócić nasz spokój. Mam nadzieję, że przychodząc w takie miejsca jak to udaje wam się odzyskać równowagę i znowu żyć spokojnie i szczęśliwie, nie tylko ciesząc się życiem, ale też ucząc się z niego. Wydaje się, że kiedy coś niby idzie źle – mówię „niby”, bo nic tak naprawdę nie idzie źle; wszystko, co się dzieje, jest okazją do nauki i rozwoju. To jedna z rzeczy, których nauczyło mnie bycie mnichem. Nigdy nie mówię, że coś poszło nie tak. Nawet kiedy zdarzają się jakieś wypadki i rozczarowania, a inni mówią: „o, ty biedaku”, ja mówię, że nie – jestem wdzięczny, że to się stało. Być może na razie jest to trudno znieść, jeśli to bolesne doświadczenie, ale tyle możemy się z niego nauczyć. Gdybyśmy nigdy nie musieli się mierzyć z trudnościami, nigdy niczego byśmy się nie nauczyli.

Często przypominam sobie, że te wszystkie trudności to bóle wzrostowe. Jako nastolatki doświadczamy bólu, kiedy nasze ciało szybko rośnie, i tak samo jest z emocjami. To, co mamy w środku również może doświadczyć bólów wzrostowych życia. Wielu z was żyje już wystarczająco długo, żeby doświadczyć trudności; w wielu przypadkach uświadomiliście sobie, że te trudności były tak naprawdę możliwościami, dzięki którym mogliście się rozwinąć, na przykład przez wybaczenie komuś, kto was zranił.

Może nie umiecie zrozumieć, jak ktoś mógłby być tak głupi i okrutny, ale jeśli spojrzycie na własne życie, zrozumiecie, że wam też zdarzało się tak zachować. Zamiast się złościć i sprawiać, że świat będzie jeszcze mniej przyjazny, zamiast zaczynać wojnę – i nie mam na myśli tylko wojny z sąsiednimi krajami, ale też z byłymi partnerami, w związkach albo w biznesie – możemy nauczyć się, jak wybaczyć i wykorzystać to, co się stało, żeby się rozwinąć.

Opowiadałem ostatnio jedną z moich starych historii – to takie złote przeboje; ludzie liczą na nie, kiedy tu przychodzą. Ta historia jest o człowieku, który uczył się w moim klasztorze. Uczył się o ośmiu wskazaniach. Polega to na tym, że zostaje się w świątyni na kilkudniowym odosobnieniu. Obowiązuje przy tym parę zasad, po to, żeby utrzymać pewną prostotę. Nie jadamy po południu, wieczorem, ani w nocy. Jadamy tylko rano. Można by pomyśleć, że jedząc tylko rano, człowiek chodzi głodny, ale spójrzcie na mnie: jadam tylko rano od trzydziestu ośmiu lat i zobaczcie, ile przytyłem. Gdybym jadał jeszcze po południu i wieczorem, to nie wiem, jak bym wyglądał.

Jadamy tylko rano, ale ten biedak, który dopiero uczył się mnisiego życia, przyszedł do mnie pewnego ranka. Czuł się bardzo źle. Powiedział, że nie mógł spać w nocy, bo dręczyły go wyrzuty sumienia. Poprzedniego dnia wkradł się do klasztornej kuchni, zrobił sobie kanapkę i ją zjadł. Złamał jedną z klasztornych zasad. Powiedział, że czuł się z tym tak źle, że aż nie mógł zasnąć, więc przyszedł do mnie, żeby się przyznać do tego, co zrobił.

Powiedziałem mu: - bardzo dobrze, przyznałeś się do błędu. Wybacz sobie. Każdy czasem popełnia błędy – nie zrobiłeś nic, za co trzeba by wezwać policję i wysłać cię do więzienia. Teraz możesz czegoś się z tego nauczyć. Jedz więcej na lunch. Wtedy możesz zjeść to wszystko, czego nie możesz jeść po południu, na przykład czekoladę. Możesz zjeść tyle czekolady, ile chcesz. Jest też sok pomarańczowy, miód, owoce – dużo różnych rzeczy; zjedz więcej, jeśli jesteś głodny po południu.
- I to wszystko? – zapytał.
- Tak, to wszystko.
- Nie ukarzecie mnie?
- My nie stosujemy kar.
- Ale musicie! Jeśli nie zostanę ukarany, znowu zrobię to samo.

Niektórzy ludzie tak mają. On chciał, żebym go ukarał, więc musiałem wymyślić jakąś dobrą, buddyjską – i australijską - karę. Tak się złożyło, że tego dnia czytałem książkę „The Fatal Shore” Roberta Hughesa, która opisuje początki historii Australii. Mówi o więźniach, których wysyłano z Anglii i których karano bardzo surowo za każde przewinienie. Chłostano ich batem zwanym kotem o dziewięciu ogonach. Tego ranka czytałem właśnie tą książkę, więc powiedziałem do tego młodego mnicha: - Chcesz zostać ukarany? Dobrze, poddamy cię tradycyjnej australijskiej karze. Skazuję cię na kota. Pięćdziesiąt razów.

Powinniście zobaczyć jego minę. Zrobił się blady jak ściana a jego wargi zaczęły się trząść. Naprawdę myślał, że w buddyjskiej świątyni chłoszczemy ludzi. Pewnie jeśli ktoś niewiele wie o buddyzmie, to nie ma pojęcia, co się dzieje w buddyjskich klasztorach. W końcu jednak wytłumaczyłem mu, co miałem na myśli przez pięćdziesiąt razów kota. Powiedziałem: - Mamy tu dwa koty. Znajdź któregoś z nich i pogłaszcz go raz, drugi raz, trzeci raz… To właśnie oznacza pięćdziesiąt razów kota. To twoja kara. Mówię poważnie. Masz znaleźć tego kota i pogłaskać go pięćdziesiąt razy. Dzięki temu nauczysz się współczucia. A kiedy nauczysz się dobroci wobec kota, możesz będziesz umiał wybaczyć sobie i nie szukać kar za błędy, które popełniasz. Zamiast tego zaakceptuj je, wybacz je sobie, ucz się z nich i rozwijaj. Tego właśnie uczy buddyzm.

Jeśli więc trochę za bardzo poimprezowaliście w Sylwestra, to skazuję was na pięćdziesiąt kotów. Albo psów, albo królików, albo innych zwierząt, jakie macie w domach. Innymi słowy, współczucie jest wielką siłą, która tkwi w człowieku; jest przeciwieństwem siły, która każe nam karać i robić krzywdę sobie i innym. Kara jest czymś absurdalnym. Ludzkość tego nie potrzebuje. Czy wy macie taką potrzebę? Co się dzieje, kiedy ktoś was ukarze? Czujecie się źle i wasze cierpienie się pogłębia. Ważne jest wybaczenie i współczucie. Ludzie myślą, że jeśli nie będzie kar, to wszystko zejdzie na psy. Nie, będzie dokładnie odwrotnie. Czy stosowanie kar sprawia, że więzienia się wyludniają? Ludzie popełniają mniej przestępstw? Oczywiście, że nie. Współczucie i wybaczenie maja o wiele większą moc, bo otwierają drzwi do rozwoju. Dlatego właśnie rzeczy nigdy nie idą „źle” – to, co się dzieje, jest okazją do rozwoju i nauczenia się czegoś i stania się lepszym człowiekiem.

Ludzie pytają mnie nieraz, jaki jest sens życia, dlaczego tu jesteśmy. Jesteśmy tu po to, żeby się uczyć i rozwijać. Życie jest jak wielka szkoła albo uniwersytet. Nie chodzi tylko o to, żeby się nauczyć jak zdobyć władzę i jak ją utrzymać, i dostać to, czego chcemy. Nie, jesteśmy tu po to, żeby się dowiedzieć, czego tak naprawdę chcemy w życiu. A czego chcemy? Czego tak naprawdę, najbardziej chcecie?

Powtórzę znowu starą historię – czasem to robię, ale to dlatego, że te historie naprawdę trafiają w sedno. To historia o tym, jak w pewnym klasztorze, wcześnie rano – chyba około czwartej – głównego mnicha obudziły hałasy dochodzące ze świątyni. Najpierw pomyślał, że być może któryś z nowych mnichów wstał wcześnie, żeby pomedytować, ale potem stwierdził, że nie, to na pewno nie jeden z jego mnichów, którym nie chciałoby się wstawać. Opat wstał więc i w świątyni znalazł złodzieja. Złodziej w klasztorze! Próbował właśnie otworzyć puszkę na datki. Czy wiecie, co zrobił ten mnich? Powiedział:

- Dzień dobry, czy mogę jakoś pomóc?
Złodziej popatrzał na niego i zawołał: - Czego chcesz?! Nie podchodź! – i wyjął nóż.
Mnich powiedział: - Jeśli chcesz otworzyć tą puszkę, to lepiej zrobić to kluczem. Proszę, oto klucz.
Złodziej na to:
- Czy to jakaś sztuczka??
Mnich odparł:
- Nie, to klucz do tej puszki. Datki są po to, żeby służyły biednym, i żeby uszczęśliwiały ludzi. Po co zbiera się datki? Tylko po to, żeby budować wielkie świątynie? Tylko po to, żeby stawiać ogromne katedry? Czy po to, żeby zwiększać dobrostan i szczęście wszystkich istot ludzkich? Jesteś istotą ludzką, a my tutaj praktykujemy miłującą dobroć i współczucie, więc jeśli potrzebujesz pieniędzy, weź je, widzę, że jesteś ubogi.
Złodziej złapał klucz do puszki i zaczął pakować pieniądze do kieszeni. Wtedy mnich, który miał w sobie dużo życzliwości, zapytał: - kiedy ostatnio coś jadłeś?
- Nie twój interes!
Lubię opowiadać takie historie, bo mogę pokrzyczeć. Zazwyczaj nie mogę tego robić, więc jeśli opowiadam coś takiego, mogę się wyżyć.
- Nie twój interes! – zawołał złodziej, a mnich odpowiedział:
- W szafce tuż nad puszką z datkami zostało trochę jedzenia z wczoraj. Weź trochę. Poczęstuj się. Pozwalam ci.
Złodziej rzeczywiście był głodny, więc otworzył tę szafkę, nadal mając mnicha na oku i celując w niego nożem. Wziął trochę jedzenia; część zjadł, a część włożył do kieszeni na później.
- Masz nie wzywać policji! – krzyknął.
- Czemu miałbym to zrobić? Dobrowolnie dałem ci pieniądze i jedzenie. Życzę ci dobrego dnia.
Wtedy złodziej uciekł.

To jest dopiero mnich: taki, który potrafi być wolnym od tego, co posiada. Czy nie mówimy wam, żebyście się uwolnili? Czy nie mówimy, żebyście byli współczujący i życzliwi? Niech więc mnisi będą też tacy wobec złodziei.

Wiecie, co się stało dalej? Kilka dni później, ten mnich czytał gazetę, i dowiedział się, że tamtego złodzieja złapano kiedy okradał inny dom, którego mieszkańcy nie byli już tacy życzliwi. Został złapany przez policję i poszedł do więzienia na dziesięć lat. Dziesięć lat później mnich, już trochę starszy, ale nadal równie życzliwy, obudził się o czwartej nad ranem. Poszedł do świątyni i zgadnijcie, kogo zobaczył. Tego samego złodzieja, który stał obok puszki na datki z nożem w ręce.

- Pamiętasz mnie? – zapytał złodziej.
- Tak, pamiętam – powiedział mnich – oto klucz.
Wtedy złodziej się uśmiechnął, odłożył nóż i powiedział:
- Nie chcę pieniędzy ani kluczy. Od dziesięciu lat nie mogłem przestać o tobie myśleć. Codziennie przypominałem sobie, że byłeś jedyną osobą, która kiedykolwiek okazała mi dobroć. Mimo, że próbowałem cię okraść, dałeś mi te pieniądze. Mierzyłem w ciebie nożem, a ty bardziej przejmowałeś się tym, że byłem głodny. Przyszedłem, żeby znowu kraść – ale nie pieniądze czy jedzenie. Przyszedłem ukraść sekret twojej dobroci i hojności. Proszę, naucz mnie tego.

Złodziej został mnichem. Zdał sobie sprawę, że właśnie to chciał robić w życiu. Czy klucz do życzliwości to nie to, czego chcemy w życiu? Klucz do hojności, do dobrej woli wobec innych ludzi zamiast krytykowania i szukania wad? Do społeczności, w której z życzliwością troszczymy się o siebie nawzajem i gdzie jesteśmy szanowani za to, kim jesteśmy mimo, że nie jesteśmy doskonali – ale staramy się, rozwijamy się, uczymy. Ten szacunek i dobroć to to, czego ludzie naprawdę pragną. Jak tylko zaczynamy rozumieć, czego ludzie naprawdę chcą w życiu, nadajemy temu najwyższy priorytet.

W przyszłym tygodniu wybieram się do Korei, gdzie będę prowadzić spotkanie. Dużo podróżuję po świecie. Jadę do Południowej Korei, nie do Północnej, więc nie martwcie się, wrócę do domu. Pewna gazeta przysłała mi pytania do wywiadu, i jedno z nich brzmiało: „czy buddyzm popiera to, w jaki sposób działa światowa gospodarka, która jest nastawiona na zysk?” Powiedziałem, że tak, jak najbardziej. Buddyści nie chcą, żeby ludzie byli biedni i żeby społeczeństwa trwały w stagnacji. Też zależmy nam na rozwoju i dobrobycie. Też chcemy, żeby powstawały dobre szpitale i inne ośrodki służące ludziom, ale to nie jest nasz główny priorytet. Naszym głównym priorytetem jest dać ludziom to, czego tak naprawdę pragną: życzliwość i umiejętność współdziałania. Po co komu duży dom, jeśli mieszkasz w nim samotnie, bo nie umiesz znaleźć partnera ani przyjaciół? Po co komu bogactwo, jeśli nie umiesz się nim podzielić? Po co władza, jeśli nie umiemy kontrolować nawet własnego umysłu?

Jeśli zrozumiemy czego ludzie tak naprawdę chcą w życiu, to zmienia się nasza perspektywa i priorytety. Tak, dobrobyt i komfort są ważne, ale ważniejsza jest harmonia między ludźmi, zrozumienie, dobroć, mądrość, bycie godnym zaufania – to są ważne rzeczy. Kolejną wspaniałą rzeczą jest to, że jeśli potraktujemy wzajemne zaufanie, trzymanie się wskazań, bycie życzliwym, wybaczanie ludziom, jeśli coś jest nie tak jako najważniejsze rzeczy w życiu, to to podziała wzmacniająco również na gospodarkę.

Jeżdżąc za granicę biorę często udział w konferencjach, buddyjskich i innych, i na jednej z tych konferencji spotkałem pewnego człowieka, który nie tylko należał do jednego z buddyjskich klasztorów w Wielkiej Brytanii, ale był też profesorem ekonomii i doradcą Bank of England, więc zajmował wysokie stanowisko jako ekonomista. Jego prezentacja na konferencji dotyczyła roli mnichów i mniszek buddyjskich w gospodarce. To był doświadczony ekonomista, który przemawiał na temat tego, co mnisi i mniszki mogą wnieść do gospodarki. Przede wszystkim stwierdził, że nie zarabiają pieniędzy i nie płacą podatków, więc to akurat jest minus, poza tym nie mają dzieci – a zwiększanie populacji wzmacnia gospodarkę. Potem jednak powiedział, że ich wspaniałym wkładem w rozwój gospodarki jest to, że zachęcają ludzi do wzajemnego zaufania i do tego, żeby dotrzymywać słowa i mówić prawdę.

W biznesie – na pewno to zrozumiecie, nawet jeśli nie macie wiedzy o gospodarce – jest tak, że jeśli nie ufasz ludziom, musisz wydać więcej pieniędzy i stracić więcej czasu żeby się upewnić, że ludzie zrobią to, co powiedzieli, że zrobią. Czy chodzi o wybudowanie domu, czy remont w buddyjskim ośrodku, czy kupowanie czegoś przez internet. Czy rzeczywiście dostaniemy to, o co prosiliśmy? Albo, jeśli to my wykonujemy pracę, czy dostaniemy za nią zapłatę? I czy zapłacą nam na czas? Ile razy słyszymy: „a, tak, wysłałem już czek” – mimo, że naprawdę wcale go nie wysłali. Ludzie za dużo kłamią. Pamiętam, że kiedy budowaliśmy nasz klasztor w Serpentine dostawcy czasami kłamali. Pamiętam, jak zamówiliśmy ciężarówkę betonu; pracownicy już czekali – a płaciliśmy im za godzinę, więc ciężarówka powinna była dotrzeć na czas. Po piętnastu minutach czekania zadzwoniłem do firmy, gdzie przeprosili i zapewnili mnie, że ciężarówka właśnie wyjechała. Po kolejnych piętnastu minutach nadal jej nie było, więc zadzwoniłem znowu; tym razem odebrał ktoś inny i też powiedział, że samochód właśnie wyjechał. Powiedziałem: - Ktoś inny powiedział mi to samo piętnaście minut temu. Kłamiecie, prawda? – bo to była inna osoba, która nie wiedziała, że już dzwoniłem. To częsta wymówka: czek został wysłany, ciężarówka właśnie wyjechała, państwa rozmowa telefoniczna jest dla nas ważna – to wszystko to kłamstwa. Jeśli nasz telefon byłyby ważny, to byście go odebrali!

Przez taki brak zaufania w społeczeństwie trudno jest robić interesy. To kosztuje nas pieniądze, czas, nerwy. Tamten ekonomista mówił więc o tym, że mnisi, mniszki, księża i inni ludzie, którzy uczą innych, jak żyć szlachetnie i uczciwie, jak ufać innym, jak być życzliwym, i dzięki którym w społeczeństwie jest więcej prawdy sprawiają, że wzmacnia się gospodarka. Nie chodzi tylko o pieniądze i zysk – chodzi o to, żeby u ich podstaw leżało zaufanie, uczciwość i życzliwość.

Pamiętam historię o mnichu, który spotkał pewnego multimilionera, który jeździł po świecie i podpisywał milionowe kontrakty; ten facet powiedział dokładnie to samo: powiedział, że jedyne, co musi zrobić, to wypracować relacje z ludźmi, a żeby to zrobić, muszę zrozumieć własne emocje, umieć znaleźć nić porozumienia z drugim człowiekiem. W ten sposób tworzę relację, a relacje są kluczem do mojego sukcesu. Przyjazne relacje, w których ja ufam innym, a oni ufają mi – tak właśnie udało mi się zdobyć fortunę. Ta historia zapadła mi w pamięć. Ilu z was potrafi wypracowywać relacje z innymi? Czasami brak tej umiejętności jest przyczyną biedy. Tworzenie związków z ludźmi – a przede wszystkim z samym sobą – jest bardzo trudne. Dlaczego tak się dzieje? Czasem jest tak, bo brak nam śmiałości, więc się wycofujemy. Czasami zachowujemy się jak słoń w składzie porcelany, bo chcemy dobrze, ale brak nam umiejętności.

Jedną z najważniejszych rzeczy jest umiejętność mówienia. Przez wiele lat słucham, jak ludzie ze sobą rozmawiają i słyszę, że ciągle się krytykują i zrzędzą. Szczególnie w małżeństwie. Jest takie powiedzenie, że w pierwszym roku małżeństwa żona słucha męża, w drugim roku mąż słucha żony, a w trzecim roku sąsiedzi słuchają obojga. Bo dużo się kłócą. Nie jest tak w każdym małżeństwie, ale śmiejecie się, bo wiecie, że jest w tym sporo prawdy. Dlaczego ludzie nie umieją być dla siebie mili?

Jeśli w tym roku wymyślacie jakieś postanowienia noworoczne, możecie postanowić, że będziecie mówić partnerowi tylko dobre rzeczy. Nie będziecie go krytykować – nawet, jeśli będzie zasługiwać na krytykę, nie zrobicie tego. Jeśli tylko zmieniamy to, jak mówimy, to niesamowite, jak bardzo może zmienić się związek. Nikt nie lubi słuchać negatywnych rzeczy. Nikt.

Jest taka stara, buddyjska historia, pochodząca ze zbioru Jatak – były to przypowieści, które czytano dzieciom, żeby nauczyć je, jak być dobrymi ludźmi. Wielu z was nie czytało tych historii, bo nie jesteście buddystami, więc mogę je wam opowiedzieć tutaj.

Jedna z tych historii mówi o wole, który był bardzo silny i zdrowy. To był taki super-wół. Jego właścicielem był biedny farmer, który z trudem wiązał koniec z końcem. Bardzo ciężko pracował, ale albo nie spadał deszcz, albo w danym roku był słaby plon, więc ledwo udawało mu się przetrwać. Pewnego dnia wół przyszedł do farmera i powiedział:

- Chyba mogę ci pomóc. W miasteczku mieszka pewien bogaty człowiek, który bardzo lubi hazard. Mogę wygrać dla ciebie trochę pieniędzy. Podejdź do niego i powiedz: „mam wołu, który potrafi pociągnąć sto połączonych ze sobą wozów załadowanych kamieniami”.
Farmer odpowiedział:
- Wiem, że jesteś bardzo silny, ale żaden wół czegoś takiego nie potrafi.
Wół na to:
- Ja potrafię. Właśnie o to chodzi. Ten facet ci nie uwierzy. Załóż się z nim, a ja wygram dla ciebie pieniądze.
Farmer podszedł więc do tamtego bogatego hazardzisty i powiedział:
- Mój wół – właściwie to powinien powiedzieć „mój wół umie mówić”. To jeszcze lepsza opcja. Ale w tej historii jest inaczej. Ale powiedział: - Mój wół potrafi pociągnąć sto wozów wyładowanych kamieniami.
- Niemożliwe. Na pewno tego nie potrafi.
- Właśnie, że tak. Założę się o dziesięć tysięcy dolarów – albo ówczesny odpowiednik.
- Ale ja już mam dziesięć tysięcy dolarów. Co będę z tego mieć jeśli wygram?
- Mam farmę i parę innych rzeczy, jeśli przegram, to będzie twoje.

Bogaty facet pomyślał: co za głupi rolnik. Ludziom się czasami wydaje, że ci, którzy mieszkają na wsi i nie mają wykształcenia, nie są zbyt bystrzy - ale pamiętam, że jako młody mnich mieszkałem w małej wiosce w północno-wschodniej Tajlandii i byłem bardzo zaskoczony tym, że mimo, że skończyłem Cambridge, niektórzy z tamtejszych wieśniaków mieli o wiele więcej mądrości, dzięki temu, że mieszkali blisko natury. Rozumieli rzeczy, których ja nigdy wcześniej nie widziałem i posiadali naturalną mądrość. Czasami uczymy się tyle w szkole i na studiach, że w końcu przestajemy rozumieć życie i samych siebie. Rozumiemy książki, mamy wiedzę, ale to co innego niż prawda.

W każdym razie, farmer założył się z bogaczem, zgromadzili sto wozów, napełnili je kamieniami, zaprzęgli wołu do pierwszego wozu – całe miasteczko wyległo, żeby zobaczyć, czy zwierzę rzeczywiście pociągnie te wszystkie wozy – farmer wsiadł do pierwszego wozu i zawołał:
- Ok, wole, ciągnij te wozy – ale wół stał w miejscu. – Głupie bydle! Ciągnij! – krzyknął. Wół nadal stał w miejscu. Wtedy farmer uderzył go patykiem. – Ciągnij!
Ale wół nadal się nie ruszał. Ludzie zaczęli się śmiać. „Co za głupek – żaden wół nie pociągnąłby takiego ładunku!”

Farmer przegrał zakład. Usiadł więc pod drzewem i zaczął płakać. Stracił wszystko przez to, że uwierzył głupiemu zwierzęciu. Chwilę później poczuł, jak mokry nos dotyka jego ucha.
- Dlaczego płaczesz? – zapytał wół.
- Bo przez ciebie przegrałem, straciłem wszystko, teraz nie wiem, jak przeżyję! Do końca życia będę tonąć w długach! Dlaczego mnie okłamałeś?!
- Nie okłamałem cię – odpowiedział wół.
- Powiedziałeś, że możesz pociągnąć te wozy!
- Bo mogę.
- Ale nie zrobiłeś tego!
- Ale mogę.
- To dlaczego tego nie zrobiłeś??
Wtedy wół odpowiedział:
- Bo wrzeszczałeś na mnie. Bo nazwałeś mnie głupim wołem. Nie jestem głupim wołem. Jestem tak bystry i lotny, że mógłbym być lotnikiem. A potem uderzyłeś mnie – tak nie można. Słuchaj. Idź i załóż się z tym facetem o dwadzieścia tysięcy. Te wozy nadal tam stoją.
Farmer poszedł więc do bogacza i założył się o dwadzieścia tysięcy. Znowu zaprzęgli wołu do pierwszego wozu i tym razem farmer podszedł do wołu i powiedział:
- Dobry wół, miły wół. Czy mógłbym cię prosić, o ile to nie kłopot, żebyś troszkę przeciągnął te wozy? Tylko odrobinę. Jeśli to za dużo to nie szkodzi, nie chcę, żebyś zrobił sobie krzywdę, bo bardzo cię lubię. Po prostu postaraj się na tyle, na ile możesz.
Po tych miłych słowach wół bardzo się wytężył. Żyły wyszły mu na wierzch. I co? I nic.
- No dobra, zapomnij o tym.
Ale wół się nie poddawał, zebrał wszystkie siły i …tylko się spocił. Wozy ani drgnęły.
- Daj spokój, nie chcę żebyś wyzionął ducha, to nic ważnego! To tylko pieniądze.
Słysząc to wół naprawdę potężnie się wysilił. Ciągnął z taką mocą, z jaką nie ciągnął jeszcze żaden wół. Dało się słyszeć ciche skrzypienie i koła jednego z wozów powoli się poruszyły. A potem następnego i następnego, a w końcu wszystkie wozy były w ruchu. W ten sposób farmer wygrał swój zakład. Przegrał dziesięć tysięcy, ale potem wygrał dwadzieścia, więc był do przodu, i razem z wołem żyli długo i szczęśliwie.

Ktoś kiedyś powiedział, że moje spotkania są takie popularne dlatego, że traktuje ludzi jak dzieci – rzeczywiście, właśnie opowiedziałem wam bajkę. Ale czy nie lubimy słuchać bajek?

Ta historia przekazuje wielką mądrość: jeśli chcesz, żeby twoja żona coś zrobiła, nie krzycz: „ile razy mam powtarzać? Idziemy do ośrodka buddyjskiego, no pospiesz się!”, albo do męża: „rusz się wreszcie, mecz już się skończył!”. Tak nie można. Jeśli chcesz skłonić męża do czegoś, zacznij tak: „mój kochany, jeśli nie sprawi ci to kłopotu – wiem, że jesteś zajęty – ale czy mogę pożyczyć dziesięć dolarów? Albo sto dolarów? Ale jeśli cię na to nie stać, to nic nie szkodzi.” Czy nie chcielibyście być traktowani w ten sposób? To niezwykłe, jak miłująca dobroć sprawia, że chce nam się pracować ciężej. To naprawdę działa – nawet w biurze. Ile razy zdarzyło się wam, że ktoś traktował was źle w biurze? A w domu? To przez to związki stają się dysfunkcyjne. Chcemy odrobinę życzliwości i szacunku, a jeśli ktoś mi je oferuje, to jestem gotów wypruć sobie żyły dla tej osoby. I tak samo jest z wami. To dlatego tyle osób przychodzi pomagać do Towarzystwa Buddyjskiego – bo jesteśmy dla nich życzliwi. To dlatego tak łatwo znaleźć ludzi chętnych do pracy w naszych klasztorach – bo okazujemy im dobroć. Tego właśnie ludzie potrzebują, i jest to również korzystne dla gospodarki. Odrobina dobroci i łagodności – szczególnie w tym, jak rozmawiamy z innymi – ma naprawdę wielką moc.

Jak traktujecie swoje dzieci? „Idź posprzątać swój pokój!” Może zamiast tego powiedzcie: „kochanie, jeśli nie sprawi ci to kłopotu – wiem, że jesteś bardzo zajęty grami komputerowymi – ale czy mogę cię prosić, żebyś posprzątał? Jeśli to niemożliwe, to oczywiście nie szkodzi”. Próbowaliście już wszystkiego innego i nie podziałało, więc może warto spróbować. Pamiętam swoje doświadczenia z własnym ojcem – wiecie, w jaki sposób nauczył mnie, żebym nie kradł? Był bardzo biedny; ciągle chorował, więc często nie mógł pracować. Miał astmę i różne inne choroby; zmarł, kiedy miałem szesnaście lat. Tylko tyle udało mu się przeżyć w tym schorowanym ciele. Przez jego chorobę byliśmy biedni. Pamiętam, jak – to chyba było w pięćdziesiątym ósmym roku – na półeczce nad kominkiem leżał banknot jednofuntowy. Ogrzewaliśmy mieszkanie kominkiem. Powiew powietrza zdmuchnął ten banknot z półki i rzucił go do ognia. Mój ojciec próbował go wyciągnąć – poparzył sobie ręce, ale i tak próbował wyjąć ten banknot. Pamiętam, jak moi rodzice się rozpłakali, bo jeden funt to było dużo pieniędzy, a ten banknot wpadł do ognia. Pamiętam to i wiem, ile mała suma może znaczyć dla biednych ludzi. Ale mimo, że ojciec był biedny, powiedział mi pewnego razu: - Synu, nigdy nie kradnij. Jeśli będziesz kradł, wpadniesz w kłopoty, a wtedy ja będę nieszczęśliwy. Jeśli chcesz czegoś tak, że jesteś gotów to ukraść, powiedz mi, a ja ci to kupię. Nieważne, co by to nie było.

Zrozumiałem, że był gotów się zapożyczyć, ciężko pracować, zrobić cokolwiek, żeby zarobić pieniądze na to, czego chciałem, jeśli w przeciwnym razie mógłbym to ukraść. Zrozumiałem, jak ważne było dla niego, żebym nie kradł. Poświęciłby kilka posiłków, żeby jego syn nie musiał kraść. Po tym oczywiście nie byłem w stanie nic ukraść. To była wspaniała lekcja. Ojciec nie miał zamiaru mnie karać – wolał nauczyć mnie w inny sposób. Okazał mi szacunek, więc ja również szanowałem jego. To, jak wychowujemy dzieci jest ważne. Czasem jedyne, czego potrzebują, to spędzić z wami trochę czasu, być szanowane i kochane – tak samo jak wy. Zwróćcie uwagę na to, jak się do siebie nawzajem zwracamy. To niezwykłe, jak mocno może podziałać drobna pochwała.

Pracowałem kiedyś jako nauczyciel zanim zostałem mnichem. Kiedy przygotowywałem się do zawodu nauczyciela, widziałem film o grupie ludzi pracujących w jednej z londyńskich szkół średnich. Było tam mnóstwo uczniów, większość z trudnych środowisk; rozmawiano z nimi i nagrywano przebieg tej akcji. W jednej z nagranych rozmów około trzynastoletnia dziewczynka powiedziała, że to, co ją najbardziej uszczęśliwiło tego dnia, to nauczyciel, który, przechodząc korytarzem, zatrzymał się i zapytał: „jak się dziś czujesz? Wszystko w porządku?” To było dla niej bardzo ważne: nauczyciel życzliwie zapytał, czy wszystko w porządku. To się rzadko zdarza. Czy jesteś nauczycielem, czy biznesmenem, bądź życzliwy dla innych. Zapytaj, czy mają dobry dzień, czy możesz coś dla nich zrobić. Te drobne, życzliwe gest tworzą społeczność. Tworzą szczęśliwe, harmonijne relacje między ludźmi, a ludzie tego właśnie chcą. Twój szef, partner czy dziecko naprawdę to docenią, bo to bardzo rzadkie w naszym świecie, a tego właśnie wszyscy naprawdę potrzebujemy.

To tak samo jak w tej historii o wole – ale to nie działa tylko na woły, a również na ludzi. Pamiętam, że kiedy ostatnio opowiadałem tą historię, ktoś podszedł do mnie i powiedział, że to działa, bo widział kiedyś, jak na pewnym szkolnym festynie, na którym jedną z atrakcji były przejażdżki na wielbłądzie, ktoś przyjechał spóźniony – ale bardzo chciał przejechać się na wielbłądzie. Właściciel wielbłąda powiedział jednak, że już za późno. Tamten zaproponował, że zapłaci podwójnie, bo naprawdę bardzo mu zależało. Kiedy właściciel wielbłąda się zgodził, tamten powiedział: - Wielbłądzie, uklęknij, chcę na ciebie wsiąść! Wielbłąd oczywiście się nie ruszył, więc krzyczał dalej: - No, już! Zapłaciłem podwójnie!

Wtedy właściciel zwierzęcia powiedział: - Przestań. Nie można tak traktować zwierzęcia – a potem podszedł do wielbłąda i zaczął do niego mówić: - Posłuchaj. Ciężko dziś pracowałeś, a wiem, że jest gorąco, ale udało się zebrać dużo pieniędzy dla szkoły. Wspaniale się spisałeś. Ten człowiek przyjechał z daleka i bardzo chce się na tobie przejechać. Czy mógłbyś uklęknąć ostatni raz? – wystarczyło kilka życzliwych słów i wielbłąd ugiął kolana i pozwolił tamtemu człowiekowi wsiąść na swój grzbiet, mimo, że był bardzo zmęczony. Jeśli to działa na zwierzęta, to czy nie może też podziałać na ludzi? I działa na nich – sam próbowałem. Ktoś jest zły – okaż mu dobroć. Chcesz uzdrowić swoją relację z drugą osobą – życzliwie z nią porozmawiaj. Czy sam byś tego nie chciał? Czy nie chciałbyś, żeby ktoś powiedział: „wiem, że jesteś zmęczony i zajęty, ale jeśli to nie kłopot, to czy mógłbyś…?”

Jeśli ludzie zmienią to, w jaki sposób mówią i zaczną bazować na życzliwości zamiast na agresji, to czy świat nie stałby się piękniejszy? Ludzie wykonywaliby swoją pracę i przychodzili pomagać, wszystko działałoby bardziej harmonijnie. Taki świat chcę budować i w takim świecie chcę żyć. Taki świat możemy zbudować. Żeby to zrobić, musimy się dowiedzieć, czego ludzie tak naprawdę chcą – dobroci i życzliwości. Zapomnijmy o karach i złoszczeniu się na ludzi, bo ludzie będą nas zawodzić. Pewnie będą mieć ku temu jakieś powody. Dobrze jest przyjąć jakiś margines błędu i wybaczyć. Jeśli mąż wraca do domu późno wieczorem, nie myślcie, że znalazł sobie kochankę albo siedział w pubie. Okaż mu trochę zaufania. Tak jak my zaufaliśmy mnichowi, którego kiedyś odebrałem z lotniska po jego powrocie z Adelaide. Nie powiem wam, który to mnich, ale jest znany w naszym Towarzystwie. Kiedy wysiadł z samolotu, śmierdział gorzelnią. Cały cuchnął whisky.

- Co się stało?? – zapytałem.
- To nie to, co myślisz. Było tak: w samolocie siedziałem obok faceta, który tak bał się latania, że pił whisky – kolejkę za kolejką. Tylko tak mógł się uspokoić. Kiedy podchodziliśmy do lądowania w Perth, zaczęły się turbulencje, a on miał akurat w ręku szklankę whisky, która wylała się na mnie. Dlatego śmierdzę whisky.
Co byście zrobili w tej sytuacji? Zaufalibyście mu? Pewnie, że tak, to dobry mnich. Ale naprawdę śmierdział tą whisky.

Albo moja własna historia – opowiadałem ją chyba w Malezji – o dwóch dziewczynach w bikini na plaży. Nie opowiadałem tego ostatnio? Chyba nie. Jestem życzliwym mnichem; wiele lat temu, kiedy jeszcze nie byłem aż tak zajęty, prowadziłem zajęcia w więzieniu. Chodziłem tam raz w tygodniu wieczorem. Jedynym sposobem, żeby się tam dostać z Serpentine był pociąg, który jednak kursował tylko dwa razy dziennie. Musiałem więc wyjechać tuż po lunchu i miałem całe popołudnie wolne. Pewnego dnia wybrałem się na plażę. Była pusta, panowała na niej cisza i spokój, więc świetnie nadawała się do medytacji. Medytowałem więc na niej przez dwie godziny. Lubię dłuższe medytacje, a tutaj nie mogę tego robić, bo kiedy po dwóch godzinach otworzyłbym oczy, wy byście dawno zniknęli. Dlatego tutejsze medytacje trwają po pół godziny.

Siedziałem więc na plaży i medytowałem, a kiedy po dwóch godzinach otworzyłem oczy, uświadomiłem sobie, że tuż obok mnie siedzą dwie osoby. Odwróciłem się, a obok mnie siedziała piękna, jasnowłosa siedemnastolatka ubrana w bikini. Po mojej drugiej stronie siedziała rudowłosa dziewczyna. Piękna, z dużym …wiecie czym, też w bikini. „O rany, co się dzieje – przecież jestem mnichem” – pomyślałem. I gdyby wtedy ktoś zrobił mi zdjęcie jak siedzę na plaży otoczony dziewczynami w bikini, to nigdy bym się z tego nie wykaraskał. Okazało się, że te dziewczyny tego właśnie dnia skończyły końcowe egzaminy w szkole, która była kilkaset metrów od plaży. Koniec egzaminów, hurra! A co robią chłopcy i dziewczyny w Australii po zakończeniu egzaminów? Wskakują w bikini i na plażę. Muszą się zrelaksować. Te dziewczyny uczyły się dużo przed egzaminami, więc czas się wyluzować. Zobaczyły mnicha siedzącego spokojnie na plaży, a interesowała je medytacja, więc usiadły obok mnie i czekały cierpliwie aż skończę, żeby zapytać mnie o różne rzeczy związane z medytacją i buddyzmem. Naprawdę były ciekawe, ale szybko zakończyłem rozmowę i uciekłem. Bo kto by uwierzył, że to była zupełnie niewinna sytuacja? Gdybyście przechodzili obok tej plaży i zobaczyli, że siedzę w towarzystwie dwóch pięknych dziewczyn w bikini, to co byście pomyśleli? Więc proszę, nie wyciągajcie pochopnych wniosków.

Nawet jeśli te wnioski będą słuszne, to i tak lepiej jest zaufać i później dowiedzieć się, że się myliło, niż w ogóle przestać ufać ludziom. Tak się czasem zdarza – ktoś przeżywa rozczarowanie i myśli, że już nigdy nie zaufa żadnemu mężczyźnie. Po co ludzie to robią? W ten sposób zamykamy tylko serce na związki. Odcinamy się, bo raz czy dwa ktoś nas zranił. Proszę, ufajcie. Wyjdźcie z betonowych schronów, w których schowaliście serca. Tak, ktoś cię zranił – ale dzięki temu się rozwijasz i uczysz, a przez to będziesz mógł kochać jeszcze mocniej. Nadal możesz z kimś być. A kiedy umiesz być z innymi, umiesz też zbudować relację z samym sobą. To jedna z najpiękniejszych rzeczy w buddyzmie: uczy nas, jak kochać siebie samych. Na Zachodzie ludzie słyszą: „pokochaj siebie” i myślą, że to egoistyczne i zarozumiałe. Jak można „kochać siebie”?? A właśnie, że powinniśmy się kochać. Wspaniale jest się nauczyć, jak szanować siebie, jak okazywać sobie dobroć, jak traktować siebie tak, jak traktujemy innych, a innych tak, jak samy chcielibyśmy być traktowani. Wybaczasz innym? Wybacz sobie. Mówisz o innych życzliwie? Bądź życzliwy wobec samego siebie. Życzyliście innym wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku? A sobie samym? Idźcie dziś do domu, spójrzcie w lustro i powiedzcie: „szczęśliwego Nowego Roku”. Czemu się śmiejecie? Jak tak robię – patrzę w lustro i mówię: „miłego dnia, Ajahn Brahm. Opowiedziałeś kiepski żart o lotnym wole, ale wybaczam ci”.

Mówiąc poważnie, jeśli zaczniecie to robić, to będziecie o wiele zdrowsi i szczęśliwsi – jeśli zbudujecie pozytywną relację z samym sobą, jeśli będziecie umieli się z siebie śmiać, mówić sobie głupoty, i swojemu partnerowi i w ogóle dobrze się bawić. Nie musimy być ciągle poważni. Kto chce mieć partnera, który zawsze jest poważny? Nie wolicie się bawić? Sami jesteśmy swoimi partnerami, więc nie podchodźmy do siebie aż tak poważnie. Jeśli popełnicie błąd, przyznajcie to i wymierzcie sobie pięćdziesiąt kotów, albo jakiegoś innego zwierzęcia – ale jeśli macie kolczatkę, to nie głaszczcie jej pięćdziesiąt razy. Kolczatka to zwierzę podobne do jeżozwierza. Jeśli macie jakieś jadowite zwierzę, to też go nie głaszczcie. Możecie głaskać miłe, futerkowe zwierzęta.

Wybaczcie sobie, bądźcie dla siebie życzliwi dla siebie i innych. I nie myślcie, że to nie działa – bo działa. Wiecie, że działa, bo sami chcielibyście być tak traktowani, więc dawajcie to innym to, co sami chcielibyście dostać, i sobie to, co dajecie innym. Niech to będzie wasze postanowienie noworoczne: będę życzliwszy wobec siebie i innych, będę godzien swojego i innych zaufania, zaufam sobie i innym. Być może coś ci nie wyszło, ale zrobiłeś, co mogłeś – zaakceptuj ten margines błędu. Jeśli przestaniesz się krytykować, to będzie ci ze sobą lepiej i twoje życie stanie się szczęśliwsze i pełne spokoju. Gospodarka też się wzmocni; wszędzie wokół zapanuje dobrobyt. Ludzie są zasobem tego świata – nie żelazo, węgiel, czy ropa. Ludzie. Musimy o nich dbać, żeby się rozwijali, bo kiedy ten zasób stanie się silny i wzbogaci się, to samo stanie się z gospodarką.

Na tym kończę to noworoczne spotkanie na temat dobrobytu. Dziękuję za uwagę.

Sadhu, sadhu, sadhu.

Kiedy słyszę takie anemiczne „sadhu”, jest mi smutno. Jeśli coś robicie, to porządnie, z mocą. „Sadhu”, których uczę, to nie tylko takie smętne „sadhu, sadhu, sadhu”, ale – na razie nie powtarzajcie, posłuchajcie tylko – „sadhu, sadhu, saaadhu!” Ok, teraz wszyscy razem: „sadhu, sadhu, saaadhu!” Tak jest lepiej, prawda? Bardzo dobrze. To dopiero początek nowego roku. Nieważne, kto akurat będzie prowadził tutaj spotkanie, głośno wołajcie „sadhu”. Tak jest fajniej.

Czy są jakieś pytania z zagranicy? Pewnie jakieś przyjdą, ale w międzyczasie być może ktoś z was ma pytanie dotyczące tego, o czym dziś mówiłem? Miałem mówić na inny temat, ale wyszło inaczej. Czy przyszedł jakiś e-mail? Nie, komputer chyba nie działa. Być może więc ktoś z widowni ma jakieś pytanie – szczególnie na temat życzliwego zwracania się do innych?

Q: Czy ta historia o mnichu i złodzieju jest prawdziwa?

AB: Nie, to nie jest prawdziwa historia; jest oparta na czymś, co wydarzyło się naprawdę, ale została trochę zmieniona. Często coś zmieniam. Prawdziwa historia brzmi tak: w Tajlandii, w okresie Ayutthaya. Głównym środkiem transportu w tamtych czasach była łódź, bo wszędzie były kanały i rzeki. Podróżowano na łodziach albo – tam, gdzie nie dało się dopłynąć łodzią – słoniach. Każdy klasztor miał więc kilka łodzi. Jeśli pojedziecie do Tajlandii albo na Sri Lankę, zauważycie, że wszystkie stare klasztory znajdują się niedaleko rzek, bo dzięki temu było łatwiej się do nich dostać. Tamten klasztor znajdował się nad rzeką Chao Praya, mieli tam trzy łodzie i ten mnich faktycznie obudził się rano i zobaczył, jak ktoś próbuje ukraść jedną z tych łodzi. Powiedział: - Prawdopodobnie potrzebujesz tej łodzi bardziej niż my, bo jesteśmy dość bogatym klasztorem. Odcumował więc łódź i dał ją złodziejowi. Następnego dnia usłyszeli o tym inni mnisi. Zapytali co się stało z łodzią, więc mnich powiedział: - Ten złodziej był biedny i potrzebował jej bardziej niż my. Nie ukradł jej, więc nie trzeba zawiadamiać policji. Dałem mu tą łódź.
- Ale nie miałeś prawa mu jej dawać!
- Okazałem mu dobroć i współczucie – o to chodzi w buddyzmie.
Potem udał się do miasta i pod koniec dnia klasztor miał trzy nowe łodzie, podarowane przez ludzi. Klasztor otrzymał trzy nowe łodzie. Zarobili na tym złodzieju!
Podobna historia miała miejsce tutaj, w Australii, w Perth. Pamiętam, jak czytałem o tym w gazetach – często zapominam o tym, co czytam w gazetach, ale tę historię dobrze zapamiętałem. Pewien chłopiec wracał na rowerze ze szkoły. Po drodze zobaczył grupę dzieci o kilka lat starszych od niego, które złapały królika i znęcały się nad nim. Mimo, że te dzieci były od niego większe i mogłyby go pobić, chłopiec zsiadł z roweru i zawołał:

- Zostawcie tego królika! Robicie mu krzywdę!
- Spadaj albo oberwiesz! – odpowiedziały starsze dzieci. Nie miały zamiaru przestawać tylko dlatego, że tak powiedział jakiś smarkacz, więc chłopiec powiedział:
- Jeśli dacie mi tego królika, oddam wam rower. A to dobry rower.
Chuligani zgodzili się, że to sensowny pomysł, więc oddali mu królika, a on dał im swój rower. Kiedy dojechał do domu, rodzice zapytali:
- Gdzie twój rower?
Kiedy opowiedział im, co się wydarzyło, powiedzieli:
- Jesteś bardzo dobrym dzieckiem. Oddałeś swój rower, żeby uratować małego królika.

W jakiś sposób dowiedział się o tym reporter z jednego z głównych dzienników i następnego dnia ta historia znalazła się na pierwszej stronie gazet. Często krytykujemy nasze dzieci, ale ten chłopiec oddał swój drogi rower, żeby uratować życie królika. Kolejnego dnia znowu wydrukowano artykuł o tym chłopcu: okazało się, że trzy różne firmy podarowały mu nowe BMX-y. Tak działa dobra kamma. Dzieciak zrobił coś dobrego, a kiedy robimy coś dobrego, nie możemy przegrać. Te dwie historie pokazują jaką moc ma życzliwość.

Gdybym ja zrobił coś takiego, co byście pomyśleli? Tak, zbieramy fundusze na nasze budynki i ciągle potrzebujemy pieniędzy, ale jestem mnichem, więc ludzie są dla mnie ważniejsi niż rzeczy. Mówiłem to już wiele razy przed komitetem i przed wami, i przed mnichami w klasztorze: jaki jest sens w budowaniu buddyjskiej świątyni, kościoła, czy meczetu, który wygląda wspaniale, jeśli ludziom, którzy do niego przychodzą, daleko do wspaniałości? Jeśli nie są życzliwi, nie chcą się dzielić, nie żyją w pokoju?

Pamiętam, jak kiedyś sprawdziłem w słowniku znaczenie słowa „kościół” – „kościół” to nie jakiś rodzaj budynku. Kościół to ludzie. Kościół oznacza społeczność ludzi. Zapomnieliśmy o tym jednak i wydaje nam się, że kościół to budynek, a nie ludzie, którzy do niego należą. Ludzie traktują budynki jako coś ważniejszego niż ludzie, więc powstają ogromne kościoły albo wielkie świątynie i co? Stoją puste. Dlaczego tak się dzieje? Bo budynki są ważniejsze niż ludzie. Ludzie wywieszają ostrzeżenia: „nie chodzić po trawie”, „nie brudzić dywanu”, „nie trzaskać drzwiami”. Co jest ważniejsze? Budynek czy ludzie, którzy w nim mieszkają? Czy mieszkacie w pięknym domu? Nieważne, czy jest duży i w jakiej części miasta się znajduje. Dom jest piękny, jeśli mieszkają w nim szczęśliwi ludzie. Nieważne, gdzie jest. Agencje nieruchomości tego nie rozumieją. Ważne, kto mieszka w domu. To ma sens, nie uważacie? Jeśli przyszedłby tutaj jakiś złodziej, to mógłby wziąć, co chce. Może wam się wydaje, że to mądre i głębokie, ale pamiętajcie, że czegokolwiek ten złodziej nie weźmie, wróci do nas trzykrotnie następnego dnia, więc tylko na tym zyskamy.

Nie, ale poważnie mówiąc, religijność i duchowość powinny polegać właśnie na tym: na dobroci. I nieważne, jaką religię wyznajecie – ludzie czują, że to jest słuszne, że właśnie takiej duchowości potrzebują. Życzliwość nie potrzebuje żadnej innej nazwy.

Czy są jakieś inne pytania? Czy to była wystarczająca odpowiedź na twoje pytanie?

Q: Tak.

AB: To dobrze. Z opowieściami tak jest; jest takie powiedzenie: nigdy nie pozwólcie, żeby prawda stanęła na drodze dobrej opowieści. Można ją rozwijać. Jeśli powtarzacie komuś jakąś historię, dodajcie coś od siebie. Zmieńcie kilka szczegółów. W ten sposób opowieść się rozwija.

Q: Czy możesz powiedzieć coś więcej o związku pomiędzy zaufaniem i odpowiedzialnością?

AB: A tak, zaufanie i odpowiedzialność. Czasami, jeśli okazujemy komuś zaufanie, to ta osoba uczy się odpowiedzialności. Tak jak na przykład z dziećmi. W zeszłym tygodniu ktoś przyszedł do mnie do klasztoru – to była młoda dziewczyna; nie powiem, jakiej była narodowości, ale mieszka w Australii. Miała kłopot z rodzicami, którzy nie pozwalali jej wychodzić wieczorami. Bali się o nią, bo kiedyś takie wyjście skończyło się dla niej źle, i rodzice stracili dla niej zaufanie i zabronili jej wychodzić.

Jeśli rodzice tej dziewczyny są tu dziś wieczorem, to proszę, pozwólcie jej wyjść. Zaufaliście jej i zawiodła wasze zaufanie. Popełniła błąd, ale nie myślcie, że teraz już nie możecie jej ufać. W ten sposób zamykacie własną córkę w więzieniu. Cierpi przez was i będzie was nienawidzić do końca życia. Jeśli ktoś zawodzi wasze zaufanie, zaufajcie mu znowu, żeby mogli nauczyć się odpowiedzialności. Inaczej nigdy się nie nauczą. Większość ludzi żałuje kiedy popełni błąd – albo inaczej: cierpią przez to.

Nauczyłem się tego pracując z więźniami. Jeśli myślicie, że ludzie w więzieniach siedzą tam i planują wyjść i znowu zrobić to samo – tak nie jest. Spotkałem wielu zatwardziałych przestępców, którzy mówili wszystkim, że jak tylko wyjdą, popełnią te same zbrodnie. Wydawało się, że nie żałują tego, co zrobili. Ale to nieprawda. Mówili tak, bo chcieli być twardzielami, ale jak tylko udało mi się zbudować z nimi relację, poznać ich i zdobyć ich zaufanie – i zaufać im – wtedy zaczynali się otwierać. Mówili, że żałują tego, co zrobili. Mówili: - Nie mogę o tym zapomnieć, czuję się okropnie, codziennie o tym myślę i nie mogę przestać.

Nie spotkałem nigdy ludzi, którzy nie czują żalu przez coś, co zrobili. Nie okazują tego, ale czują to bardzo mocno. Ktoś pokazał mi artykuł o prawdziwym potworze, który mieszkał w Anglii; nazywał się chyba Francis West. On i jego żona robili straszne rzeczy: torturowali i mordowali młodych ludzi. Jeśli człowiek może być potworem, to on na pewno nim był. W końcu popełnił samobójstwo – powiesił się w więzieniu. Nie mógł ze sobą żyć. Mogło się wydawać, że nie miał wyrzutów sumienia – ale każdy je ma.

Jeśli okazujemy komuś zaufanie, to ludzie starają się go nie zawieść i w końcu uczą się odpowiedzialności. Jeśli więc twoje dziecko zawiodło twoje zaufanie, nie myśl, że już nie możesz mu ufać. Musisz mu zaufać. Pozwól mu się rozwinąć i nauczyć odpowiedzialności. Tylko w ten sposób można się w życiu nauczyć. Dla mnie odpowiedzialność jest związana z zaufaniem. Przestań ufać, a zniknie odpowiedzialność.

Jest pewna kobieta, która często tu przychodzi; jej mąż zmarł i czasami przychodzi do mnie po radę na temat wychowania dzieci. Pamiętam, jak przyszła i powiedziała, że jej dzieci – które miały wtedy osiemnaście lat – chciały iść na imprezę do klubu.
- Nie mogę im pozwolić, żeby tam poszły! – powiedziała – tam są różni ludzie, mogą być narkotyki i alkohol.
Powiedziałem jej:
- Proszę, pozwól dzieciom iść na tą imprezę. Mają osiemnaście lat. Dobrze je wychowałaś, wyrosły na ludzi. Zaufaj im i zobacz, co się stanie.

Wysłuchała mnie i pozwoliła dzieciom iść na tą imprezę, gdzie świetnie się bawiły. Teraz to już dorosłe kobiety, i obie dobrze sobie radzą w życiu. Jedna jest lekarzem, druga księgową. W zeszłym roku wyprawialiśmy ślub dla jednej z nich. Bardzo udane dzieci. Matka im zaufała i nauczyły się odpowiedzialności.

Nie lekceważcie swoich dzieci – a wiele rodziców to robi. Boją się, bo nie chcą, żeby dzieci spotkała jakaś krzywda – ale musi je co jakiś czas spotkać coś przykrego. W ten sposób mogą się uczyć i rozwijać, i stać się odpowiedzialnymi ludźmi.

Q: Dziękuję, ale mam jeszcze jedno pytanie. Co, jeśli ktoś jest odpowiedzialny za jakąś organizację i powierza komuś jakieś zadanie, a ta osoba zachowuje się nieuczciwie – czy wtedy ufałby pan ludziom dalej czy wprowadził jakieś zmiany?

AB: Nadal bym im ufał – bo w końcu okażą się go godni. Są historie o ludziach, którzy w młodości – albo nawet w średnim wieku – okradali jakieś organizacje, a potem zwracali te pieniądze. Przysyłali datki z dopiskiem: „kiedy byłem młody, ukradłem dwadzieścia dolarów, teraz odsyłam pięćdziesiąt”. To piękne, że tak się dzieje. To znaczy, że się uczymy.

Przypomniała mi się właśnie pewna historia – znasz „Nędzników” Victora Hugo? Jest tam postać o imieniu Jean Valjean – ostatnio wyszedł nawet jakiś nowy film na podstawie tej książki. Czytałem o nim w gazetach. Pamiętacie historię Jeana Valjeana? Był przestępcą i siedział w więzieniu za kradzież bochenka chleba. To naprawdę wspaniała powieść. Zapytali go, dlaczego ukradł ten chleb – powiedział, że jego rodzina głodowała. Robił to dla swoich dzieci, które były głodne. Ale w tamtych czasach to nie była okoliczność łagodząca. Valjean uciekł z więzienia i, zdesperowany, poszedł do kościoła, gdzie ukradł srebrne świeczniki – i wtedy zobaczył go ksiądz. Valjean kradł srebrne świeczniki, które były sporo warte, a ten ksiądz powiedział, że może je zatrzymać. Jesteś ubogi, są twoje. To było w tej powieści. Ksiądz zaufał złodziejowi, powiedział, że może sobie wziąć to, co chciał ukraść. Dzięki temu Valjean ułożył sobie życie na nowo. To był dla mnie bardzo inspirujący fragment tej książki. To dopiero ksiądz! Tacy właśnie powinni być księża i mnisi. Trzeba ufać, a wtedy ludzie stają się godni zaufania i stają się dzięki temu dobrymi ludźmi.

Nawet jeśli sto osób zawiedzie twoje zaufanie i nadal będą cię oszukiwać, to jeśli chociaż jedna osoba okaże się godna twojego zaufania, to znaczy, że było warto. To dlatego, że ważni są ludzie, nie rzeczy. To w każdym razie moje zdanie – może jestem nieodpowiedzialny; chyba nie powinienem być skarbnikiem w żadnej organizacji. Mogę być mnichem.

Q: Może to głupie pytanie, ale czy możesz wyjaśnić, co oznacza „sadhu”?

AB: Przede wszystkim nie ma głupich pytań. Wszystkie szanujemy. „Sadhu” znaczy „dobrze”, „słusznie”. Powtarzając to, mówimy „tak, racja, to było dobre”. To stare indyjskie słowo.

Dziękuję za pytania. Na dziś to wszystko. Zrobiło się trochę późno, ale chyba wam to nie przeszkadza. Mam nadzieję, że dzisiejsze spotkanie wam się podobało i zapraszam na przyszły tydzień. Mam nadzieję, że rok 2013 będzie dla was wspaniałym czasem pełnym harmonii i możliwości rozwoju. Wyraźmy szacunek Buddzie, Dhammie i Sandze, a potem możemy wrócić do swoich spraw.


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na tej stronie: https://www.youtube.com/watch?v=PvPQ0d21s7w&list=UU6M_EhnSSdTG_SXUp6IAWmQ&index=61

Źródło: bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii