Tytuł: Motywacja

O autorze: Ajahn Brahmavamso

Wersja pdf: pdf2.jpg

zobacz źródło

print

Wersja epub: epub2.jpg

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Do tych, co marzną na zewnątrz: tu jest znacznie cieplej. Wejdźcie do środka. A im bliżej podejdziecie, tym bliżej będziecie mocy i energii. W teatrze miejsca bliżej sceny są najdroższe, a tutaj nikt nie chce tych miejsc.

Wszyscy już siedzą, możemy zaczynać. Jak się często zdarza, temat dzisiejszego spotkania przyszedł do mnie w e-mailu, w którym ktoś pytał… To ekscytujące, prawda? Przychodzicie tu i nie wiecie, o czym będę mówił. Ja też czasem nie wiem. Ale nie dziś: dziś będzie o motywacji. Dlaczego czasem wszystko idzie nam gładko, a czasem tracimy motywację. Wiecie jak to jest stracić motywację: macie zły nastrój, nie możecie rano wstać z łóżka i zastanawiacie się, jaki to wszystko ma sens. No właśnie: jaki to wszystko ma sens? Dlaczego czasem nie możemy się zmotywować? Na początku życia jesteśmy motywowani przez to, że ludzie mówią nam, co mamy robić, ale w końcu przychodzi czas, że musimy zacząć motywować się sami. Już nie działasz jak zaprogramowana maszynka, wykonując polecenia i trzymając się zasad, ale musisz sam wygenerować swoją motywację. Jak to zrobić?

Pamiętam, że kiedy byłem młody, motywowały mnie dziewczyny. To normalne u młodych chłopców. Muszę się przyznać, że to wykorzystuję. Bo mamy czasem w klasztorze mężczyzn, którzy wykonują jakieś prace; kiedy budowaliśmy nasz klasztor w Serpentine, ludzie przychodzili nam pomagać. I większość mężczyzn wykonujących jakieś cięższe prace, kiedy przychodziły Tajskie dziewczyny – a one, zgodnie z tradycją, przychodząc do świątyni zawsze się stroją – no i przychodziły do świątyni takie wystrojone, a ja zawsze je zachęcałem, żeby podchodziły trochę bliżej pracujących mężczyzn, bo to w naturze mężczyzn, że na widok ładnej dziewczyny bardziej przykładają się do pracy. Wykorzystałem obecność tych dziewczyn żeby zmotywować tych facetów do cięższej pracy. I to działało!

Tacy właśnie są mnisi: znamy się na psychologii, wiemy co motywuje ludzi, więc wiemy, że w towarzystwie ładnej dziewczyny chłopcy będą się popisywać i kopać jeszcze szybciej. Dla mnie ważne było to, żeby wykopali dół. Chęć zrobienia wrażenia na innych to częsta motywacja. To głupie, prawda? Człowiek przygląda się własnemu życiu i odkrywa, że żyje po to, żeby zadowalać innych. I co z tego ma? Krytykę, że nie jest wystarczająco dobry, że jest beznadziejny. Tak się staramy, żeby wszyscy byli zadowoleni i żeby robić wszystko jak najlepiej – ale przecież wszyscy jesteśmy niedoskonali! Nikt nie jest w stanie dosięgnąć tej wysoko postawionej poprzeczki. W końcu jednak tracimy przez to motywację. Przynajmniej mam nadzieję, że tak było z wami i przychodzicie tu nie po to, żeby kogoś zadowolić, ale po to, żeby znaleźć sobie inne źródło motywacji.

To, co powiedzą inni naprawdę napędza nasze społeczeństwo: dlaczego ludzie mają duże samochody? To strata czasu. Wracając z zeszłotygodniowego spotkania jechaliśmy na autostradzie za Lamborghini. „Oo, patrzcie, Lamborghini!” Lamborghini, tak samo jak my, utkwiło w korku. Po co komu Lamborghini w korku? A jeśli za bardzo dodasz gazu, złapią cię radary. To bez sensu. Nigdzie nie dojedziesz szybciej takim samochodem niż starą, dobrą Hondą albo Fordem. Muszę uważać; to spotkanie nie jest sponsorowane przez Forda albo Hondę, albo Hyundaia czy Toyotę. Chyba powinienem teraz wymienić wszystkie marki, inaczej jeszcze będę miał kłopoty.

W każdym razie, nie dojedziesz nigdzie szybciej szybkim, drogim samochodem, więc po co ludzie kupują takie auta? Wiadomo, o co chodzi: „patrzcie na mnie! Jadę szybkim samochodem! Udało mi się w życiu”. Udało ci się? Jesteś po prostu idiotą marnującym pieniądze na szybki samochód! Muszę się przyznać, że pewnego razu bardzo podobała mi się przejażdżka limuzyną. Jak to się stało? Jako mnich, biorę udział w ceremoniach pogrzebowych. Tak, jedyna okazja, kiedy mogłem przejechać się limuzyną, to była smutna okoliczność.

Pierwsze dziecko w pewnej buddyjskiej rodzinie umarło. Urodziło się z jakimiś wadami i mimo, że lekarze robili dla niego, co mogli, nie przeżyło. Rodzice byli tak załamani, że nie poszli na uroczystość pogrzebową, więc poprosili mnie, żebym pojechał do krematorium i wyrecytować nieco palijskich wersów nad trumną; poza mną miało być tylko dwóch pracowników zakładu pogrzebowego i trumna z dzieckiem. Rodzice chcieli się jak najlepiej pożegnać z dzieckiem, więc wynajęli limuzynę. Nie wiem, czy kiedyś byliście w limuzynie, ale to wielki samochód z siedzeniami ustawionymi naprzeciwko siebie. Z przodu była trumna, która była mała i nikt jej nie widział. Z tyłu siedziałem ja; poza tym w samochodzie było dwóch kierowców. Za każdym razem kiedy zatrzymywaliśmy się na światłach – a to było dwadzieścia lat temu, kiedy limuzyny dopiero się pojawiły, i ludzie aż zaglądali do wnętrza przez okno, żeby zobaczyć, co to za facet jedzie limuzyną z dwoma szoferami w mundurach. Nie widzieli trumny, tylko mnie, więc machałem do nich. Lubię tak żartować jako mnich.

Ale dlaczego ludzie kupują wielkie limuzyny albo inne duże samochody? Dlaczego mają duże domy? Tylko po to, żeby się popisać. Martwicie się, co pomyślą o was inni. To wszystko jest tylko wyznacznikiem statusu. A po jakimś czasie człowiek myśli: „to tyle kosztowało: i pieniędzy, i stresu, i wysiłku, żebym mógł kupić sobie duży dom albo samochód. Muszę teraz myśleć o tym, żeby nie zaparkować go gdzieś, gdzie ktoś go ukradnie, muszę płacić ubezpieczenie na dom, martwię się o bezpieczeństwo mojego domu przed włamywaczami, no i trzeba go sprzątać!” Pomyślcie o tych biednych sprzątaczach w tych wielkich domach, którzy spędzają tyle godzin na sprzątaniu. Wyobraźcie sobie, że tak jak mnich albo mniszka mieszkacie w jednym pokoju. To mógłby być wasz cały dom, z telewizorem, łóżkiem i małą kuchenką. Przecież można teraz łatwo kupić gotowe dania, które wystarczy tylko podgrzać. Pomyślcie, moglibyście mieszkać w malutkim domu, który łatwo byłoby posprzątać, i mielibyście tyle wolnego czasu, i nie musielibyście się o nic martwić. Po co ludzie mają te wielkie domy? Tylko po to, żeby się popisać; bo przejmujemy się tym, co powiedzą inni. To samo dotyczy ubrań i wielu innych rzeczy.

To nie jest dobra motywacja. Kosztuje za dużo i doprowadza cię do szaleństwa. Jak wiadomo, ludzie, którzy najbardziej się przejmują opinią innych i ulegają presji rówieśników, to młodzi ludzie. Nastolatki i ludzie po dwudziestce najbardziej ze wszystkich przejmują się tym, co myślą o nich inni. Ale po czterdziestce ludzie przestają myśleć tyle o stroju, makijażu i fryzurze – już im to przeszło i umieją się wyluzować i nie martwić o zdanie innych. Tak jest po czterdziestce i pięćdziesiątce. To jeden z etapów życia: najpierw człowiek się przejmuje, potem, po czterdziestce, ma w nosie co ludzie pomyślą, aż w końcu po sześćdziesiątce odkrywa sekret: ludzie wcale o nim nie myśleli. I gdybyście tylko wiedzieli to w młodości, mielibyście o wiele lepsze życie.

Jeśli jesteś bardzo wrażliwy na ocenę i krytykę ze strony innych, to bardzo cierpisz. Jeśli to jest to, co cię motywuje w życiu, to prosisz o kłopoty. Ludzie będą cię krytykować i poniżać, i jeśli to jest dla ciebie najważniejsze, to szybko wpadniesz w depresję. Stąd zresztą bierze się często depresja: ludzie tracą motywację, starając się ciągle zadowolić innych, a to nie działa, więc się poddają. To nie najlepsze źródło motywacji.

Jakie więc są inne źródła? Zamiast sprawiania przyjemności innym? Ważną rzeczą w życiu jest przyjemność. Robimy różne rzeczy, bo są dla nas przyjemne. To nie najgorsza motywacja, o ile wiemy, co naprawdę sprawia nam przyjemność. Dlaczego ludzie wychodzą wieczorem i piją? Bo myślą, że sprawia im to przyjemność. To ich motywuje. Szukają w tym szczęścia. Dlaczego uprawiają seks i oglądają filmy? Jeśli oglądasz filmy lub uprawiasz seks za często, osiągasz przesyt. Masz po prostu dosyć. I po co to wszystko było? Jeśli tym, co motywuje cię w życiu jest fizyczna przyjemność, to po jakimś czasie doświadczysz znużenia. Jeśli tylko tego chcesz w życiu, to po jakimś czasie myślisz: „i to wszystko?”. Okazuje się, że nastawianie się tylko na przyjemności fizyczne nie działa. I pewnie dlatego wielu z was tu dziś przyszło. Wy to już przerobiliście, i na pewno jest coś jeszcze, co wyciąga was rano z łóżka. Fizyczne przyjemności są po to, żeby mnie było dobrze. Następnie mamy wyższy poziom, na którym jest motywacja do współczucia i troski o innych. To o wiele lepsza motywacja, więc po co martwić się tym, co powiedzą inni i skupiać się na przyjemnościach, jeśli można wybrać współczucie, które jest formą motywacji o wiele lepszą dla człowieka. Poza tym to odnawialne źródło motywacji; chęć pomagania innym naprawdę dobrze napędza ludzi.

Czai się tu jednak też niebezpieczeństwo; współczucie może zamienić się w negatywną formę motywacji. Na przykład: „rząd jest okropny, z empatii dla innych powinniśmy pozbyć się tego rządu!”. „Buddyści nie wierzą w boga, to straszne, trzeba ich zlikwidować!”. Wiele wojen zaczyna się od źle rozumianego współczucia. Od myślenia, że tych i tych ludzi trzeba się pozbyć. Usunąć. Już w młodości potrafiłem dostrzec problem z takim myśleniem. Bardzo łatwo podsycić w ludziach gniew. Jeśli kiedyś słyszeliście taką przemowę to wiecie: niezależnie od tematu, czy to transport żywych zwierząt, przemoc, prostytucja, dziecięca prostytucja, albo cokolwiek innego, co porusza ludzi, bardzo łatwo zmotywować ludzi przez gniew i negatywność. Ja próbuję tego unikać, bo częścią mojego etosu jako mnicha jest bycie pacyfistą i nieprowokowanie tych negatywnych emocji, ale pamiętam, jak pewnego razu przyjąłem zaproszenie na demonstrację polityczną – Dennis też tam był; to było tuż przed inwazją na Irak. Chyba przed pierwszą albo drugą? Nie wiem. Ale zgodziłem się przyjść na demonstrację przed parlamentem i przemówić. Nie chciałem poruszać żadnych politycznych kwestii, starałem się być pacyfistą i przekazać, że nie ma konieczności napadania na inny kraj, że są inne rozwiązania, które nie przynoszą tyle cierpienia.

Trochę się jednak zaniepokoiłem, bo jak tylko zacząłem mówić i powiedziałem, że nie powinniśmy wysyłać oddziałów do Iraku, tłum zaczął krzyczeć. „Nie dla oddziałów w Iraku!” Musiałem bardzo uważać, bo ludzie byli bardzo zmotywowani przez gniew. To była bardzo niebezpieczna sytuacja: powiedziałem parę słów, a ludzie reagowali wybuchem słusznego – jak sądzili – gniewu. To właśnie motywuje ludzi do przemocy. Obserwacja tamtej sytuacji była bardzo niepokojąca. Bądźcie ostrożni; nie używajcie gniewu i przemocy jako motywatora. To bardzo łatwe. Biorąc udział w takiej demonstracji albo wiecu, łatwo dać się ponieść. Wiesz, że jest jakiś problem, jakaś racja o którą trzeba walczyć, a to potrafi wygenerować w człowieku niesamowitą energię – przez gniew. To duży problem.

Jest sposób na niepoddanie się takiej motywacji – która jest wypaczoną formą współczucia, bo naprawdę myślisz, że robisz to, co najlepsze dla ludzi i pomagasz światu, i że daną osobę trzeba usunąć, bo powoduje za dużo cierpienia. To naprawdę niebezpieczne. Jako buddysta, mówię: nie idźcie ścieżką motywowania przez gniew. To się zwróci przeciwko tobie. Gniew to taki demon, którego uwalniasz, a jak tylko go uwolnisz, zwraca się przeciwko tobie i niszczy cię. O jakąkolwiek rację walczysz, to twoją motywacją nie powinno być rozwiązywanie jakichś przyszłych problemów; problemy to coś, co dzieje się teraz. Problemem jest właśnie gniew i przemoc.

Ważne jest to, żeby motywacja była nastawiona na to, żeby środki były właściwe, a nie tylko cel. Najważniejsze jest, jak dążysz do celu, a nie to, jaki masz cel. Bo jeśli naprawiasz coś przez przemoc, to zazwyczaj psujesz coś innego. Jest taki wiersz Blake’a, który pamiętam ze studiów. Chyba zacytowałem go też na tym wiecu pod parlamentem.

Zemsta dosięgła tyrana
Dosięgła go w łożu, kiedy spał
I po krwawej rzezi
Stanęła tam, gdzie tyran stał.

Ten fragment mówi o tym, że ludzie, których motywacja płynie ze słusznego gniewu – a przynajmniej oni myślą, że ze słusznego – i którzy dają temu gniewowi dojść do głosu, zazwyczaj w przyszłości sami stają się tyranami. Nie rozwiązują problemu, tylko przenoszą go z wroga na siebie samych. W ten sposób sami stajemy się własnym wrogiem. Proszę, jeśli będziecie motywować innych nie używajcie wypaczonej formy współczucia, jaką jest gniew. Bądźcie ostrożni; ludzie naprawdę mają wrażenie, że to co robią jest usprawiedliwione, bo robią to w słusznej sprawie. Bo komuś trzeba dać nauczkę, a kogoś uratować. Nie wchodźcie na tą ścieżkę.

Zamiast tego wejdźcie na ścieżkę prawdziwego współczucia i dobroci. W buddyzmie to podstawowe prawo kammy: jeśli chcesz żyć w świecie pełnym spokoju, piękna, szczęścia i harmonii, to musisz go tworzyć tu i teraz. Jeśli tworzysz chwile spokoju i dobroci i okazujesz innym życzliwość, teraz, to tak właśnie budujesz piękną przyszłość. Gniew, przemoc i zła wola nie tworzą dobrej przyszłości. Droga współczucia jest dłuższa i trudniejsza, ale tylko ona działa. Gniew wybucha szybko i płonie długo – a przynajmniej jego skutki są długotrwałe. Gniew wybucha spontanicznie i łatwo prowadzi do przemocy, której skutki dotykają kilku kolejnych pokoleń.

Dużo podróżuję, i na początku tego roku – nie, w zeszłym roku – pojechałem do Frankfurtu, gdzie prowadziłem odosobnienie. Zauważyłem – a właściwie ktoś mi powiedział – że tamta świątynia prowadziła terapię dla osób ze stresem pourazowym po drugiej wojnie światowej. Ta wojna skończyła się ponad sześćdziesiąt lat temu. Leczono tam ludzi, którzy urodzili się dopiero po wojnie, a nadal nosili w sobie traumę wywołaną przez ten ogromny konflikt, która przechodziła przez kolejne pokolenia. Ludzie urodzeni dwadzieścia, trzydzieści, czy czterdzieści lat po wojnie cierpieli na stres pourazowy, którego była źródłem. Nie mogłem w to uwierzyć, ale poczytałem trochę na ten temat i rzeczywiście, ta trauma nadal tam jest. Jak widzicie, przemoc wybucha łatwo, a potem przez wiele lat sączy się przez pokolenia i wciąż trwa.

Alternatywa, czyli budowanie pokoju, to trudna droga. Zajmuje dużo czasu, ale jak już jest zbudowany, pokój uzdrawia i zostaje na bardzo długo. Dlatego o wiele trudniej jest zmotywować się przez dobroć: to nie droga na skróty. Jednocześnie jednak czujemy, że to ta właściwa droga. Szukając właściwej motywacji musimy stać się o wiele wrażliwsi na nasze własne myśli i uczucia. Jest taka anegdota, która bardzo dobrze pasuje do tego tematu. Usłyszałem ją kiedyś w Phuket. To historia, która mówi i o motywacji, i o uważności, czyli świadomości co się robi i dlaczego. Ludzie często nie rozumieją, co nimi powoduje i żyją w ciągłym niezrozumieniu, jak w dżungli. A możemy uświadomić sobie, czego pragniemy, co chcemy zrobić i co nas motywuje. Ta historia jest o kimś, kto dokonuje wyboru w życiu. Jaki to może być wybór? Kupić hamburgera czy sushi? Co kupić na kolację? Jeśli nie możesz się zdecydować pomiędzy hamburgerem a sushi, co można zrobić? Można rzucić monetą. Orzeł – hamburger, reszka – sushi. Załóżmy, że wypada reszka, czyli sushi. Fuj. Co za rozczarowanie. W takim razie rzucę jeszcze raz. Do trzech razy sztuka.

Co to znaczy? To pokazuje, że nie chcesz sushi, tylko hamburgera. Tak właśnie działa rzucanie monetą: nie pokazuje ci, co masz wybrać i nie mówi ci, co zrobisz; rzucanie monetą pokazuje ci, czego tak naprawdę chcesz. Jeśli rzucisz i wypadnie orzeł, a ty podskakujesz z radości, to pokazuje ci, że właśnie tego od początku chciałeś. Jeśli się krzywisz, to odsłania twoje emocjonalne uprzedzenie przed zrobieniem czegoś. Albo nawet nie tyle odsłania uprzedzenie, co pozwala przemówić intuicji, która mówi ci, czego naprawdę chcesz i co czujesz. Rzucanie monetą nie jest sposobem na podjęcie decyzji, ale na odkrycie, co tak naprawdę chcesz zrobić. To odsłonięcie ukrytej motywacji. Ujawnienie co i dlaczego robimy. To dobry sposób na podejmowanie decyzji.

Przed podjęciem decyzji często przychodzicie do mnie: „Ajahn Brahm, czy powinienem zmienić pracę?”, „Ajahn Brahm, mam zostać z tym facetem czy go rzucić, bo zrobił to i tamto?” Wiecie, po co chodzicie do terapeutów? Nie przychodzicie do terapeuty, mnicha, czy mniszki po to, żeby pomogli wam podjąć decyzję. Przychodzicie po to, żeby się dowiedzieć, co wy chcecie zrobić. Ludzie często przychodzą do mnie porozmawiać o jakichś wielkich decyzjach, które właśnie podejmują, a ja mówię, że już mi powiedzieli, co chcą zrobić. To widać w tym, co mówią; są na coś nastawieni bardziej niż na coś innego. Mówię, że właśnie powiedzieli mi co chcą zrobić, a oni na to: „tak, właśnie po to przyszedłem porozmawiać”. Chcą po prostu dowiedzieć się, co chcą zrobić, a nie, żeby ktoś im powiedział. Tak samo jest z monetą - można w ten sposób zaoszczędzić dużo pieniędzy na wizytach u terapeuty. Tak właśnie ujawniamy, co i dlaczego chcemy zrobić. Nasza intuicja często ma rację; mówi szczerze i czystym głosem. Dopiero, kiedy zaczynamy rozmyślać dany problem, robi się bałagan. Ludzie myślą nieraz bardzo pokrętnie; wydaje im się, że myślą logicznie, a tak naprawdę są kompletnie nielogiczni. Wierzę, że to, co człowiek czuje w środku, to poczucie co jest dobre i złe, co jest dobre i życzliwe – to jest w nas. Jeśli tym się właśnie kierujemy, zamiast wierzyć filozofiom, religiom, czy logice, to zazwyczaj przynosi to lepsze skutki.

Podobno przeprowadzono badania, które wykazały, że to rzeczywiście jest lepszy drogowskaz i podejmujemy o wiele lepsze decyzje jeśli czujemy, że są słuszne, a nie tylko tak myślimy, i jeśli podążamy za tym, za czym czujemy, że powinniśmy. Na tym rzeczywiście można polegać. Docieramy do serca naszej motywacji przez uświadomienie sobie, czego tak naprawdę chcemy. Jeśli podążysz za tym wewnętrznym głosem, to zazwyczaj okazuje się, że rzeczywiście motywuje cię prawdziwe współczucie i dobroć, i naprawdę chcesz jak najlepiej dla wszystkich. Ważne jest jednak to, żeby naszą motywacją rzeczywiście było dobro wszystkich; bo czasem ludzie myślą, że ich motywacją jest dobroć i współczucie, a wcale tak nie jest. Czasami ludzie robią coś, ale najważniejszy aspekt jest wyrzucony poza nawias.

Jest taka historia, której nie opowiadałem już od dawna. Wiele wieków temu, w starożytnych Indiach, był system edukacji, w którym miało się jednego nauczyciela, który miał bardzo wielu uczniów; ten nauczyciel uczył wszystkiego. Miał bardzo rozległą wiedzę na wiele tematów. Po skończeniu nauk, uczeń mógł sam zostać takim nauczycielem. Żył wtedy bardzo sławny nauczyciel, który uczył ograniczoną liczbę osób. Uczył ich wielu rzeczy – nie tylko medycyny, matematyki, astronomii i innych podobnych przedmiotów, ale uczył ich też, jak być dobrymi ludźmi. Kiedy zbliżało się zakończenie ich edukacji, chciał ich sprawdzić. Nie chciał sprawdzać tylko ich wiedzy; miał jeszcze jeden problem: jego córka była na wydaniu, a w tamtych czasach małżeństwa były aranżowane. Ten nauczyciel musiał wydać córkę za najlepszego ucznia.

Zebrał więc uczniów i rzekł: „moja córka jest bardzo ładna, wiem, że wszystkim wam się podoba i że wszyscy chcielibyście ją poślubić. Muszę wybrać jednego z was. Chcę się też dowiedzieć, który z was nauczył się najwięcej przez te wszystkie lata. Dam wam więc test, który sprawdza, kto jest najinteligentniejszy i najbardziej posłuszny. Mam kolejny problem: kiedy ludzie biorą ślub, potrzebują domu, albo przynajmniej małej chatki, i muszą mieć też jakieś podstawowe wyposażenie. Będę musiał dać młodej parze pieniądze, a jestem biedny. Więc, żeby – powiedziałbym „upiec dwie pieczenie na jednym rożnie”, ale jestem buddystą i nie jem mięsa, więc powiem „pokroić dwie marchewki jednym nożem”; trzeba używać buddyjskiej terminologii, a nie mówić o zabitych zwierzętach, więc wersja z marchewkami jest lepsza – więc, żeby pokroić dwie marchewki jednym nożem, nauczyciel powiedział: „dam wam taki test, żeby zdobyć pieniądze i dowiedzieć się, kto jest najsprytniejszy. Chcę, żebyście w nocy udali się do okolicznych wiosek i kradli. Weźcie cokolwiek. Przynieście tutaj to, co ukradniecie. Zwycięzca dostanie to, co wszyscy ukradną. Poza tym ten, który ukradnie najwięcej, dostanie moją córkę.” Wszyscy byli w szoku. Ich nauczyciel kazał im kraść! To było okropne. Nauczyciel rzekł: „tak właśnie macie zrobić. Tylko uważajcie, żeby nikt was nie widział.”

Wszyscy chłopcy zakradli się w nocy do wiosek i, kiedy ludzie posnęli lub powychodzili, weszli do ich domów. Zabrali to i tamto, przynieśli z powrotem do nauczyciela, który spisywał dokładnie, co ukradli i skąd. Po tygodniu zebrał ich wszystkich i powiedział: „wszyscy dużo ukradliście; wystarczająco dużo, żeby młoda para mogła się wzbogacić i żyć wygodnie.” Chłopcy czekali, aż powie, który z nich ukradł najwięcej. Nauczyciel mówił dalej: „wszyscy dużo ukradliście, oprócz jednego z was.” Jeden z uczniów bardzo się zawstydził. „Dlaczego nic nie ukradłeś?” „Bo wykonałem twoje polecenie, mistrzu” „Poleciłem wam kraść!” „Tak, ale powiedziałeś też, że jeśli ktoś patrzy, mamy nie kraść. Wchodziłem w nocy do tych domów, czekałem, aż nikogo nie było, i kiedy chciałem zabrać to, co wartościowe, a wtedy uświadomiłem sobie, że ktoś patrzał. To byłem ja! Sam widziałem, jak kradnę. Dlatego nie mogłem wypełnić twojego polecenia”.

Nauczyciel odpowiedział: „wreszcie mam jednego mądrego ucznia! Po wszystkim, czego was uczyłem o odpowiedzialności! To prawda, że mogą was nie widzieć inni ludzie, ale sam siebie widzisz. Oto jedyny uczeń, który wypełnił moje polecenie. Po tych wszystkich latach tylko jeden z was zyskał mądrość. Ty możesz poślubić moją córkę. A co do tych rzeczy, które ukradliście, to jestem wystarczająco bogaty; nie potrzebuję ich. Odnieście je tam, skąd je wzięliście. I nie martwcie się, bo powiedziałem wieśniakom, żeby się was spodziewali. Chciałem się po prostu dowiedzieć ilu z was wie co to znaczy, żeby nie kraść, jeśli ktoś patrzy.”

Ilu z was zdaje sobie sprawę, że własny wzrok też się liczy? Nie tylko wzrok innych ludzi. Sami też się widzimy. Współczucie jest często rozumiane tak, jakby miało dotyczyć tylko innych ludzi. To nie tak. Ty też się liczysz. Motywacja wypływająca ze współczucia działa naprawdę wtedy, kiedy jest skierowana na dobro wszystkich ludzi, włącznie z tobą. Ty też się liczysz.

To między innymi przez tą złą formę współczucia, które nie obejmuje ciebie samego, człowiek się wypala, czuje, że nic nie zyskuje w danej sytuacji i czuje się przygnębiony. To kolejna forma motywacji, która nie działa; musimy znaleźć miejsce dla samych siebie. Ty też się liczysz. W przeciwnym razie tracisz całą motywację.

Przypomina mi się kolejna historia o emigrancie, który przyjechał do Perth. Przyjechał z Bliskiego Wschodu; słyszał wcześniej dużo historii o tym, jak jest w Australii; między innymi słyszał, że ludzie są bogaci. I faktycznie, w porównaniu z bardzo biednymi krajami, zniszczonymi wojną albo katastrofami naturalnymi to prawda, Australia jest bardzo bogatym krajem. I ten facet, czekając w obozie dla uchodźców na pozwolenie na emigrację do Australii, słyszał, że ulice w Perth są wyłożone złotem. Nie wierzył w to, ale jak tylko wylądował na lotnisku w Perth i wyszedł na zewnątrz, spojrzał w dół. Na chodniku leżała złota moneta dwu-dolarowa. O rety, pomyślał, czyli ulice Perth rzeczywiście są wyłożone złotem! Schylił się po monetę, ale powstrzymał się. Pomyślał, że właśnie przyjechał. Pracę zacznie od jutra. To się nazywa lenistwo.

Jeśli twoją motywacją jest współczucie dla siebie i dla innych, to to naprawdę działa. To nadaje wszystkiemu sens. Bo współczucie i troska polegają na tworzeniu spokoju i szczęścia dla siebie samego i innych. I jeśli to jest twoja motywacja w życiu, to masz kierunek. Pamiętam, jak zainspirował mnie pewien fragment w starożytnych suttach, w naukach Buddhy. Pewnego dnia Buddha zdrzemnął się po południu. Wtedy dopadła go istota zwana Marą: „mam cię! Nie jesteś prawdziwym mnichem, jesteś leniwy. Wszyscy inni ciężko pracują, żeby cię nakarmić. Oni nie śpią w środku dnia, ty leniwy mnichu! Czemu śpisz?” Buddha odrzekł: „położyłem się, żeby przynieść szczęście i korzyść dla wszystkich żywych istot.”

Pomyślałem sobie, że to wspaniała odpowiedź. Za każdym razem jak ucinam sobie drzemkę, i ktoś pyta, czemu leżę zamiast coś robić, pracować, wysyłać e-maile, radzić komuś, nauczać albo pisać książkę, mówię: „ucinam sobie tą drzemkę, żeby przynieść szczęście i korzyść dla wszystkich żywych istot”. Ale poważnie, po co to robię? Bo czy ja też tego nie potrzebuję? Inni ludzie muszą mnie znosić, więc jeśli robię sobie przerwę, odpoczywam i relaksuję się, to inni na tym korzystają. Bo kiedy jesteśmy zmęczeni, jesteśmy spięci, nie w humorze i brakuje nam energii. Robimy się marudni i łatwo się złościmy. Mówiłem o tym na spotkaniu kilka tygodni temu: jednym z powodów, dla których ludzie się złoszczą jest to, że są zmęczeni. Są zmęczeni, bo nie zrobili przerwy na odpoczynek. Gdybyśmy zebrali wszystkich rozgniewanych ludzi i umieścili ich w pięciogwiazdkowym kurorcie, gdzie mogliby odpocząć, to jestem pewien, że wyszliby o wiele lepsi. Mniej gniewni. Jeśli więc masz szefa z piekła rodem – a to się często zdarza – zrzuć się ze współpracownikami na wakacje dla tego szefa. Po powrocie zacznie was chwalić i rozdawać awanse i podwyżki. A przynajmniej będzie mniej zły i humorzasty. Na pewno rozumiecie to, bo znacie to z doświadczenia. Kiedy jesteście zmęczeni, pogarsza się wasz nastrój. Dlatego czasem, jeśli leży wam na sercu dobro istot żywych, zróbcie sobie przerwę. Wy też macie do tego prawo.

Nie chodzi o to, żeby spać cały dzień i całą noc, ale o to, żeby zmotywować się do zrobienia czegoś dobrego dla świata; bo możemy zrobić dużo, żeby ulepszyć świat. To powinna być twoja motywacja. Bo ty też żyjesz w tym świecie. Naszą motywacją powinno być szczęście i pokój dla wszystkich istot. Włącznie z tobą.

Na czym to dokładnie polega? Co możesz zrobić? Nie wiem, co ty możesz zrobić, ale razem możemy zrobić dużo. Ja spędziłem większość życia budując klasztory i centra buddyjskie, pisząc książki i przemawiając. Czasami się zastanawiam po co ja to robię; czy już się wystarczająco nie nagadałem? Podobno jest już około dwustu pięćdziesięciu nagranych spotkań. Co by to było, gdybym kazał płacić za udział w spotkaniach!

Robię to bo sprawia mi to przyjemność i wiem, że warto, bo daje to ludziom trochę szczęścia i spokoju. A informacje zwrotne od publiczności dają mi motywację, żeby starać się jeszcze bardziej. Ktoś przychodzi i mówi, że to, co mówiłem uratowało mu życie, bo chciał się powiesić, odebrać sobie życie. Te spotkania mają wielki potencjał. Pozytywna energia naprawdę ma wpływ na świat. To konkretne działanie wypływające z motywacji niesienia korzyści dla wszystkich istot. Naprawdę możemy coś zrobić. Każde z was może zrobić naprawdę dużo. Nawet jeśli jedyne, co robisz, to uśmiechanie się codziennie do ludzi. Chyba nie ma go dziś, ale jeden z naszych członków prowadził seminarium na temat szczęścia, podczas którego kazał ludziom wyjść na zewnątrz i uśmiechnąć się do kogoś albo dać komuś dolara; mieli wykonywać drobne gesty życzliwości i obserwować jakie przynosiły skutki.

Jak tylko wejdzie ci to w nawyk, to zaczynasz zauważać, że te drobne gesty dobroci wracają pomnożone. Na tym polega prawo kammy. Ten mechanizm zachęca cię do tego, żeby dalej generować motywację i wzmacnia tę motywację, dzięki której możesz powoli ulepszać świat. Nie musisz robić wielkich rzeczy. Wystarczą drobne gesty. Ktoś potrzebuje pomocy? Ktoś potrzebuje z kimś porozmawiać? Ktoś potrzebuje czyjegoś uśmiechu? To niesamowite, ile drobne rzeczy mogą znaczyć dla innych. Jeśli jesteś w stanie zdobyć się na te małe gesty, możesz dzięki temu wytworzyć wielkie ilości szczęścia w świecie, wprowadzić w życie współczucie i odczuć jego pozytywne działanie. To efekt kuli śnieżnej: im więcej motywujesz się do dobroci, tym więcej ona do ciebie wraca, a to zwiększa twoją motywację. Przyzwyczajasz się do tego, do okazywania dobroci innym, i staje się to dla ciebie źródłem poczucia spełnienia i szczęścia.

Pod koniec tygodnia spoglądasz wstecz i zastanawiasz się co zrobiłeś, żeby dać innym szczęście, ulepszyć świat i uczynić go piękniejszym i bardziej spokojnym. Być może okazałeś komuś życzliwość, porozmawiałeś, ustąpiłeś komuś miejsca na drodze – cokolwiek to było, patrzysz na to i myślisz: „wow, ja to zrobiłem. To było wspaniałe.”

Kiedy ludzie pytają mnie, jak poradzić sobie z depresją, mówię o pewnej bardzo prostej, a skutecznej metodzie. Nie wymaga ona terapii, medytacji, ani żadnych leków. Wystarczy zrobić coś dla społeczności. Popracować jako wolontariusz. Przyjść do świątyni, do domu opieki, kościoła, meczetu, więzienia, czy jakiegokolwiek innego miejsca i zrobić coś dla innych. To drobny gest: przyjść gdzieś i pozamiatać albo popracować trochę w ogrodzie. To niesamowite, ile szczęścia do ciebie wróci.

Kiedy byłem na studiach, byłem głupi i dopiero uczyłem się o życiu, ale byłem buddystą. Postanowiłem zostać buddystą kiedy miałem szesnaście lat. Większość moich kolegów na studiach to byli chrześcijanie. Ja bardzo się przejmowałem tym, co myślą o mnie inni – a szczególnie tym, co myślą o buddyzmie – więc bardzo rywalizowałem z innymi w kwestiach religijnych: jeśli chrześcijanie coś zrobili, ja musiałem zrobić to lepiej. Kiedy się dowiedziałem, że kilku moich znajomych pomagało, jako wolontariusze, w szpitalu dla osób z zespołem Downa, postanowiłem zrobić to samo. To była czysta rywalizacja; nie było w tym żadnych szlachetnych pobudek. Żadnego współczucia. Ale zacząłem, w czwartki popołudniu, chodzić do tego szpitala na obrzeżach Cambridge, gdzie pomagałem przy terapii zajęciowej dla dzieci z zespołem Downa. Moi chrześcijańscy znajomi odpadli po kilku tygodniach, a ja chodziłem tam przez dwa lata. Podobno byłem wolontariuszem o najdłuższym stażu w tym szpitalu. Nie mówię tego, bo czuję się przez to taki super, albo dlatego, że wtedy czułem się jakoś wyjątkowo. Kiedy pracownicy szpitala mi o tym powiedzieli, powiedziałem, że to nic takiego; robię to, bo sprawia mi to przyjemność. Mimo, że byłem studentem i miałem zapchany grafik, to parę godzin tego wolontariatu dawało mi potężny zastrzyk energii. Budziłem się w czwartek rano i myślałem: „dzisiaj idę do szpitala, nie mogę się doczekać!”.

Tak mi się podobało, że pewnego dnia pod koniec mojego wolontariatu, kiedy wiedziałem już wystarczająco dużo, pracownicy kazali mi poprowadzić zajęcia z grupą dzieci, a sami poszli zająć się jakąś papierkową robotą. Pewnie było to niezgodne z przepisami, ale wiedzieli, że mogą mi zaufać. Przydzielili mi jedną grupę przed przerwą i następną po przerwie. Nie zdawałem sobie sprawy, że w tym czasie podopieczni szpitala robili prezenty dla mnie. Kiedy prowadziłem zajęcia z pierwszą grupą, druga robiła prezenty, a kiedy prowadziłem zajęcia z drugą grupą, pierwsza robiła prezenty. Na koniec zrobili dla mnie prezentację. Powiedzieli, że byłem studentem, który najdłużej u nich pracował, a myśleli, że za tydzień mam egzaminy, więc już nie przyjdę. To było jedno z najbardziej poruszających doświadczeń w moim życiu. Nauczyłem się szanować i kochać dzieci z tego szpitala; zaprzyjaźniliśmy się. Kiedy zbliżałem się do szpitala, wybiegały i przytulały się do mnie.

To były lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte; bycie przytulanym przez chłopaka było dla mnie trudne. Byłem hetero, więc było mi trudno zaakceptować taki gest od innego faceta. Ale oni nauczyli mnie inteligencji emocjonalnej. To byli bardzo mądrzy ludzie; byli niesprawni intelektualnie, ale emocjonalnie? Widzieli kiedy byłem w złym nastroju i przytulali mnie, żeby mnie pocieszyć. I to działało. W końcu stali się dla mnie prawie jak bracia. I siostry, bo były tam też dziewczyny. Byłem bardzo poruszony kiedy wręczyli mi te prezenty. Robili to szczerze; myśleli, że odchodzę, więc płakali. To było piękne doświadczenie. Po wszystkim powiedziałem, że mam egzaminy dopiero za kilka tygodni i zapytałem, czy mógłbym przyjść jeszcze w przyszłym tygodniu. Pozwolili mi przyjść nawet po tym zakończeniu. Bardzo lubiłem tam chodzić; ta drobna służba dała mi wielki zastrzyk energii. Dopiero później zorientowałem się, że to mnie motywowało żeby robić więcej. Dostawałem niesamowity feedback.

Nieważne jak bardzo jesteście zajęci, w pracy czy w domu, proszę, postarajcie się okazywać trochę więcej miłującej dobroci. Pracujcie jako wolontariusze. To nic nie kosztuje, a bardzo dużo dobrego do was wróci. I zdacie sobie sprawę że największą motywacją w życiu jest dobrobyt wszystkich istot. Szczególnie tych, które najbardziej potrzebują pomocy. Jeśli pomożecie w swojej świątyni, kościele, meczecie, szpitalach czy synagogach – nieważne. Pomagajcie. Wkręćcie się w to. Wróci do was mnóstwo szczęścia. Największą motywacją jest szczęście i dobro wszystkich żywych istot. To dotyczy też was. Zdałem sobie z tego sprawę pracując z tymi dziećmi z zespołem Downa: nie tylko one korzystały na mojej pracy. Robiłem to też dla siebie. Byłem tego częścią. Cokolwiek im dawałem, dostawałem z powrotem, i odwrotnie. To stało się sensem mojego życia.

Ludzie czasem mówią mi: „jesteś mnichem, nie żyjesz w prawdziwym świecie, nie robisz nic dla innych”. Tak, jasne. W końcu tylko pomagam i prowadzę spotkania. To mi naprawdę daje kopa. Ktoś mnie zapytał dlaczego zostałem mnichem. Powiedziałem: „to było dawno i już nie pamiętam dlaczego to zrobiłem. Być może - to chyba sensowny powód – przeżyłem zawód miłosny i chciałem o nim zapomnieć. Nie pamiętam, ale to całkiem prawdopodobny powód.”

Ale nie, tak naprawdę zostałem mnichem bo odpowiadał mi ten styl życia. Ważniejsze pytanie to dlaczego nadal nim jestem? Jest tyle rzeczy, które można robić w życiu. Czemu ciągle być mnichem? Dlatego, że to daje niezmiernie dużo szczęścia. Dlaczego pracuję jak wół, prowadząc ciągle jakieś zajęcia? Mam mnóstwo godzin w planie; tylko mnisi i mniszki tyle pracują, i to za niską płacę: jedną miskę jedzenia dziennie, i kubek herbaty, jeśli masz szczęście. Albo trochę czekolady. Nie mamy też funduszu emerytalnego – dlatego nie mogę przejść na emeryturę. Nie czekam na emeryturę. Nie mam na co czekać.

Dlaczego robię to wszystko? Bo to daje dużo szczęścia i radości z życia. Nieraz ludzie mnie pytają z czego czerpię radość. Ze służenia i niesienia pomocy. Albo czasem z medytacji w samotności, która daje motywację płynącą ze spokoju. Ale służenie innym również generuje motywację i mnóstwo szczęścia. I spełnienia. Jeśli zastanawiacie się co jest sensem życia – to właśnie to: troska. Troska o innych i o siebie samego. Nie tylko myślenie z troską ale przekładanie jej na czyn. To naprawdę motywuje, i ta motywacja rośnie. Bo im więcej dajesz, tym więcej dostajesz, a wtedy dajesz jeszcze więcej i dostajesz jeszcze więcej. Wraca do ciebie jeszcze więcej energii. Tak właśnie możecie wytworzyć motywację w swoim życiu. To nie jest tylko religia filozofów, którzy rozważają jakieś kwestie, to religia – czy ścieżka duchowa – która realnie działa, która napędza ludzi i ulepsza świat. Najpierw małe rzeczy, potem wielkie – tak tworzy się o wiele życzliwsze, cieplejsze, szczęśliwsze społeczeństwo. Czy to nie piękna perspektywa?

I jeśli wejdziemy w ten styl życia, to wstawanie rano i myślenie „o boże, znowu muszę iść do pracy, jak długo jeszcze mam się tak męczyć? To nie sobota, więc muszę zabrać dzieci do szkoły, a potem iść poćwiczyć i zrobić to i tamto” – depresja bierze się z braku motywacji. A brakuje nam motywacji, bo nie wiemy, co zrobić z naszą motywacją. Jeśli kierujemy ją w stronę dobroci i współczucia to wstajemy rano, myśląc „ale fajnie, kolejny dzień! Mogę dzisiaj poprowadzić spotkanie w Nollamara, hurra! Mogę też poprowadzić spotkanie gdzieś indziej, mogę porozmawiać z ludźmi, odwiedzić kogoś. Dzisiaj rano mam ceremonię pogrzebową, ale fajnie!”

Lubię prowadzić ceremonie pogrzebowe, śluby też. Bo robię coś ważnego. Biorę udział w ważnym wydarzeniu w życiu ludzi i wprowadzam jakąś zmianę. Nadal pamiętam jeden z pierwszych pogrzebów, które odprawiałem w Perth. To był pogrzeb młodego mężczyzny z Wielkiej Brytanii. Miał jakieś dwadzieścia trzy lata i zachorował na raka. Przebywał w jednym z pierwszych hospicjów, przy szpitalu nad rzeką, chyba gdzieś w Nedlands. Bethesda, to chyba ten szpital. Poszedłem go odwiedzić; nie można było mu pomóc, ale był buddystą. Kiedy umarł, jego rodzice przylecieli z Wielkiej Brytanii. To byli typowi mieszkańcy brytyjskiej prowincji: mieszkali na wsi, byli bardzo formalni, konserwatywni, bardzo chrześcijańscy. Kiedy zobaczyli jak wchodzę poprowadzić ceremonię pogrzebową ich jedynego syna, opadły im szczęki - „o, boże, ten cudak będzie odprawiać pogrzeb naszego syna?”

Widać było, że są bardzo rozczarowani. Ich jedyny syn umarł na śmiertelną chorobę, a tu jakiś facet w dziwnej kiecce ma odprawiać jego pogrzeb. Pod koniec ceremonii byli pod takim wrażeniem, że wpłacili datek w wysokości pięciuset dolarów. Bo było w nich tyle radości. Zażyczyli sobie też, że kiedy sami umrą, ja mam poprowadzić ich pogrzeb, a ich popioły mają zostać rozsypane w klasztorze Bodhinyana. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Kiedy ona umarła, jej popioły zostały rozsypane w Bodhinyana. On jest już w podeszłym wieku, ale nadal jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. To niesamowite, że można tak kogoś zmienić. I zmienić tragedię, którą przeżył, w coś, co potrafi zrozumieć, zaakceptować i iść dalej. Dzięki temu możemy się stać lepszymi ludźmi. To coś wspaniałego. Można mieć takie współczucie i mądrość, które mają realny wpływ na życie.

Wielu z was przychodzi tu od lat. Znacie wszystkie moje historie. Nie są objęte prawami autorskimi. Kilka lat temu zadzwonił do mnie facet z Południowej Australii i mówi: „właśnie przeczytałem pańską książkę „Otwierając wrota twojego serca”. Chciałbym ją wykorzystać, ale jestem ewangelikaninem i ponawracałem paru buddystów. Czy mimo to mogę wykorzystać pana opowieści?” Oczywiście pozwoliłem mu je wykorzystać. Nieważne, do czego ich używacie; to dobre historie, które dają ludziom szczęście. Używajcie ich, nie ma problemu. Nie wiem, ile ich przeczytał, ale miałem nadzieję, że przeczyta ich wystarczająco dużo, że to on się nawróci. Taki był plan.

W każdym razie mnożenie szczęścia i pokoju powinno być waszą motywacją. Nie przychodźcie tutaj tylko słuchać mnie; wyjdźcie i powtarzajcie dobre historie, wykorzystujcie dobre pomysły i naśladujcie dobre postawy. Jeśli nie możecie pracować jako wolontariusze, przynajmniej zróbcie coś dla najbliższych sąsiadów, przyjaciół, czy innych ludzi, którym możesz pomóc. Bądź życzliwy. Żyj tak, żeby nieść radość i dobro dla wszystkich żywych istot. Niech to będzie twoja motywacja do działania. Bo to naprawdę potrafi zmotywować i napędzić człowieka, tak że czuje, że żyje, i że to życie ma sens. Może nie da ci takiego kopa energii jak pozabijanie wszystkich złych ludzi, pozbycie się skorumpowanych polityków, ale to o wiele szlachetniejsze. To trudniejsza praca i bardziej czasochłonna. Ale o niebo skuteczniejsza. Jej owoce to lepsze społeczeństwo. Nadaje też sens i motywację, żeby wstawać rano i działać. To jest właśnie motywacja: nie siedzieć bezczynnie. Właściwie to czasami powinniście posiedzieć bezczynnie. Ale nie cały czas. Posiedźcie i pomedytujcie, ale potem idźcie pomóc społeczeństwu.

Dziękuję za uwagę.

Sadhu, sadhu, sadhu!

Jakieś pytania na temat motywacji? Czy nikt nie czuje się zmotywowany do podniesienia ręki? Dla innych istot żywych? Tak, słucham?

[pytanie z widowni]

AB: Ok, brałeś udział w akcji ekologicznej w lesie, gdzie musiałeś stanąć na drodze ciężarówkom i drwalom. Nie jestem pewien, czy udało ci się na krótszą metę, ale na dłuższą metę na pewno tak. Ludzie czasem chcą szybkich rezultatów; chcą ocalić jakiś konkretny kawałek lasu. Ale nawet jeśli przegrywasz jedną bitwę, możesz nadal wygrać wojnę. Dobrze jest działać ze współczuciem i asertywnością, tak, że stoisz na drodze ciężarówek, ale nikt nie stoi na drodze twojej pięści. Działaj bez przemocy i ze współczuciem. Uratowanie tego lasu przyniesie korzyść dla wszystkich istot. Trzeba też zachować miejsca pracy dla ludzi, więc trzeba działać tak, żeby wszystko zrównoważyć. Ale dobrze jest być aktywnym społecznie, nawet w bierny sposób – albo raczej nie w bierny sposób, ale wolny od przemocy. Ja też się czasem angażuję w różne rzeczy, i wtedy piszą o mnie w gazetach. Wspieram rzeczy w które wierzę, i czasami trochę mi się za to obrywa, ale myślę, że nadal warto wspierać bhikkhuni i ordynację kobiet, czy prawa gejów. To też część mojej pracy. Nie robię tego dla siebie; robię to ze względu na współczucie i szczęście wszystkich istot. Ktoś jeszcze? Nie. Czyli to koniec.


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na tej stronie: https://www.youtube.com/watch?v=90afts4S6aw&index=114&list=UU6M_EhnSSdTG_SXUp6IAWmQ

Źródło: bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii