25 maj 1962

Skończyłem Beverley Nicolsa1. Myślę, że jedna z podniesionych kwestii domaga się szczegółowej odpowiedzi. B.N. opisuje jak pewien człowiek uzależniony od morfiny "zmienił się" — tzn. odnalazł wiarę w Boga — i w rezultacie stracił całe swoje zainteresowanie do narkotyków; wskazuje, że porzucenie nałogu narkotykowego jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w świecie (z czym możemy się zgodzić). Zatem, ta kwestia to: Co ma do zaoferowania Nauczanie Buddhy uzależnionemu od narkotyków, czego nie ma chrześcijaństwo? Naprawdę, czy nieprawdą jest powiedzieć, że w porównaniu do całkowitego i widowiskowego leku chrześcijaństwa, gdzie wszystko co jest wymagane, to akt samopoddania się, subtelne i zawiłe Nauczanie Buddhy, ciężkie do zrozumienia nawet dla abstynenta, nie ma nic do zaoferowania? I oto odpowiedź. Chrześcijaństwo wcale nie leczy uzależnienia; zamienia jedynie morfinę na wiarę, zastępuje jeden narkotyk drugim. Nauczanie Buddhy oferuje nie tylko lek, ale całkowite uwolnienie na zawsze. Przyjrzyjmy się jednak temu bliżej.

Nie będąc samemu religijną osobą, nie mam wiedzy z pierwszej ręki na temat "wiary w Boga", która jest w stanie zastąpić morfinę. Z tego powodu jestem niezdolny opisać to jako osobiste doświadczenie. Jednak coś może być powiedziane na temat farmakologii tego potężnego narkotyku. Bóg — przynajmniej chrześcijański Bóg — jest niemożliwym złożeniem doczesności i wieczności. Jest doczesny, ponieważ rozumie człowieka, wie co jest dla niego najlepsze, jest zadowolony gdy człowiek jest dobry i zły gdy człowiek jest niedobry (co zwykle ma miejsce, dlatego jest powiedziane, że "Bóg jest zły każdego dnia"), wysłucha modlitw człowieka i pomoże mu — to w skrócie. Bóg jest Ojcem Niebieskim człowieka. Wszystko to jest możliwe dla istoty, która — bez wątpienia w gloryfikowanym wydaniu — zasadniczo nie jest różna od człowieka. Bóg może pojąć człowieka jeśli sam ma znajomość słabości ludzkich, może mieć współczucie dla uzależnionego od narkotyków, jeśli sam wie jak to jest być uzależnionym. (B.N. sugeruje, że Chrystus, który był Bogiem, podlegał pragnieniom seksualnym.) Dlatego Bóg, tak jak i człowiek, musi istnieć (tzn. musi być zależny w czasie). Jednak Bóg jest także wszechwiedzący, wszechmocny i niezmienny — jednym słowem wieczny — w przeciwnym wypadku nie byłby Bogiem. Tymi atrybutami odróżnia się od człowieka. Oczywistym jest, że te dwa aspekty są całkowicie nie do pogodzenia, czemu Kierkegaard, najbardziej inteligenty chrześcijański filozof, dokładał starań by to podkreślić.

Zgodnie z Kierkegaardem, Bóg nie istnieje — on jest wiecznya. Niemniej jednak, Bóg istniał jako człowiek, jako Jezus z Nazaretu. Dowodzić, że wieczne stało się doczesnym, że Bóg stał się człowiekiem, jest całkowicie niemożliwe, jest sprzecznością w wyrażeniach, jest skandaliczne i oburzające — jednym słowem jest absurdem. "Dlatego" mówi Kierkegaard "wierzę w to". Kierkegaard opisuje chrześcijanina jako "ukrzyżowanego na paradoksie" — akceptującego na wiarę to, o czym wie, że jest niedorzeczne. Być chrześcijaninem — wierzyć nawet w wiecznego i życzliwego Boga, który niekoniecznie jest chrześcijański — jest dowodzeniem przeciwko rozsądkowi, że czarne jest białeb. Jednak tylko kilku chrześcijan ma zdrowy rozsądek Kierkegaarda przeciwko któremu muszą dowodzić, że czarne jest białe. Większość jest zupełnie nieświadoma tego, że jest ukrzyżowana na paradoksie i jest zadowolona z przypięcia swoich kolorów (prawdopodobnie czarno-białych) do grotmasztu w emocjonalnej orgii wiary. Dlaczego ten narkotyk jest tak niesamowicie upojny? Sprzeczne przypuszczenie, że Bóg jest jednocześnie wieczny i doczesny, umożliwia chrześcijanom dogadzać sobie w osobliwym luksusie posiadania własnego Boga i zjadania go (co, jak wierzą, robią dosłownie). Chrześcijanin wierzy, że jego osobiste powodzenie jest szczególną kompetencją Wszechwiedzącego, Wszechmocnego i Wiecznego Ducha Wszechświata, który jest bezgranicznie i pełen pasji zainteresowany jego najmniejszymi i mało ważnymi czynnościami. Czyż to, wyobrażalnie, w pewnych okolicznościach i dla niektórych osób, nie może być znacznie potężniejszym narkotykiem niż morfina? Jednak (można by zapytać) czy to uzależnienie od wiary w Boga, w każdym przypadku nie jest mniej krzywdzace niż uzależnienie od morfiny — naprawdę, bezwzględnie korzystne? Co Buddha mówi?

"Mnisi, nie widzę nic innego co prowadzi do powstania zła (akusala), które jeszcze nie powstało lub do wzrostu i rozwinięcia zła, które powstało, jak niewłaściwe postrzeganie." "Mnisi, nie widzę nic innego, co prowadzi do nie powstania dobra (kusala), które jeszcze nie powstało lub zaniku dobra które powstało, jak niewłaściwe postrzeganie." "Mnisi, nie widzę nic innego co prowadzi istoty po rozpadnięciu się ciała, po ich śmierci, do złego przeznaczenia, do straty, do piekła, jak niewłaściwe postrzeganie." <A I,ii, 8: i,30-31>

Dlatego lepiej jest, na dłuższą metę, być uzależnionym od morfiny i mieć właściwe postrzeganie (jeśli to w ogóle możliwe), niż być abstynentem z niewłaściwym postrzeganiem (co jest całkiem możliwe)c.

Co, zatem, ma Buddha do zaoferowania uzależnionemu od narkotyków? Po pierwsze Buddha wymaga inteligencji od człowieka, inaczej nic nie da się zrobić. Po drugie, mówi nam, że zażywanie trunków (co zawiera w sobie oczywiście morfinę, itd.) prowadzi do zaniku inteligencji. Dedukując, dochodzimy do wniosku, że by porzucić narkotyki człowiek musi zrozumieć, że dopóki ich nie porzuci nie będzie w stanie ich porzucić. Lub innymi słowy, by porzucić narkotyki, powinno się zrozumieć drogę do ich porzucenia, która polega na ich porzuceniu. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się to być zbyt pomocne — prawdopodobnie powiesz "oczywistość", "oczywiście, uzależniony rozumie, że drogą do porzucenia narkotyków jest ich porzucenie: cały problem w tym, że nie potrafi ich porzucić." Ale czy to faktycznie jest tak oczywiste?

Pozwól mi odwołać się do mojego własnego doświadczenia z rzucaniem papierosów. Paliłem czterdzieści lub więcej sztuk przez kilka lat, do czasu aż zdecydowałem się je rzucić. Nie będąc zdolnym do robienia czegoś półgębkiem, natychmiast zupełnie przestałem palić. Pamiętam spacer niedługo po tym jak skończyłem swojego ostatniego papierosa i uczucie zadowolenia z siebie, że właśnie podjąłem taką decyzję. (Czułem się także raczej roztargniony, co było bez wątpienia wynikiem odstawienia — trwało to przez kilka dni.) Była jednak obecna główna myśl, która mnie napadała: Chociaż nie miałem wątpliwości, że jestem wstanie trzymać się swojego postanowienia, to było też coś, czego naprawdę potrzebowałem by to potwierdzić i utwierdzić się w mojej determinacji by nie sięgać po kolejnego papierosa. Tym czymś był… papieros. Daleko będąc od oczywistości, że w celu rzucenia papierosów, powinienem je rzucić, miałem największe kłopoty z tym by oprzeć się natarczywej sugestii, że w celu rzucenia papierosów, powinienem zapalić papierosa.

Pozwól mi także podzielić się z Tobą badaniami dr. Klara z czasu, gdy przebywał w Persji krótko po wojnie. Dr. Klar, poza tym, że jest fizykiem, zainteresowany jest także psychologią; w Persji miał pomysłowy aparat do badania charakteru osoby i stanu umysłu. (Zawierał on pewną ilość kart; każdą z około ośmioma parami naklejonych kolorowych kwadratów. Osobnik powinien był tylko wskazać, który kolor preferuje w każdej parze. "Przeczytał" nas wszystkich w Hermitage, z dewastująco druzgocąco zgodnymi wynikami, które ani jednego z nas nie zadowoliły. Jednak to tylko dygresja3.) Powiedział nam, że osiemdziesiąt procent ze wszystkich Persów powyżej trzydziestego piątego roku życia (jak mi się zdaje) zażywa opium (a także wszyscy ci Persowie z zasady kłamią — jednak to kolejna dygesja) i na podstawie takiego bogatego materiałud był w stanie dokonać pewnych badań. Dawał każdemu uzależnionemu dwie lektury, jedną przed a drugą po zażyciu opium. Wszystkie powiedziały to samo: przed wzięciem opium stan umysłowy uzależnionego był nienormalny i zdezorganizowany; po zażyciu opium był normalny i ułożony. Efektem zażycia opium na uzależnionym nie było, jak można było by przypuszczać, zdeintegrowanie osobowości; całkiem przeciwnie — efektem była integracja zdeintegrowanej osobowści. Opium było niezbędne do przywrócenia uzależnionego do normalności. (Słyszałem o podobnych obserwacjach od innego lekarza, który był na wieloletniej misji medycznej w Chinach: jeśli chcesz zrobić interes z uzależnionym od opium, dobij targu gdy efekt spowodowany ostatnią działką zanika.)

Jaki wniosek możemy wyciągnąć z tego wszystkiego? Mianowicie, w przeciwieństwie do "normalnej" osoby, która wziąwszy raz narkotyk dla nowości lub przyjemności jako efektu, staje się w tym czasie "nienoramalna", chronicznie uzależniony jest "normalny" tylko wtedy gdy wziął narkotyk i staje się "nienormalny", gdy jest go pozbawiony. Uzależniony odwraca zwyczajową sytuację i jest zależny od narkotyku aby utrzymał go w jego normalnym zintegrowanym stanie. (Oczywiście, nie znaczy to jednak, że uzależniony czerpie przyjemność z odjęcia od narkotyków, tak jak abstynent czerpie ją z rzadkiego ich brania; zupełnie przeciwnie: w obu przypadkach stan pod wpływem narkotyków jest bardziej przyjemny, jednak dla jednego jest on normalny, a dla drugiego nienormalny.) Uzależniony może efektywnie wykonywać swoją pracę i zwykłe funkcje jeśli bierze narkotyk i w tym stanie będzie robił plany na przyszłość. (Jeśli nie może wziąć narkotyku, to jedynym planem jaki tworzy jest zdobycie kolejnej jego dawki tak szybko jak się da.) Jeśli decyduje, że musi porzucić swoje uzależnienie do narkotyku (jest to zbyt drogie; rujnuje jego reputację lub karierę; osłabia jego zdrowie; itd.), to podejmie decyzję tylko wtedy gdy jest w odpowiednim stanie by rozważyć sprawę, mianowicie wtedy gdy jest pod wpływem narkotyku; i jest to (dla niego, normalny) punkt widzenia, który przywoła w przyszłości. (Przeto, jako palacz zdecydowałem rzucić palenie.) Gdy tylko uzależniony wprowadza swoją decyzję w życie i przestaje brać narkotyk, przestaje być normalny i decyzje, które podjął gdy był normalny, teraz jawią mu się w całkiem innym świetle — będzie to zawierało w sobie decyzję o przestaniu zażywania narkotyku. Wtedy, albo porzuci decyzję uznając ją za nieważną ("W jaki sposób mogłem zdecydować by coś takiego zrobić? Musiałem być bezmyślny!") i powraca do swojego brania narkotyków lub (chociaż pochwala decyzję) czuje, że koniecznie i natychmiast musi powrócić do stanu w którym pierwotnie powziął decyzję (do stanu pod wpływem narkotyków) w celu sprawienia by decyzja była ponownie słuszna. (I tak czułem natychmiastową potrzebę zapalenia papierosa, aby potwierdzić moją decyzję o ich rzuceniu.) W obu przypadkach rezultat jest ten sam — powrót do narkotyku. Tak długo jak uzależniony bierze swój "normalny" stan za taki jaki mu się jawi — tzn. jako normalny — to wciąż to samo będzie się działo kiedykolwiek spróbuje porzucić nałóg.

Dla uzależnionego, nie tylko narkotyk jest błędnym — im więcej bierze, tym więcej chce, im więcej chce tym więcej bierze — jednak dopóki nie nauczy się on nabrać zewnętrznego spojrzenia na własną sytuację i nie zobaczy natury uzależnienia od narkotyków, odkryje że wszystkie próby wymuszenia wyjścia z koła, zwyczajnie prowadziły go do niego z powrotem. (Błędne koło jest zatem zamkniętym systemem w stabilnej równowadze.) Tylko gdy uzależniony rozumie uzależnienie i mocno się trzyma właściwego postrzegania, że — pomimo wszystkich pozorów, pomimo wszystkich pokus by myśleć inaczej — jego "normalny" stan pod wpływem narkotyków nie jest normalny, będzie w stanie zaakceptować tymczasowy dyskomfort odstawienia i ostatecznie uwolnić się od uzależnienia. W skrócie, uzależniony decyduje wtedy rzucić narkotyki i przypuszcza, że wszystko co jest konieczne do zrobienia tego to je porzucić (co będzie z pewnością przebłyskiem oczywistości, gdyby nie to że sam siebie zmyla, jak się niedługo przekona). Tak szybko jak zacznie z nich rezygnować, odkryje (jeśli jest bardzo nieinteligentny) że był w błędzie i podjął złą decyzję lub (jeśli jest mniej nieinteligentny) że chociaż decyzja była właściwa to pomylił się co do metody i że w celu porzucenia narkotyków konieczne jest żeby je wziąć. Tylko inteligentny człowiek rozumie, (wbrew wszystkim pozorom) że zarówno decyzja i metoda są właściwe; i tylko on osiąga sukces. Zatem, dla inteligentnego człowieka, wskazówka że "aby porzucić narkotyki koniecznym jest je porzucić" jest daleka od oczywistości, jest głęboką prawdą ujawniającą naturę uzależnienia i prowadzącą do ucieczki od niego.

Prosiłbym Cię o wstrzymanie się przed zbyciem tego uzasadnienia jako dziwaczne; ten sam motyw — błędne koło i ucieczka od niego poprzez rozumienie wbrew wszystkim pozorom — jest sednem Nauczania Buddhy. Przykład omówiony powyżej — uzależnienie narkotykowe — jest na trywialnym poziomie, jednak przekonasz się, że motyw powtarzany jest wciąż i wciąż prosto do najbardziej wyrafinowanego poziomu czterech szlachetnych prawd. Myślę, że zilustrowanie tego przykładami z Sutt będzie warte zachodu.

W siedemdziesiątej piątej Suttcie z Majjhima Nikāya (M.i,506-8) Buddha porównuje błędne koło zmysłowego pożądania i jego zaspokojenia do człowieka z chorobą skóry (kutthi — trąd?). Wyobraź sobie człowieka z okrutnie swędzącą chorobą skóry, który aby ulżyć swędzeniu, drapie się swoimi paznokciami i podpieka się blisko ognia. Im dłużej to robi tym gorsza staje się jego sytuacja, jednak to drapanie i podpiekanie się daje mu pewną satysfakcję. W ten sam sposób, człowiek okrutnie świerzbiony zmysłowym pożądaniem poszukuje ulgi od niego w zmysłowej gratyfikacji. Im bardziej je zaspokaja, tym mocniej czuje pożądanie, jednak w zaspokajaniu swoich pożądań odnajduje pewną przyjemność. Przypuść teraz, że choroba skóry została wyleczona; czy wtedy człowiek znajdzie przyjemność w drapaniu i przypiekaniu się? W żadnym wypadku. Dlatego też człowiek, który jest wyleczony ze zmysłowego pożądania (arahat) nie znajdzie dłużej przyjemności w zmysłowej gratyfikacji.

Rozszerzmy teraz lekko to porównanie. Ty, jako lekarz, wiesz doskonale, że aby wyleczyć swędzącą chorobę skóry, pierwszą rzeczą jaką należy uczynić jest zapobiec temu by pacjent się drapał i pogarszał tym swój stan. Dopóki nie może być to zrobione, nie ma nadziei na pomyślne leczenie. Jednak pacjent nie zrzeknie się satysfakcji płynącej z drapania, dopóki nie zrozumie, że drapanie pogarsza sytuację i nie wyleczy się do czasu aż dobrowolnie powstrzyma swoje pragnienie podrapania się i zaakceptuje tymczasowo zwiększonego dyskomfortu niezaspokojonego drapania się. Podobnie osoba, która pragnie trwałego wyleczenia z męczarni zmysłowego pożądania musi zrozumieć, że koniecznie powinna zaakceptować zwiększony dyskomfort celibatu (jako bhikkhu) jeśli kuracja Buddhy ma być skuteczna. Tu, ponownie, wyjście z błędnego koła jest poprzez jego rozumienie i poprzez zignorowanie pozornego pogorszenia się sytuacji wynikającej z celibatu.

Rozważ teraz cztery szlachetne prawdy. Czwarta z nich to "Oto droga prowadząca do wstrzymania cierpienia, tzn. szlachetna, składająca się z ośmiu czynników ścieżka"; i pierwszym czynnikiem tej ścieżki jest "właściwe postrzeganie", które jest zdefiniowane jako znajomość czterech szlachetnych prawd. Jednak, tak jak poprzednio, czwartą prawdą jest ścieżka prowadząca do wstrzymania cierpienia. Zatem dotarliśmy do wniosku: "Drogą prowadzącą do wstrzymania cierpienia jest znajomość drogi prowadzącej do końca cierpienia" lub "Aby położyć kres cierpieniu, należy zrozumieć drogę prowadzącą do końca cierpienia". A czym to jest, jeśli nie powtórzeniem, na najbardziej podstawowym poziomie, naszego pierwotnego motywu: "Aby porzucić narkotyki, należy zrozumieć drogę prowadzącą do porzucenia narkotyków"e?

Nie wszyscy są uzależnieni od morfiny, jednak większość ludzi uzależniona jest od zmysłowej gratyfikacji i wszyscy, poza ariyasāvakāmi, są uzależnieni od swojej osobowści (sakkāyadiṭṭhi)f i nawet ariyasāvakowie, za wyjątkiem arahata, wciąż posiadają subtelne uzależnienie, koncept "Ja jestem" (asmimāna). Arahat położył kres wszystkim uzależnieniom. Zatem nie ma żadnego rodzaju uzależnienia, którego Nauczanie Buddhy nie wyleczy, pod warunkiem że uzależniony jest inteligentny i skłonny do koniecznego wysiłku.

P.S. Nie wiem co z tym uczynisz (mam na myśli końcową część). W pewien sposób jest to o wiele trudniejsze niż wszystko co Ci wysłałem, ponieważ jest to coś zupełnie innego. Tamte dotyczyły tylko metody i nawet jeśli któryś okazał się dla Ciebie trudny, było to głównie z powodu braku filozoficznego tła. Ten dotyczy bezpośrednio Nauki Buddhy i jest trudny, ponieważ żadna ilość filozoficznego tła nie pomoże. Główny cel tamtych (jak widzimy w retrospekcji) był czysto odmowny by powstrzymać Cię od przetłumaczenia tego w terminach psychologii (ten wcześniejszy) lub fizjologii (np. cała wiedza dotycząca fizjologicznych zmian spowodowanych przez opium jest całkowicie nieistotna). Prawdopodobnie może się okazać, (jeśli podążysz za tym bądź i nie) że ten jest o wiele bardziej interesujący niż pozostałe dwa.

Przypisy

a Zauważ bardziej subtelną sprzeczność, przegapioną przez K. To znaczy, mówić cokolwiek o Bogu, nawet to, że jest wieczny, jest cichym przyznaniem tego, że istnieje (tzn. że jest doczesny). Powiedzieć, że coś jest wieczne, to uważać, że jest coś, do czego pasuje cecha "wieczność". Jeśli Bóg jest wieczny, możemy być pewni jednej rzeczy, mianowicie tego, że jest (czy wieczny, czy jakikolwiek inny). W skrócie, wieczny Bóg jest ideą sprzeczną samą w sobie.

b To "poświęcenie intelektu", o którym Święty Ignacy Loyola mówi, że jest "tak drogie Bogu", jest wymagane, nawiasem mówiąc, także od fizyka kwantowego: zgadza się on z założeniem, że istnieją liczby, które nie są wielkościami. Nie jest, jednak, wymagane od ucznia Buddhy, którego saddhā — zaufanie lub przeświadczenie — jest takie jak pacjenta i jego lekarza. Pacjent akceptuje w dobrej wierze, że lekarz wie więcej o jego dolegliwości niż on sam i zgłasza się sam do niego na kurację. Zatem, daleko będąc od mówienia swoim uczniom, że "musicie zaakceptować w dobrej wierze, że czarne jest białe", w rezultacie Buddha faktycznie mówi, że "to co musicie zaakceptować ode mnie w dobrej wierze, to fakt że bezwiednie zakładacie, że czarne jest białe i jest to przyczyną waszego cierpienia".2

c Nie chcę sugerować, że wszyscy chrześcijanie idą do piekła. Jest wiele różnych rodzajów błędnego widzenia (nawet wewnątrz chrzścijaństwa) i niektóre są gorsze niż inne. Można wytrwale lub słabo trzymać się swojego sposobu widzenia. Chrześcijanin mocny w dobrych uczynkach i słabo zainteresowany chrześcijańskimi dogmatami, może mieć dobre przeznaczenie.

d Widocznie w Persji opium jest religią masową.

e Racjonalista, który nawet przez moment nie marzył o praktykowaniu Nauczania Buddhy, nigdy nie zrozumie, że jest to coś więcej niż przebłysk oczywistości. Arthur Koestler po raz pierwszy spotykając się z Nauczaniem Buddhy, krzyknął "Na miłość Boską! Przecież to wszystko, to tautologie!"

f Poniżej tej kwestii, wszelako zasadnicza struktura uzależnienia pozostaje ta sama, nie jest dłużej możliwe by posiąść tego zewnętrzny ogląd poprzez ochotniczy wysiłek. Innymi słowy, nie jest możliwe, by porzucić sakkāyadiṭṭhi (i stać się sotāpanna) tak prosto jak porzucić tytoń, tylko poprzez zdecydowanie i trzymanie się tej decyzji. Tak naprawdę, jest to tak trudne, że wymaga aby Buddha to odkrył i oznajmił innym.

Uwagi redakcyjne

1 Beverley Nichols: twórczość Nicholsa jest obfita. Nie odkryliśmy w której książce omawia on uzależnienie od opium. Chociaż w jego ostatniej książce Father Figure (Londyn: Heinemann, 1972), Nichols nie tylko odwołuje się ponownie (na stronie 160) do Oxfordzkiej Grupy Zasady Całkowitego Braku Samolubności (por. L. 14) ale także omawia natychmiastowe wyleczenie się jego ojca z wieloletniego alkoholizmu, chociaż nie poprzez "wiarę w Boga" a raczej poprzez "stratę wiary w dziedzictwo".

2 czarne jest białe: por. Bhayabherava Sutta <M.4: i,21>:

"Są pustelnicy i bogowie, którzy postrzegają dzień, gdy jest noc i którzy postrzegają noc, gdy jest dzień. Mówię wam, ci pustelnicy i bogowie przebywaja w pomieszaniu. Ja postrzegam noc tylko jako noc; Postrzegam dzień tylko jako dzień…"

3 kolorowe kwadraty: brzmi to podobnie do testu kolorów Lüschera, używanego przez lekarzy. Oprawiona w miękką okładkę książka The Lüscher Color Test, opublikowana w latach siedemdziesiątych, omawia to podejście i zawiera zestaw pokolorowanych kart i szczegółową (jednak nie zawsze jasną) instrukcję interpretacji rezultatów. Z naszczego doświadczenia wynika, że interpretacja samego siebie jest o wiele bardziej trudna i skomplikowana, niż twierdzi ta książka. (Dr. Helmut Klar jest sławny wśród niemieckich buddyjskich środowisk.)


Powrót do Listów Ñāṇavīra Thery

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na stronie: http://pl.scribd.com/doc/86397094/Clearing-the-Path-Writings-of-Nanavira-Thera-1960%E2%80%931965-by-Nanavira-Thera

Źródło: Path Press © 1997-2008

Tłumaczenie: Piotr Kucharski
Redakcja polska: Maciej Dziubak
Z oryginałem sprawdził: Marcin Kubica