Tytuł: Droga do prawdy ostatecznej

O autorze: Ajahn Brahmavamso

Wersja pdf: pdf2.jpg

zobacz źródło

print

Wersja epub: epub2.jpg

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Ok, chyba większość ludzi jest już w środku. Wróciłem właśnie z Korei, gdzie dawałem mowy. W dzisiejszych czasach życie mnicha buddyjskiego jest bardzo ciekawe. Robi się wiele rzeczy, do których większość ludzi nie ma dostępu: od kolacji z królową Anglii, aż po oglądanie autopsji; od obiadu z prezydentem Sri Lanki, po przechadzki po placach budowy i brudzenie się cementem; od odwiedzania tych wszystkich pięknych buddyjskich świątyń na świecie i poznawania buddyzmu w różnych kulturach i tradycjach, bo jesteśmy znanym buddyjskim towarzystwem, szczególnie nasze klasztory, i odwiedza nas mnóstwo mnichów i mniszek z różnych krajów, i my odwiedzamy ich, i dzięki temu można głębiej zrozumieć potęgę nauk Buddhy na świecie.

Kiedy w zeszłym tygodniu byłem w Korei, to nie tylko prowadziłem zajęcia z medytacji, ale też odwiedzałem mnichów, dyskutowałem z nimi; w zeszłą środę brałem udział z debacie z najsłynniejszym nauczycielem medytacji w całej Korei i najsłynniejszym nauczycielem medytacji w Nollamara. [dzielnica Perth, w której znajduje się centrum buddyjskie, gdzie Ajahn Brahm prowadzi spotkania]. Korea jest trochę większa niż Nollamara, ale to nieważne, i tak był to dobrze spędzony czas.

To ciekawe, jak różne są spojrzenia na Dhammę, i dlatego dobrze jest prowadzić otwarte dyskusje i słuchać nie tylko Ajahna Brahma co tydzień, ale różnych mnichów i mniszek, którzy pochodzą z różnych tradycji – a nawet czasem z różnych religii. To dlatego, że zetknięcie z różnymi tradycjami zachęca nas do porzucenia lenistwa w naszym postrzeganiu życia. Stawianie sobie wyzwań oznacza patrzenie na rzeczy z innej perspektywy, a to wzbogaca nasze rozumienie życia oraz samych siebie. Dlatego cieszę się, że miałem możliwość zetknąć się z wielkimi mistrzami koreańskiego buddyzmu i wziąć udział w dyskusji z nimi.

Wspaniałe jest też to, że w buddyzmie nie trzeba się ze wszystkim zgadzać – można się sprzeczać i dyskutować, a ja bardzo lubię się sprzeczać, i kiedy inni sprzeczają się ze mną. Bo o ile się nawzajem szanujemy, możemy się prowokować i inspirować do głębszego zrozumienia siebie samych i prawdy. I to była część tych wspaniałych spotkań z mnichami z Korei, ale inną rzeczą, której się nauczyłem, jest to, że w buddyzmie czasami jesteśmy przeintelektualizowani, w tym sensie, że duża część buddyzmu zen w Korei zaczyna od prawdy ostatecznej i usiłuje iść wstecz, inaczej niż w tradycji, którą ja praktykuję, gdzie punktem startowym jest życie - z trudnościami, kłopotami, radością i bólem egzystencji. Stąd zaczynamy wędrówkę w stronę ostatecznej prawdy. Dlatego raczej nie widuje się tutaj mnichów – przynajmniej mnie – mówiących o bardzo głębokich aspektach Dhammy. Czasem ludzie mówią wręcz, że to, co mówię to „pop buddyzm”, bo uczę ludzi jak żyć i rozwiązywać problemy przez opowiadanie dowcipów; ale to nie znaczy, że te nauki nie mogą pomóc w głębokim zrozumieniu nas samych i świata. Zaczynając od prawdziwego życia, zdobywamy dogłębne zrozumienie natury rzeczy – zamiast zaczynać od natury rzeczy i stamtąd cofać się do życia.

Na przykład: jak widzicie, albo słyszycie, po powrocie z zimnego, zanieczyszczonego kraju, gdzie był śnieg, lód i minus 10 stopni – kiedy wyjeżdżałem, było 40 stopni, a kiedy przyjechałem do Korei, było -10. To pięćdziesiąt stopni różnicy, więc trochę boli mnie gardło. Ale według buddyzmu, którego się nauczyłem, choroba to po prostu część życia. Nie masz wpływu na to, czy będziesz chory. Masz wpływ na to, czy cierpisz. Innymi słowy: masz wybór co do tego, jak reagujesz na trudności w życiu. Przeziębienie? Strata ukochanej osoby? Strata pracy? Takie rzeczy się zdarzają. Wypadki rowerowe czy samochodowe? Samo życie. Nie mamy w tej kwestii wyboru. Wybieramy to, jak reagujemy.

Uświadomienie sobie tego rozwiązuje nam wiele problemów. Zamiast narzekać: „czemu musiało mi się to przytrafić?”, „to nie fair”, „za jakie grzechy mam to przeziębienie?”, „czy powiedziałem coś niemiłego głównemu mistrzowi medytacji w Korei i rzucił klątwę na moje gardło, i teraz nie będę mógł mówić?”. Oczywiście, że nie. Te rzeczy po prostu się zdarzają. I tak należy rozumieć buddyjskie prawo kammy: to, co ci się przytrafia, jest częścią życia, ale to, jak sobie z tym radzisz, to prawo kammy. Jak radzisz sobie z kartami, które rozdaje ci życie?

Byłem młodym człowiekiem, kiedy to odkryłem - nieważne czemu musisz stawić czoła; to, jak stawiasz temu czoła może pozwolić ci odnieść sukces i dać ci szczęście i spokój. Przytrafia ci się coś nieprzyjemnego? Chore gardło? Wspaniale! Mogę to wykorzystać, żeby dostać od was jak najwięcej współczucia. Dziś wieczorem muszę jeszcze poprowadzić zajęcia, więc będę was prosił, żebyście nie zadawali dużo pytań. Kiedy jestem chory, wykorzystuję to. Staram się jak najwięcej z tego wyciągnąć. Cokolwiek przytrafia się wam w życiu, zróbcie z tego użytek. Chorujesz? Możesz wziąć dzień wolnego, leżeć w łóżku, a inni będą się tobą opiekować. Świetna sprawa. Wiele razy wspominałem o korzyściach płynących z chorowania. Kiedy chorujesz, dajesz innym okazję do otoczenia cię opieką.

Pamiętam pewnego mnicha, który wiele lat temu opowiedział mi historię o tym, jakim darem dla innych ludzi jest choroba drugiej osoby. Twoja choroba jest darem dla tych, którzy cię kochają. Ten mnich był silnym facetem, ale kiedy pojechał odwiedzić swoją matkę w Chicago, gdzie było równie zimno jak w Korei, poślizgnął się na lodzie i złamał nogę. Pojechał do szpitala, a kiedy jego matka dowiedziała się, że jej syn jest w szpitalu, pojechała tam jak najszybciej mogła, i kiedy weszła na oddział i zobaczyła go z gipsem na nodze, uśmiechnęła się radośnie od ucha do ucha. „Mamo, z czego się tak cieszysz?” - zapytał mnich – „złamałem nogę, to boli!” „Tak, ale teraz zostaniesz tu na tydzień albo dwa, nie możesz uciec, a ja będę ci matkować”. Matki uwielbiają opiekować się swoimi synami.

Mnisi z Anglii powiedzieli mi, że kiedy pierwszy raz przyjechali do Anglii, w której jest chłodno, to to było spełnienie marzeń dla miejscowych staruszek. Ich córki i synowie podorastali i już ich nie potrzebowali; ale teraz miały mnichów, którzy byli jak przybrane dzieci. I te staruszki poświęcały mnóstwo czasu na robienie im na drutach szalików, czapek i skarpetek. Mnisi pokazali mi szafkę tak wypchaną tymi skarpetkami i szalikami, że kiedy ją otworzyli, to wszystko wyleciało. Ludzie uwielbiają się troszczyć o innych, szczególnie o łagodnych, wrażliwych ludzi, jak mnisi, którzy sami nic nie umieją dla siebie zrobić.

Czasem dobrze jest być chorym i potrzebować czyjejś pomocy. W ten sposób rozwinęła się kultura buddyjska, szczególnie dla mnichów i mniszek. Celowo staliśmy się zależni od innych. Mimo, że bardzo łatwo moglibyśmy być samowystarczalni: jest wystarczająco dużo ziemi wokół naszych klasztorów, mamy wystarczająco dużo wody, więc moglibyśmy uprawiać warzywa. Moglibyśmy zbudować mur wokół klasztoru i zabronić ludziom wstępu. Łatwo byłoby stać się samowystarczalnym, ale to oznacza samotność. To oznacza, że nikogo nie potrzebujesz. Możesz sam o siebie zadbać. A nie tego naucza duchowość i religia. Pomimo, że mnisi i mniszki, którzy przychodzą tutaj i prowadzą spotkania, jak najbardziej są w stanie sami o siebie zadbać, to celowo jesteśmy zależni. Celowo staramy się nie być samowystarczalni. Mówimy: potrzebujemy was. Kochajcie nas, a wtedy my będziemy w stanie oddać wam tą miłość.

To jest bardzo ważne w życiu. W jakiejkolwiek relacji jesteś, w rodzinie czy gdzie indziej i myślisz, że poradzisz sobie sam, to może i masz rację, ale będziesz bardzo samotny. Jeśli ktoś może coś dla ciebie zrobić, a ty wiesz, że zrobiłbyś to lepiej – to nic, niech i tak to zrobi. Jeśli chcą zrobić ci śniadanie, to niech je zrobią, mimo, że wiesz, że ty zrobiłbyś lepsze. Stań się zależny od innych, a zrozumiesz na czym polegają związki z ludźmi. Potrzebować i być potrzebnym.

To dlatego choroba to świetna okazja, żeby powiedzieć ludziom, którzy cię kochają: potrzebuję cię. Potrzebuję, żebyś się mną zaopiekował. Proszę, przyjdź mi pomóc. Pomaganie innym to wspaniała sprawa - generuje tyle radości. Opieka nad chorym, tak jak z tą matką matkującą choremu mnichowi -była zachwycona. To było spełnienie marzeń! I dla nas też tak czasem jest. Jeśli twój przyjaciel choruje, idź go odwiedzić, zaopiekuj się nim, przynieś mu ciasto, kiełbaski, cokolwiek co lubi. Przynieś mu coś wyjątkowego. To wleje radość w jego serce, a jeszcze więcej radości w twoje. Nawet choroba jest źródłem korzyści. Zamiast: „ech, będę cierpieć”, nie, powiedz: „Wykorzystam to.”

Cokolwiek mi się nie przytrafi, wykorzystam to, żeby wyhodować współczucie, spokój, harmonię, poczucie wspólnoty, najlepiej jak tylko potrafię. To samo dzieje się, kiedy wchodzimy w buddyzm głębiej. Cokolwiek przytrafia się w życiu, rozumiesz, że możesz to wykorzystać. Wszystkie cierpienia i trudności, których doświadczamy, związki z których nic nie wychodzi – co z tym zrobić? Super! Mogę się z tego uczyć! W buddyzmie nazywamy to bólami wzrostowymi. Albo, jak powiedział ktoś na pewnym seminarium biznesowym: „nie nazywamy tego porażką, nazywamy to porażką naprzód.”

Porażka naprzód. Związek, który się rozpadł: porażka naprzód. Interes, który nie wypalił: porażka naprzód. Pomysł, z którego nic nie wyszło: porażka naprzód. To znaczy, że wszystko, co się przytrafia ma swój cel, można zrobić z tego użytek i wyciągnąć z tego mądrość, naukę, wygenerować współczucie i zrozumienie. Wykorzystajcie to, a stanie się bólem wzrostowym. Rozwijacie się dzięki temu. Taka perspektywa rozwiązuje wiele problemów. Bo ile razy narzekamy na problemy? „Dlaczego mi się to przytrafiło, znowu mi się to przytrafiło, czemu ja, czemu ja muszę prowadzić spotkania w piątkowe wieczory, czemu nie ci dwaj mnisi obok, czemu ja ciągle muszę jeździć do Korei i Hongkongu, czemu ja mam to wszystko robić?”

Można tak myśleć. Ja wolę myśleć: „hurra, to ja zachorowałem! Hurra, to ja pojechałem do Korei! Hurra, to ja dziś prowadzę spotkanie!” O czymkolwiek myślisz, dodaj ten pozytywny element. Nie szukaj wad, ale doceniaj zmiany i zwroty akcji w życiu, które czasem jest przyjemne, czasem nieprzyjemne, ale zawsze ciekawe. Wyzwania, wzrost, uczenie się – spójrz na życie z tej strony, i przestaniesz widzieć cierpienie. Stara historia, której już dawno nie opowiadałem, to historia o tym, jak nauczyłem się co to znaczy oświecenie. Proste historie – nieskomplikowana filozofia – proste historie, które mają zastosowanie we wszystkich aspektach rzeczywistości. To historia o tym, jak Ajahn Chah, mój mistrz, budował salę medytacyjną. W klasztorach ciągle się coś buduje, bo klasztory są ciągle rozbudowywane.

Jesteście rodzicami swoich dzieci i na tym koniec. Ja ciągle mam nowe dzieci: nowych mnichów, nowych nowicjuszy, nowe twarze wśród was, więc ciągle musimy się rozbudowywać. No i Ajahn Chah budował salę, a kiedy skończył, została góra ziemi, bo budował na lekkim wzniesieniu. Poprosił mnichów z okolicznych klasztorów, w tym mnie, żebyśmy mu pomogli przenieść tę ziemię. To było mnóstwo ziemi, więc woziliśmy ją taczkami. Jedliśmy jeden posiłek dziennie, który kończyliśmy około dziewiątej trzydzieści, a to był bardzo prosty, niezbyt odżywczy posiłek – na moich zdjęciach jako młodego mnicha widać, jaki byłem wychudzony, jeśli możecie w to uwierzyć. Teraz nadrabiam, przywracam równowagę. W każdym razie, jeden posiłek, rano, i do dziesiątej wieczorem ładowaliśmy ziemię na taczki i woziliśmy tam, gdzie chciał Ajahn Chah. To były trzy dni ciężkiej pracy, w wilgotnej dżungli. Gryzły nas komary i całymi dniami nie mieliśmy nic do jedzenia. Naprawdę ciężka praca; ale jako młody mnich, miałem w sobie dużo wiary i inspiracji i chęci, żeby to zrobić dla mojego nauczyciela. Było też poczucie koleżeństwa, żarty z innymi mnichami, dobra atmosfera. Poza tym to były tylko trzy dni. Kiedy skończyliśmy, nie mogłem się już doczekać prysznica i powrotu do medytacji. Ale tej nocy, Ajahn Chah pojechał w odwiedziny do innego klasztoru. I następnego ranka, opat, który był zastępcą Ajahn Chaha, zwołał spotkanie wszystkich mnichów i powiedział, że zostawiliśmy tą ziemię w złym miejscu, i poprosił nas, żebyśmy ją przewieźli w inne miejsce. Ci starsi mnisi nie wozili taczek, siedzieli i rozmawiali z ludźmi. Tacy mnisi jak ja musieli wykonać całą brudną robotę. Minęły kolejne trzy dni chodzenia z taczkami, bycia zjadanym przez komary, potu, brudu, niedożywienia i zmęczenia; ale nadal byłem pełen wiary, poza tym sześć dni to nie tak długo - trzeba pamiętać, że i to minie. Wreszcie skończyliśmy. Super, będę mógł wziąć prysznic, odpocząć trochę, napisać kilka listów, pomedytować, zrelaksować się.

Ale tej nocy wrócił Ajahn Chah. I następnego ranka, po śniadaniu, rzekł: „mówiłem, że ta ziemia ma być tam, a wy ją przenieśliście tu. Przenieście ją z powrotem”. I w tym momencie straciłem wiarę. Głupi mnisi! Niech się zdecydują gdzie ma być ta cholerna ziemia. Mam tego dość. Nie zostałem mnichem, żeby tak pracować. Robiłem karierę na uniwersytecie w Cambridge, a tu mnie traktują jak niewolnika. Wkurzyłem się. Nie miałem wyboru. Pchałem taczkę i mamrotałem przekleństwa o głupich mnichach, którzy nie umieją się komunikować. Wtedy inny mnich zauważył, że byłem zdenerwowany. Podszedł do mnie i przekazał mi lekcję, za którą zawsze będę mu wdzięczny. Powiedział coś bardzo prostego: „pchanie taczki jest łatwe. To myślenie o tym jest trudne.”

Czasami parę prostych słów potrafi naprawdę uderzyć. Zdałem sobie sprawę, jakim byłem głupcem. Przestałem myśleć o tym, co robiłem. Po prostu pchałem tę taczkę. I stała się lżejsza. Jak tylko przestajesz myśleć o pchaniu taczki, staje się to łatwe. Trzy dni minęły w mgnieniu oka. Radośnie, w koleżeńskiej atmosferze. I po tych trzech dniach Ajahn Chah wreszcie był zadowolony.

Nauczyło mnie to czegoś ważnego: niezależnie co robisz w życiu, myślenie o tym to problem. Sama praca jest łatwa. Cokolwiek to by nie było. Masz operację? Mastektomię? Ludzie mówią: strata piersi to coś strasznego! Masz iść na przesłuchanie, do więzienia, bo złamałeś prawo? Coś strasznego! Myślenie o tym to trudna część. Zrobienie tego jest łatwe. Bądźcie ostrożni w życiu: większość cierpienia, którego doświadczamy bierze się stąd, że za dużo myślimy, zamiast po prostu zrobić to co mamy zrobić. Rzadko myślę o tych spotkaniach zanim zacznę; po prostu pozwalam im się wydarzyć. Nawet kiedy brałem udział w debacie telewizyjnej z mnichami w Korei – to było w ogólnokrajowej telewizji. To nie było na żywo, ale nagrywanie na żywo to świetna zabawa. W tym też brałem udział, kilka razy. Pamiętam jedno takie nagranie na Sri Lance. Powiedzieli mi: będziemy nagrywać mowę, będzie trwała pięćdziesiąt sześć minut. Jeśli skończysz wcześniej, będziemy mieli kłopot, bo to nagranie na żywo, nie będziemy mieli nic innego do nagrania. Jeśli będziesz mówił za długo, przerwiemy nagranie przed końcem. Wszystko było na żywo. Byłem jedyną osobą w tym programie. To była świetna zabawa: musiałem mówić przez dokładnie pięćdziesiąt sześć minut. Musiałem pilnować czasu, żeby się zmieścić w tych ramach. Jak podołać takiemu zadaniu? Nie myśląc o tym, po prostu to robiąc. Nagranie poszło bardzo dobrze. To tak jak z całym moim życiem.

Nawet kiedy medytujecie, nie myślcie: „nie umiem medytować, jestem do niczego, po co ja to w ogóle robię?” Zamknijcie się i po prostu to zróbcie. Medytacja jest naprawdę bardzo prosta. Pójście do pracy w poniedziałek rano też jest łatwe. Wsiadasz do samochodu i jedziesz. Zamiast myśleć: „ech, nie chce mi się dzisiaj iść do pracy, czemu muszę to robić, mój szef jest okropny, blablabla…” – stąd się bierze cierpienie. Wcześnie się nauczyłem, że chodzenie do pracy, pchanie taczek – to po prostu część życia. To narzekanie jest opcjonalne. Tego nie musicie robić. Po prostu pozwólcie rzeczom się dziać, bądźcie w spokoju, trwajcie w bezruchu, a poczujecie się wspaniale. Nie chodzi tylko o pozwolenie, żeby rzeczy się działy; gdybym po prostu doświadczał spokoju podczas tej pracy z taczkami, to by było nudne. Starajcie się nie tylko pchać taczkę, ale robić to z przyjemnością.

Robiliśmy wyścigi: „OK, zobaczymy, kto pierwszy dobiegnie do końca drogi” i biegliśmy z tymi taczkami, mimo, że byliśmy bardzo zmęczeni. Obróciliśmy to w zabawę, w żart, a to tworzy radość w naszym życiu. To mi przypomina inną, podobną historię, którą opowiadałem już wiele razy: to historia członków naszego Towarzystwa; ja jestem tutaj od trzydziestu lat. Dziewięć lat w Tajlandii, trzydzieści tutaj, więc jest wiele osób, które się ze mną wychowały. Były dzieci, które błogosławiłem, kiedy się urodziły, widywałem je kiedy dorastały, udzielałem im ślubu, błogosławiłem ich dzieci, patrzałem, jak zaczynają pracować. Jeden z nich, dla którego byłem jak ojciec chrzestny, został lekarzem. Kiedy zaczął pracować jako stażysta w szpitalu w Perth, przyjechał odwiedzić mnie pewnej soboty. Był bardzo zasmucony. Jego pierwszy pacjent zmarł. Może pomyślicie, że to się zdarza – tak, ale jeśli to twój pacjent, którym się opiekowałeś, i to pierwszy pacjent, który zmarł, jest to przytłaczające. Szczególnie w tamtej sytuacji: to była młoda kobieta, i on musiał powiedzieć jej mężowi, że nie ma już żony, i ich dzieci nie mają już matki. Umarła. To bardzo trudne.

Kiedy ten chłopak przyszedł mnie odwiedzić, chciał zrezygnować i znaleźć inną pracę. Czuł, że zawiódł i bardzo cierpiał. Powiedziałem mu: „jeśli naprawdę myślisz, że jako lekarz musisz wszystkich wyleczyć, to zawiedziesz jeszcze bardzo wiele razy. Prosisz życie o coś, czego nie może ci dać. Jeśli myślisz, że twoje zadanie polega na tym, żeby wyleczyć wszystkich, to ciągle będziesz odnosić porażki. Ale jeśli zmienisz punkt widzenia i przyjmiesz opiekę nad ludźmi jako główny cel twojej kariery lekarza, to nigdy nie zawiedziesz. Może nie zdołasz ich wyleczyć ani utrzymać przy życiu, ale zawsze będziesz mógł otoczyć ich opieką, a to powinien być główny cel twojej pracy w szpitalu.”

Od razu zrozumiał. Odniósł sukces jako lekarz. Stracił wielu pacjentów, jak każdy lekarz, ale zawsze się nimi opiekował. Wiecie, jakie to wspaniałe uczucie, kiedy człowiek umiera czując, że ktoś się nim opiekuje?

Często to powtarzam, w rozmowach o nowoczesnej medycynie: kiedy zbliża się koniec czyjegoś życia, wyleczenie choroby staje się tak ważne, że zapominamy o opiece. Robimy te wszystkie nieprzyjemne zabiegi, bo myślimy, że najważniejsze jest to, żeby utrzymać człowieka przy życiu. To nieprawda. Najważniejsze jest otoczenie człowieka opieką. Jeśli potraktujemy opiekę jako priorytet, to śmierć okaże się o wiele przyjemniejsza. Poza tym, jeśli okazujesz komuś troskę, to jest bardziej prawdopodobne, że ta osoba wyzdrowieje. Tak działa nasza psychologia: jeśli troszczymy się o pacjentów, to więcej ich zdrowieje. Ale troska nie jest priorytetem i dlatego tyle ludzi choruje i umiera. Tamten młody człowiek przestał czuć, że zawiódł i został wspaniałym lekarzem, który umie troszczyć się o pacjentów, i z powodzeniem ich leczy.

To samo dotyczy innych aspektów życia: czy twoje zadanie w związku polega na tym, żeby uleczyć partnera? Pozbyć się jego wad? Wyleczyć choroby, szczególnie psychiczne? Zmienić go w partnera idealnego? Jeśli starasz się wyleczyć i „ulepszyć” partnera, to zrujnujesz związek. Wiecie jakie to uczucie, jeśli ktoś ciągle się stara was zmienić? Ale jeśli zamiast tego otoczycie partnera troską, to wtedy dopiero się zmienia. I czuje, że ktoś o nich dba. To jest najważniejsze w związkach. Nie traktujcie zmieniania partnera jako głównego priorytetu. Troszczenie się o niego jest waszym głównym priorytetem. A wtedy on się zmieni.

To prosta nauka. Ale jest jeszcze jeden aspekt - my sami. Ileż osób przychodzi tutaj, żeby się uzdrowić. Uwolnić się od uzależnienia, od gniewu, od głupoty. Ludzie przychodzą też dlatego, że mają raka, depresję, uzależnienie od narkotyków i alkoholu. Ludzie przychodzą, bo powszechnie wiadomo, że medytacja i nauki buddyjskie pomagają. Przychodzą po uzdrowienie, ale my nie po to tu jesteśmy. Nie staram się nikogo z was uzdrowić. I kiedy ludzie przychodzą i opowiadają o wszystkich głupich rzeczach, które zrobili, to ja mówię: „bardzo dobrze”. Kiedy pojechałem do Korei, nauczyłem się jednego słowa: „jo a yo”. Wiecie, co to znaczy? „Bardzo dobrze”, dokładnie! Nie wiem, czy ktoś tu mówi po koreańsku, ale „bardzo dobrze” to właśnie „jo a yo”. Wiem, jak powiedzieć „bardzo dobrze” w wielu różnych językach; nie wiem za to, jak powiedzieć „bardzo źle”. Nawet po angielsku nie rozumiem, co to znaczy. W ten sposób okazuję ludziom troskę. Nie próbuję ich uzdrowić. I o to chcę też poprosić was. Dlatego tu przychodzicie. Akceptujecie to.

Pamiętam, jak wiele lat temu pojechałem na spotkanie w szpitalu – ten szpital ciągle zmienia nazwę, to ten przy rzece, kiedyś nazywał się The Mercy Hospital. Prowadziłem tam kiedyś spotkanie i podszedł do mnie pewien starszy mężczyzna, który był homoseksualistą. Powiedział, że bardzo podobało mu się to, co mówiłem, i dodał, że homoseksualiści spotkali się z wielkim okrucieństwem ze strony religii. Powiedział to z wielkim uczuciem. Czasem ludzie mówią coś w taki sposób, że trafia cię prosto w serce. Czułem jego ból. Mówił o naprawdę głębokim cierpieniu. Całe życie potrzebował duchowości, która nadałaby znaczenie jego życiu, ale jako gej był ciągle odrzucany, a nawet więcej -poniżany, traktowany jako ktoś gorszy, dla kogo nie było miejsca. Kiedy to usłyszałem, zacząłem wspierać homoseksualistów. Nie, żeby kogoś wyleczyć. Żeby okazać troskę. Każda religia, która mówi: „uzdrowię was, bo to nienaturalne”. Do mnie też tak mówili. Nie jestem gejem, ale żyję w celibacie. Ludzie mówią: „to nienaturalne”; „to nienaturalne, żeby nie uprawiać seksu”. I próbują mnie uzdrowić. Przestańcie. Wszystko jest w porządku. Mam prawo być w celibacie. Chcę, żeby na następnej paradzie LGBT była platforma dla mnichów i mniszek. Prawa dla ludzi w celibacie! To jest naturalne – to twój własny wybór.

Zbyt często, kiedy coś idzie w życiu nie tak, chcemy to uzdrowić. Zamiast tego, otoczmy to opieką. A wy? Czy nadal próbujecie się uzdrowić? Ze złych nawyków, z okropnych rzeczy, które zrobiliście w życiu? Z tego, co toczy wasz umysł - depresji, gniewu, nieumiejętności utrzymania związku. Czy próbujecie się z tego wyleczyć? Jeśli tak, to przyszliście w nieodpowiednie miejsce. Tu nikt was nie wyleczy. Tu was otoczą opieką. Kimkolwiek jesteś, cokolwiek zrobiłeś, jesteś tu mile widziany. Jesteś akceptowany, kochany, doceniany, szanowany taki, jaki jesteś i nie musisz się zmieniać.

Dla mnie to było monumentalne: „czyli mogę być sobą? Mogę opowiadać swoje głupie dowcipy?” Oczywiście, że tak. Co za wspaniała religia, która akceptuje cię takim, jakim jesteś i nie mówi, że masz się zmieniać. Bo jesteś otoczony troską. Wiecie, co się dzieje, kiedy ten przekaz trafia do waszego wnętrza? Kiedy zdajecie sobie sprawę, że troszczenie się o siebie jest ważniejsze niż leczenie się? Wtedy wreszcie odkrywasz drogę do oświecenia. Zawsze próbujemy zmieniać rzeczy, zamiast się z nimi godzić i o nie troszczyć. Zawsze próbujemy być kimś innym, zamiast szanować się za to, kim jesteśmy. Ciągle próbujemy iść gdzieś dalej, zamiast docenić miejsce, do którego dotarliśmy.

Przez tę prostą naukę - troska zamiast leczenia – odkrywamy tajemnicę spokoju i wolności. Przez troskę o to, gdzie jesteśmy, kim jesteśmy, o naszą sytuację życiową, o inne rzeczy, zamiast ciągłych prób wyleczenia się z nich. Dzięki temu odkrywamy, że w naszym życiu nastał spokój. I te wszystkie rzeczy, o których myślałeś, że są złe – jak bycie chorym, bycie gejem, bycie mnichem: „czym zgrzeszyłem, że mój syn został mnichem; jestem okropnym rodzicem”; „co zrobiłam, że mój chłopak…” – mieliśmy taką sytuację kilka lat temu, nowy mnich został wyświęcony, i jego była dziewczyna zadzwoniła do audycji radiowej, żaląc się, że nie wie co zrobiła nie tak, że jej chłopak zostawił ją i został mnichem. Czuła, że to jej wina, że popełniła jakiś błąd. Kimkolwiek była, to był dobry błąd. Ktoś usłyszał to w radiu i powtórzył mi tą historię; bardzo mnie to rozbawiło. Prezenter w tym programie poradził jej, co ma zrobić, żeby znowu nie stracić chłopaka, który odejdzie do Ajahna Brahma.

Jeśli nauczymy się jak otaczać ludzi troską, zamiast ich uzdrawiać, i kiedy otaczamy troską życie zamiast je ulepszać, dzieją się dziwne rzeczy. Wydaje się, że trzeba uzdrowić ludzi, żeby wszystko było OK. Trzeba się ogarnąć, to wszystko wróci do normy. Trzeba zmienić partnera, pracę, to, tamto, i wszystko będzie OK. Jeśli ciągle coś zmieniasz i zmieniasz to nigdy nie jest OK. Nie osiągasz satysfakcji, spokoju, i nigdy nie jest OK. Chyba, że zmienisz swoje nastawienie. Nie możesz przestać chorować, ale od ciebie zależy, czy będziesz cierpieć, czy docenisz piękno choroby, czy docenisz słodycz i gorycz porażki, czy docenisz intensywność doświadczenia utraty partnera.

Często mówię, że kiedy straciłem ojca mając szesnaście lat, czułem się tak samo jak pod koniec koncertu - co za wspaniały występ. Skończył się już, ale jakże było warto posłuchać. Dzięki temu mój umysł otworzył się na inne koncerty - związki, miłość. One nie są statyczne. Zawsze jest jakiś koncert na horyzoncie. Kolejny związek, kolejna część życia. Ludzie, których kochasz, odchodzą, i inni pojawiają się w twoim życiu. Rodzą się dzieci. Na tym polega życie. Słodycz i ból. Nie powinniśmy tego zmieniać. To coś, co powinniśmy otoczyć troską. Troszczmy się o życie, i nie tylko o tą przyjemną część. Nie możemy wziąć tego, co lubimy i pozbyć się całej reszty. To jest część życia. To tak, jakbyśmy chcieli usunąć muchy z lasu. Te muchy są tam nie bez powodu. Są częścią ekosystemu. Chwasty w życiu też są jego częścią.

Choroba to część życia. Rozczarowanie też jest ważne w życiu. Jeśli pozbylibyśmy się rozczarowania, nie poznalibyśmy miłości. Jeśli nie wiemy jak otworzyć drzwi swojego serca na to, co nieprzyjemne, to gubimy to, co jest sensem życia. Musimy otoczyć życie troską całościowo. Nieważne, co się dzieje. Ktoś bliski umiera? „Moja matka umarła, to straszne”. Nie. To wspaniale, że żyła. Gdyby nie umarła, nie mogłaby też żyć. Życie i śmierć są połączone. Wow – moja matka żyła. Mój ojciec, mój syn odwiedził moje życie i był w nim tyle lat. Teraz nie żyje. To piękne, móc otoczyć życie troską i spojrzeć na nie z szerszej perspektywy. Dostrzec jego cały sens. Traktować każdą chwilę jako ważną. Nic nie odrzucać.

Jeśli chcesz poznać głębie medytacji, to traktuj wszystko jako coś ważnego. Jeśli docenisz chwilę obecną, okaże się, że jest piękniejsza, niż myślałeś. Ciągle biegniemy w stronę czegoś innego. Gubimy sens i przegapiamy prawdę. Większość życia spędzamy uciekając. Jeśli tylko zwolnimy i zatrzymamy się, życie stanie się piękniejsze.

To mi przypomina pewną historię związaną z medytacją; wybaczcie, że powtarzam te same historie, ale one świetnie ilustrują to co mówię, a czasem przychodzą ludzie, którzy nigdy ich nie słyszeli. Ta historia jest o klasztorze w Serpentine, w którym mieszkamy; na wzgórzu, dwa kilometry od autostrady. Mieszkam tam od siedmiu lat, jeżdżę w górę i w dół wzgórza samochodem. Pewnego pięknego, wiosennego dnia miałem chwilę wolnego czasu, więc poprosiłem osobę, która prowadziła samochód: „wysadź mnie u stóp wzgórza, wejdę na nie piechotą”. Kiedy wchodziłem na to wzgórze na którym mieszkam od siedmiu lat, nie poznawałem swojego otoczenia. Wszystko wyglądało inaczej niż pamiętałem. To mnie zszokowało. Jak to możliwe, że teraz dostrzegałem rzeczy, których nie zauważyłem wcześniej? Mieszkałem tam od siedmiu lat! Byłem tak zaskoczony, że aż się zatrzymałem i zacząłem się rozglądać. I kiedy tak stałem, zbocze wzgórza znów się zmieniło. Widziałem tyle szczegółów: małe kamyki, rośliny, kwiaty. To wszystko było takie piękne. Nigdy wcześniej nie dostrzegłem tego piękna. To było jedno z doświadczeń, dzięki którym zrozumiałem co to znaczy przestać biec i zatrzymać się, i docenić piękno tego, co mnie teraz otacza.

Jeśli patrzysz przez okno pędzącego samochodu, światło nie ma wystarczająco dużo czasu, żeby stworzyć pełen obraz w twoim oku. Wzrok jest reakcją chemiczną na dnie oka: światło wpada do oka, następuje reakcja chemiczna, a zanim zostanie w pełni przetworzona, przychodzi kolejny obraz, i kolejny, i jeszcze jeden. Żaden z nich nie jest do końca uformowany, więc widzimy tylko fragment całości. Z braku czasu nawet kolory są za mało nasycone. Ale jeśli wysiądziesz z samochodu i pójdziesz na nogach, światło ma więcej czasu, dzięki czemu dosłownie więcej dostrzegamy, a kolory są pełniejsze. Ale nic nie pobije trwania w bezruchu, dzięki czemu światło ma tyle czasu ile potrzebuje, żeby uformować pełen obraz, a my widzimy wszystko, a czerwień, zieleń, i brąz są bogatsze niż myślałeś, bo też są pełne.

Ta sytuacja uświadomiła mi, że jeśli żyjemy w pośpiechu, to tak, jakbyśmy patrzyli na świat przez okna pędzącego samochodu. Ciągle gdzieś biegniemy i myślimy, że rozumiemy to, co widzimy. Nie widzimy całości, bo nie jest do końca ukształtowana. Widzimy tylko fragment życia. Musimy zwolnić; wtedy nasze zmysły będą miały czas wszystko zarejestrować. Zaskoczy cię to, że zobaczysz więcej szczegółów i więcej piękna niż sobie kiedykolwiek wyobrażałeś.

Jeśli staniemy w bezruchu, to dostrzeżemy więcej piękna, doświadczymy więcej radości niż marzyliśmy. Zamiast biegać w kółko, naucz się jak trwać w bezruchu. Otocz troską chwilę obecną, a zobaczysz, że wcale nie musisz jej uzdrawiać, i zaskoczy cię, ile radości, spokoju i oświecenia jest tu i teraz, jeśli tylko zostaniesz na tyle długo, żeby dotrzeć do prawdziwej natury chwili. Jeśli nie staramy się czegoś zmienić, a okazujemy temu troskę, stajemy po stronie życia. Będąc po stronie życia, po stronie nas samych, nie zmieniając za dużo, odnajdujemy spokój, niesamowite piękno, którego istnienia w sobie nie podejrzewaliśmy; nie podejrzewaliśmy, że życie może być tak szczęśliwe, ale może. Kiedy otaczamy je troską, kiedy trwamy w bezruchu, kiedy odnajdujemy spokój i spełnienie.

To proste nauki, które prowadzą do samego sedna duchowości: otwarcie drzwi swojego serca na chwilę obecną, na życie, oznacza zawarcie pokoju z życiem i odnalezienie więcej miłości, niż potrafiliśmy sobie wyobrazić. To piękna ścieżka, która z codziennego życia prowadzi do prawd ostatecznych w sposób zrozumiały dla każdego – odwrotnie niż kiedy zaczyna się od prawd ostatecznych i idzie się wstecz. Ostateczna prawda jest spokojem, bezruchem, miłością, pięknem. Wy to wiecie. Ale jak tam dotrzeć? Teraz to też już wiecie.

Mówiłem o tym wielu osobom w Korei, dlatego że to ścieżka, na której dobrze się bawi na początku, w środku i na końcu. Cóż za wspaniała ścieżka!

Dziękuję Wam wszystkim za uwagę.

Sadhu, sadhu, sadhu!

Bardzo dobrze. Jo a yo.

Dziś nie ma pytań z zagranicy, bo był jakiś problem z komputerem. To pewnie zemsta tych z Korei Północnej. Nie, żartuję. Czy ktoś z was ma jakieś pytania? Zazwyczaj są pytania z zagranicy – mam nadzieję, że transmisja za granicę działa, bo tysiące ludzi ogląda te spotkania.

Q: [Osoba z publiczności zadaje pytanie - niewyraźnie]

AB: Chodzi o to, żeby nie narzekać na to i nie martwić się; robienie rzeczy z radością - cokolwiek w życiu robisz, jeśli potraktujesz to jak zabawę, nie możesz się bać. Lęk i radość nie występują jednocześnie. Podobno jedną z najbardziej przerażających rzeczy w życiu są publiczne przemówienia. Ja przemawiam i nigdy się nie boję. Wiecie dlaczego? Bo dobrze się bawię. Opowiadam dowcipy, zabawne historie – zupełnie jakbym rozmawiał z kimś w pubie. Tylko to nie pub a ośrodek buddyjski.

Bawcie się wszystkim co robicie. Cieszcie się tym, a zniknie strach i potrzeba narzekania. Nawet kiedy idziecie do dentysty. Ludzie mówią, że to takie straszne i nieprzyjemne, a ja się dobrze bawię kiedy idę do dentysty. Siedzę sobie, ludzie zadają mi pytania, a ja nie mogę odpowiedzieć, bo mam zajęte usta. Co jeszcze? Ostatnio byłem w Singapurze i w Korei, gdzie na moje spotkania przychodzi około dwóch tysięcy ludzi, i ustawiają się w kolejce, bo chcą mieć ze mną zdjęcie. Zdjęcie z brzydkim, angielskim mnichem! Mam sześćdziesiąt jeden lat, nie wyglądam jak celebryta i bóg seksu. Po co ktoś chciałby mieć ze mną zdjęcie? Po jakimś czasie to się może stać męczące, bo to robienie zdjęć zabiera ponad godzinę. Ludzie używają aparatów w telefonach i połowa nie wie, jak to obsługiwać: „zaraz, zaraz, chwileczkę”. A ja siedzę i się uśmiecham, podczas gdy oni uczą się robić zdjęcia.

Co można z tym zrobić? Można o tym myśleć i dołożyć sobie nowe cierpienie, albo można się uśmiechać i cieszyć się tą sytuacją. Ludzie robią miny kiedy się cieszą. Robią rożki na głowami innych, wygłupiają się. Kiedy się czymś bawisz, to cierpienie i strach gdzieś się gubią. To dlatego kiedy musieliśmy wozić te taczki, wygłupialiśmy się i robiliśmy wyścigi, aż starsi mnisi kazali nam przestać. A jak sobie poszli, znowu się ścigaliśmy. Bawmy się. Wiem, że zajmujesz się planowaniem przestrzennym – zrób dowcip w biurze. Zaplanuj coś na odwrót, wymyśl jakiś kawał. Czy to ty zaprojektowałeś to nowe centrum z tym dziwnym kanciastym budynkiem? Czy to był żart? Jeśli tak, to się udał.

Q: „Ajahn Brahm, powiedziałeś coś z perspektywy mnicha. Powiedziałeś, że oferujesz ludziom, którzy tu przychodzą troskę zamiast uzdrawiania – ale można powiedzieć, że jest to forma uzdrawiania. Przynajmniej z punktu widzenia osoby świeckiej. Dla mnie przychodzenie na te spotkania jest jak przyjmowanie lekarstw. Tak, z punktu widzenia osoby świeckiej, to jak przyjmowanie leków – bo tak bardzo pomaga. Dzielę się tylko swoimi obserwacjami. Wydaje mi się, że to jest forma uzdrawiania.”

AB: Uzdrowienie ma miejsce, ale to nie jest nasz główny cel. Głównym celem jest troska. Jeśli przyjmie się troskę jako najwyższy priorytet, to dochodzi do uzdrowienia. Nawet w szpitalach, troszczenie się o pacjenta jest najważniejsze, a jego skutkiem jest wyzdrowienie. Innymi słowy, troska to najbardziej skuteczny sposób na uzdrowienie. Ludzie, którzy tu przychodzą dostają troskę i akceptację, odnajdują pokój z sobą samymi, nie muszą się już zmieniać – i wtedy się zmieniają. Jeśli powiemy ludziom, że mają się zmienić, to tego nie zrobią. Ale jeśli słyszą, że nie muszą, to się zmieniają. To nie jest odwrócona psychologia, taka jest natura naszego umysłu. Kiedy ktoś jest otoczony opieką i troską, to wzrasta, w mądrości i w spokoju. I to nie tylko ta osoba – zmieniają się też ludzie, którzy muszą ją znosić.

Jeśli jesteś pełen miłującej dobroci, to to się rozprzestrzenia na innych. Jeśli masz w sobie troskę, to okazujesz ją ludziom, których spotykasz. Ludzie ciągle próbują zmieniać innych, a to bez sensu jeśli ludzie ciągle ci mówią, że masz być inny, że coś z tobą nie tak, masz schizofrenię, jesteś złodziejem i złym człowiekiem. Za każdym razem jak rozmawiam z przestępcami albo osobami chorymi psychicznie, wiem, że leczenie ich nie działa. To im mówi, że coś jest z nimi nie tak, i tracą poczucie własnej wartości, czują się ze sobą źle – to nie prowadzi do wzrostu. A jeśli się o nich troszczy? „Co z tego, że masz schizofrenię, i tak cię kocham!” – „Co?” „To nic, że jesteś złodziejem – no tak, ukradłeś coś raz, albo dwa, albo dziesięć – ale to nic. I tak będę twoim przyjacielem. Potrzebujemy kogoś do zbiórki datków, może byłbyś zainteresowany?”

Q: „Humor jest czasem używany w szpitalach dla dzieci, żeby pomóc im lepiej się poczuć; jak myślisz, czy jest możliwe, że będziemy mieli ministra śmiechu?”

AB: Chyba mamy już kilku? Nie mogłem się powstrzymać. Ale wiem, co masz na myśli, to dobry pomysł.

Q: „Ostatnio oglądałem trochę Monty Pythona; w każdym razie, proszę mnie poprawić jeśli się mylę, śmiech wyzwala endorfiny, a to dobrze nam służy.”

AB: Absolutnie; i to nie tylko endorfiny. To zresztą tajemnica mojego zdrowia: kiedy się śmiejemy, to nie tylko endorfiny uwalniają się do krwiobiegu, działając jak naturalny lek przeciwbólowy i wzmacniając system odpornościowy, ale też rozszerzają się nasze naczynia krwionośne. I jeśli ma się nadwagę – ja chyba trochę mam – trzeba się dużo śmiać, bo wtedy ma się takie szerokie arterie, że wszystko przez nie przelatuje i nie ma się problemu z zawałami i wylewami. Ale jeśli ktoś ma nadwagę i jest smutny, to ma kłopot, i może umrzeć. Więc, dla wszystkich z nadwagą: śmiejcie się i rozszerzajcie naczynia krwionośne, żeby się nie zatkały. Są na to dwa sposoby: zdrowe odżywianie, ale to jest nudne, albo śmiejcie się dużo, a wtedy możecie jeść co chcecie, a wszystko i tak przeleci przez wasze naczynia krwionośne. Będę miał kłopoty przez to, że to mówię. Ktoś mnie pozwie za to, że po drodze do domu z tego spotkania miał atak serca, po wizycie w McDonald’s. Ale to prawda: śmiech i radość uzdrawiają.

Więc troszczcie się o innych, o siebie, o życie. Ból w życiu, rozczarowania – tego nie możemy kontrolować. Możemy kontrolować nasze reakcje i zawsze możemy się śmiać. Zawsze możesz się bawić, nieważne co się dzieje. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nawet w Oświęcimiu, ludzie którzy mieli iść do komory gazowej czasami opowiadali sobie dowcipy. Słyszałem też, że ostatnia osoba w Oklahomie, która była skazana na krzesło elektryczne, udzieliła wywiadu dla gazety dzień przed egzekucją. Ten człowiek miał na nazwisko „French” i powiedział dziennikarzowi, żeby zatytułował artykuł o nim „French Fries” [fries – smażyć; french fries – frytki lub French się smaży]. To prawdziwa historia, nie wymyśliłem tego. Ten facet naprawdę to powiedział. Ktoś ma umrzeć i dalej opowiada kawały. Swój człowiek.

Dziękuję za uwagę; mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, i że wyniesiecie z tego spotkania coś pożytecznego. Teraz wyraźmy szacunek Buddzie, Dhammie i Sandze.


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na tej stronie: https://www.youtube.com/watch?v=t4BzS0KhrQA&list=UU6M_EhnSSdTG_SXUp6IAWmQ&index=59

Źródło: bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii