Tytuł: Ocena braku siebie

O autorze: Ajahn Brahmavamso

Wersja pdf: pdf2.jpg

zobacz źródło

print

Wersja epub: epub2.jpg

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Najwyższy czas się ruszyć, podrapać, pokaszleć, i za chwilę możemy zaczynać dzisiejszą mowę. Chcę poruszyć temat, który wydaje mi się ważny ze względu na coś, co mi się ostatnio przytrafiło; wczoraj odbyłem rozmowę z kimś, kto pisze pracę z psychologii dla jednego z naszych uniwersytetów, i mówił o czymś, co często wraca: ludzie, którym brakuje poczucia własnej wartości, i jak można to zgrać z buddyjskim ideałem braku „ja”. W związku z tym, tytuł dzisiejszej mowy to „poczucie nie-własnej wartości”. Podczas tej rozmowy mówiłem o tym, że nie można po prostu przełączyć się z braku poczucia własnej wartości – z poczucia, że jest się beznadziejnym, bezużytecznym, przegranym - na ten cudowny, buddyjski stan poczucia braku „ja”. Nie da się tego ot, tak przeskoczyć. Trzeba zacząć krok po kroku: od braku poczucia własnej wartości, przez czucie się ze sobą dobrze, a potem z czucia się dobrze ze sobą do czucia się dobrze z brakiem siebie. Tak to właśnie zazwyczaj działa.

Ten temat pojawia się co i rusz: na pewno część ludzi obecnych tutaj czuje, że nie są wystarczająco dobrzy, powinni być lepsi; pojawia się to też w klasztorach i dla mnichów, i dla mniszek: ludzie myślą, że nie są dobrzy i mają niską samoocenę. Jeśli ktokolwiek ma prawo mieć niską samoocenę, to ja. Popatrzcie tylko na mnie: moje życie to porażka, nie mam funduszu emerytalnego, konta w banku, oszczędności, żadnych widocznych środków utrzymania – w urzędach pytają, jakie masz środki utrzymania, a ja nie mam żadnych, jestem biedny, jestem poniżej średniej krajowej. Dlatego lubię czasem chodzić do różnych urzędów; tam dają do wypełnienia formularze i łatwo wpisać z góry do dołu „nie”, i to ich dezorientuje i nie wiedzą, co z tobą zrobić, bo nie masz aktu małżeństwa, nie posiadasz żadnych nieruchomości, nie masz samochodu, prawa jazdy – nie istniejesz. Jako mnich albo mniszka, jesteś totalnie poza skalą we współczesnym świecie. Bo do niczego się nie kwalifikujesz. Dlatego bardzo lubię chodzić do urzędów. Bardzo ich to wszystko denerwuje.

Ale wracając do samooceny. Nie mam poczucia własnej wartości i na pewno nie mam niskiego poczucia własnej wartości. Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do Australii – to było dwadzieścia osiem lat temu – to nigdy w życiu na mowy nie przyszłoby tyle osób. Byłoby dobrze, gdyby przyszło pięć. I to na początku, a potem połowa by sobie poszła, albo więcej, a pozostałe dwie by zasnęły. Wtedy było ciężko, choćby dlatego, że ludzie nie byli przyzwyczajeni do widoku mężczyzn w sukienkach, a tak dla nich wyglądaliśmy i wiele razy zdarzało się, że ludzie nas krytykowali, krzyczeli na nas, a pewnego razu ktoś nawet rzucał we mnie kamieniami. To było na plaży w Bunbury; siedziałem tylko i medytowałem, nikomu nie wadząc, a tu koło ucha przeleciał mi kamień. Bardzo dobrze, że nie umieli celować. Ale jak podeszli bliżej, stwierdziłem, że muszę coś zrobić. Więc wstałem i odwróciłem się, a te dzieci myślały – może ktoś z was pamięta, to było wtedy kiedy byli tutaj ludzie z sekty Rajneesha – oni myśleli, że jestem z tej sekty; nietrudno się pomylić, oni też nosili pomarańczowe stroje. Ale wstałem i zacząłem iść w ich kierunku – to niesamowite, co się dzieje jeśli staniesz twarzą w twarz z ludźmi, którzy robią takie rzeczy – zacząłem iść w ich kierunku, a oni zaczęli uciekać. To była grupka sześciu albo siedmiu dzieciaków. Mogli mnie pobić, gdyby chcieli, ale moja pewność siebie wystarczyła, żeby stracili swoją.

Pobiegłem za nimi i pytam, dlaczego rzucają kamieniami w mnicha buddyjskiego. „Ooo, jest pan mnichem buddyjskim, myśleliśmy, że był pan jednym z tych sekciarzy, mnisi buddyjscy są w porządku”. A potem odbyliśmy miłą rozmowę na temat buddyzmu.

Czasem zdarza się, że jesteśmy krytykowani, albo poniżani, ale nie trzeba tracić przez to poczucia własnej wartości. Ktoś do mnie ostatnio zadzwonił i powiedział, że jego syn jest prześladowany przez dzieci w szkole. To jest duży problem. Ci ludzie powiedzieli, że nauka, która im pomogła, bardzo prosta, to ta, w której mówiłem, że nie należy słuchać krytyki innych ludzi; była to ta nauka, w której powiedziałem, że jeśli ktoś nazywa cię psem, powinieneś się obejrzeć, żeby sprawdzić czy masz ogon. Jeśli nie masz ogona, to nie jesteś psem i po problemie.

I kiedy tamte dzieci wyzwały tego chłopca od psów, przypomniał sobie tą historię, obejrzał się za siebie i powiedział „nie mam ogona, wiec nie jestem psem”. I po tym te dzieci przestały się nad nim znęcać. Bo okazał pewność siebie. Oni próbowali uderzyć w jakiś czuły nerw, on im na to nie pozwolił. Każdy ma ten wybór.

Dlaczego ludzie mają niskie poczucie własnej wartości? To jest duży problem dla dużej liczby ludzi. Mnóstwo osób uważa się za zbyt mało inteligentne, wiele kobiet uważa, że nie są wystarczająco ładne – choć tak naprawdę są piękne. Mężczyźni też myślą, że nie są wystarczająco przystojni. Dlaczego? Mnisi nawet czują, że nie są wystarczająco dobrymi nauczycielami, albo nowicjuszami, albo mniszkami.

Dlaczego ludzie myślą w ten sposób? Dlatego, że w naszym społeczeństwie mamy to okropne zjawisko gonienia za najlepszym, wysoko postawione cele i oczekiwania. Widzimy to w reklamach: „nie czujesz, że żyjesz, jeśli nie jechałeś jednym z tych nowych motocykli z 2.3-litrowym zbiornikiem i większym silnikiem; wow, nie czujesz, że żyjesz, jeśli nie pojedziesz motocyklem z takim wielkim silnikiem”. Myślałem o tym, żeby się takim przejechać: znaleźć kogoś, kto ma taki motocykl i zapytać czy nie chce stworzyć trochę dobrej kammy. Ale mnich nie powinien jeździć na motocyklu. Wszystko przez te szaty: jak tylko wiatr powieje, rozwiewają się, i zamieniasz się w spadochron.

Dlaczego ludzie myślą, że muszą mieć te wszystkie rzeczy, żeby posiadać wartość? Nasze oczekiwania wobec samych siebie są zbyt wysokie. I wobec innych. Dlatego moje hasło, które powtarzam od miesiąca swoim mnichom i ludziom których uczę, to: obniżcie oczekiwania. To piękne uczucie: nie muszę być taka piękna. Nie muszę być taki silny. Nie muszę zawsze odnosić wielkiego sukcesu. Wreszcie mogę… być sobą. To jest potężna nauka. Bo skąd się biorą te wszystkie oczekiwania? W większości przypadków nie pochodzą one od ludzi, którzy rzeczywiście nas kochają – ci chcą po prostu, żebyśmy byli szczęśliwi. „Jeśli myślisz, że będziesz szczęśliwy, będąc miliarderem, to czemu nie, ale jeśli nie będziesz, to nadal będziemy cię kochać.” „To dobrze, jeśli odniesiesz sukces w swojej karierze, ale jeśli nie, to też dobrze.” Nawet jeśli nic ci nie wychodzi, to bliscy ludzie i tak cię kochają.
Możesz obniżyć swoje oczekiwania i nie starać się tak bardzo osiągnąć tych celów, które narzucają ci inni ludzie. Bo czasem, jeśli mamy tyle oczekiwań, to mówimy to samo swoim dzieciom: jeśli nie będziesz najlepszy w klasie, albo przynajmniej jednym z najlepszych, to nie jesteś wystarczająco dobry. A tylko jedno na dwadzieścioro dzieci jest w stanie być jednym z najlepszych, więc zawsze będą jakieś dzieci u dołu skali.

Ciągle powtarzam, że jak tylko oblejesz pierwszy egzamin w szkole, to jesteś wolny. Możesz robić co chcesz. Wychodzisz z więzienia. Ale jeśli zdałeś ten egzamin, to w następnym roku musisz wrócić do szkoły i zdać kolejny. I kolejny, i kolejny. Więc jeśli oblewasz pierwszy egzamin, to jesteś wolny!

Połowa dzieci w szkole będzie w tej dolnej połowie. Więc wasze dzieci mają szansę 50/50. Proszę, kochajcie je. Nie muszą mieć dobrych ocen. Daniel Coleman, który jest buddystą, w książce „Inteligencja emocjonalna” pisze, że ludzie, którzy odnoszą sukces, to nie ci, którym dobrze idzie w szkole, nie ci, którzy mieszczą się w najlepszych 10, 15, albo 50%, ale ci, którzy są inteligentni emocjonalnie. Czują się kochani, akceptowani, mają wysokie poczucie własnej wartości – bo to pochodzi od rodziców, którzy ich nie krytykowali, nie mieli wobec nich oczekiwań powyżej ich zdolności. Czują, że mają wartość sami w sobie. To ci ludzie radzą sobie w życiu.

Więc przestańcie karmić dzieci czymś, co w przyszłości zmieni się w niską samoocenę, tylko dlatego, że nie idzie im tak dobrze jak innym. Ludzie nawet w dolnych siedemdziesięciu procentach czują, że źle im idzie – czują się źle, jeśli nie są na szczycie, najpiękniejsi, jeśli odnoszą największych sukcesów.

Możecie być sobą, ale musicie się nauczyć, jak obniżać swoje oczekiwania, nauczyć się jak być sobą – i dopiero wtedy odnosicie sukces, wtedy jesteście szczęśliwi. Więc zamiast oczekiwać zbyt wiele od ludzi, a szczególnie od siebie samego, skorzystajmy z naszej umiejętności kochania siebie za to, kim jesteśmy. Słynne „otwórz drzwi swojego serca, niezależnie od tego, kim kiedykolwiek będziesz”.

Może być trudno uzyskać to samo od innych, bo inni ludzie będą cię zawsze krytykować jeśli nie osiągniesz wyznaczonego celu; jeśli go osiągniesz, ustawią poprzeczkę wyżej, myśląc, że to cię zachęci do dalszych osiągnięć. Tak zwane podążanie za sukcesem to podążanie za stresem i przedwczesną śmiercią na zawał serca. A chyba nie tego chcecie w tym życiu – nie życia w ciągłym stresie. Czy to naprawdę na tym polega sukces? Czy te wszystkie osiągnięcia, tytułu, dobytek – czy to tak naprawdę osiągnięcia? Czy to jest sukces? Czy może sukcesem jest życie w pokoju z samym sobą, bez kładzenia się spać wieczorem z poczuciem, że poniosło się dziś porażkę i nie czucia, pod koniec roku, że jest się beznadziejnym przypadkiem – czy to wszystko jest warte tak zwanego podążania za sukcesem?

A może lepiej mieć inteligencję emocjonalną i kochać się za to, kim się jest? Zdać sobie sprawę, że nie musisz odnosić sukcesu, żeby czuć spokój, nie musisz osiągać tych celów, którymi obciążają cię inni ludzie. Dlatego moja praca jako nauczyciela polega na zdejmowaniu tych oczekiwań, na mówieniu ludziom, że nie muszą być najpiękniejsi, nie muszą być najbogatsi. Mówiłem to w Singapurze i Malezji na spotkaniach z młodymi, których uczę. Mówiłem chłopcom: proszę, nigdy nie żeńcie się z piękną kobietą. Bo jeśli się ożenicie z piękną kobietą, inni mężczyźni będą na nią patrzeć i przez resztę życia będziecie zazdrośni. Ożeńcie się z brzydką kobietą, a nigdy nie będziecie zazdrośni, bo inni na nią nie spojrzą. A jeśli jesteś kobietą, to nigdy nie wychodź za bogatego mężczyznę, bo jeśli będzie bogaty, to będzie go stać na kochankę. Wyjdź za biednego, który nie będzie mógł sobie pozwolić na kochankę i będziesz go miała tylko dla siebie. To zwiększa samoocenę wszystkich brzydkich dziewcząt i biednych chłopców.

Nie muszę być bogaty, żeby mieć dziewczynę, nie muszę być piękna, żeby mieć chłopaka – muszę tylko być sobą. Swoją drogą, kiedy uczę tych młodych ludzi, którzy dopiero zaczynają szukać partnerów, często sami mówią, że bogactwo i uroda nie są ważne – to, co się liczy, to pewność siebie. Bo jeśli jest się pewnym siebie, można się dobrze bawić, można się zrelaksować, i nie jest się spiętym, bo nie stara się coś udowodnić innym. I dla wielu ludzi to właśnie jest atrakcyjne. Pewność siebie, luz, bycie zabawnym. Nie stajesz się takim przez urodę albo bogactwo. Stajesz się takim dzięki inteligencji emocjonalnej. Po prostu akceptujesz siebie takim, jakim jesteś.

W buddyzmie, szczególnie w medytacji, jest takie powiedzenie: wystarczająco dobrze. Mówimy sobie, że nasze życie jest wystarczająco dobre. Nasze klasztory? Wystarczająco dobre. Tak, to wszystko może być lepsze – czasami fantazjujemy na temat tego, jak można by coś poprawić: w piątek mogłoby nam być wygodniej. Moglibyśmy sobie sprawić elektryczne poduszki do medytacji: przyciskasz jeden guzik i robi się bardziej miękka, inny i robi się twardsza, może mogłaby być podgrzewana; mógłby też być guzik do robienia cappuccino albo latte - gdyby ktoś akurat był zmęczony, może się napić kawy. Ale nie – to jest wystarczająco dobre. A jeśli myślisz, że coś jest wystarczająco dobre, nie masz potrzeby krytykowania tego i myślenia, jak można to zmienić. Wszystko jest wystarczająco dobre. Twoja praca też: tak, mogliby ci więcej płacić, ale żeby więcej płacili, musiałbyś więcej pracować, a to wysiłek. Ja mam ten problem: za dużo ludzi słucha moich mów, więc powinienem się części was pozbyć: ciągle jestem zajęty, dostaję jakieś zaproszenia. Ktoś niedawno wrócił ze Sri Lanki i mówi: „musisz jechać na Sri Lankę, ludzie tam za tobą tęsknią, musisz jechać, musisz jechać”. A ja mam już dosyć ciągłego latania. Jestem stary, chcę przejść na emeryturę i odpocząć. Więc może przestańcie wpłacać datki, wtedy będę bardziej smutny i mrukliwy, i będę mieć święty spokój. Nie, jest wystarczająco dobrze.

Zauważyłem, że ludzie robią mi zdjęcia w czasie medytacji. Po co robicie mi zdjęcia? Jestem stary, gruby i brzydki. Ale może jestem wystarczająco dobry. Ale nie róbcie mi za dużo zdjęć, bo kiedy byłem w Indonezji, słyszałem, że pewien słynny tamtejszy zabytek, Borobudur, który jest skarbem narodowym, zaczął ulegać zniszczeniu przez to, jak często ludzie go fotografują. W takim razie uważajcie, bo ja też ulegam zniszczeniu przez te wszystkie zdjęcia.

Ale mówiąc poważnie: nie musicie być „czymś” żeby mieć dobrą samoocenę. Jesteście wystarczająco dobrzy. Możecie popełniać błędy. Nie musicie wykonywać wszystkich zadań perfekcyjnie. Kiedy po raz pierwszy tu przyjechałem, moje mowy były do niczego. Ludzie faktycznie wychodzili. Pamiętam pewną kobietę, która teraz prowadzi Towarzystwo Buddyjskie w Singapurze. Poszła do biblioteki, znalazła najstarsze nagranie mojej mowy, przesłuchała ją i stwierdziła, że to była najgorsza mowa, jaką słyszała w życiu. I miała rację, to była kiepska mowa, bo to jest coś, czego się uczy w praktyce. Pamiętam, jak kiedyś prowadziłem mowę dla grupy Tajów. Przyjechali aż z Tajlandii, żeby odwiedzić to miejsce, zostawić datki i chcieli mowę po tajsku, więc przeprowadziłem prelekcję po tajsku. Przez wiele lat mieszkałem w Tajlandii i wtedy znałem ten język biegle. Kiedy skończyłem mowę, stwierdzili: „wow, to było niesamowite. Nigdy wcześniej nie słyszeliśmy mowy w sanskrycie”. Powiedziałem, że to było po tajsku. Odpowiedzieli, że nie zauważyli.

Ale czy przez takie rzeczy trzeba tracić poczucie własnej wartości? Ja nie straciłem, przeciwnie, mam teraz więcej historii do zabawiania ludzi. Kiedy popełniam jakiś błąd i robię coś głupiego, nigdy nie myślę, że to powód, żeby tracić poczucie własnej wartości. Zamiast tego myślę: jestem człowiekiem. Popełniam błędy. Jestem wystarczająco dobry. Jakie wspaniale jest mieć świadomość, że masz prawo się pomylić. Proszę, trzymajcie się swojego prawa do popełniania błędów. Nie zawsze musisz robić wszystko doskonale. Obniż swoje oczekiwania.

Jeszcze kilka lat temu oczekiwałem, że ludzie powyłączają komórki na czas medytacji, ale teraz obniżyłem oczekiwania, i jeśli dzwonią do pięciu razy, to jestem bardzo szczęśliwy. Inaczej człowiek się złości i psuje sobie cały dzień. A przecież można obniżyć oczekiwania i o wiele lepiej się bawić, bo ludzie po prostu popełniają błędy. Kiedy ty robisz błąd, nigdy nie myśl, że to znaczy, że jesteś jakiś wadliwy. Błędy są częścią życia. Doceniajmy te błędy zamiast myśleć o nich jako o porażkach.

Ludzie przychodzą tu i mówią, że są do niczego. A ja na to: bardzo dobrze. Kiedy ktoś przychodzi i mówi, że właśnie obrabował bank, ja mówię: bardzo dobrze. Dziesięć procent na klasztor mniszek, poproszę. Nie, naprawdę wcale tak nie mówię. Gdyby ktoś zasnął podczas medytacji, powiem: bardzo dobrze. Nauczyłem się mówić „bardzo dobrze” w wielu różnych językach: po syngalesku, po indonezyjsku i w innych językach. Dobrze jest znać to wyrażenie w różnych językach. Nie wiem jak powiedzieć „bardzo źle” w żadnym innym języku poza angielskim. Nie uczę się tego wyrażenia. Nie chcę go znać. Dzięki temu nieważne, co ktoś mówi, ja odpowiadam: „bardzo dobrze”.

W ten sposób buduje się pewność siebie ludzi, bo czują się pogodzeni ze sobą, bo ktoś inny akceptuje ich takich jakimi są. I to nie działa tylko z wami. Chodzę też do więzień, gdzie siedzą ludzie, którzy popełnili straszne przestępstwa, a ja im mówię: „bardzo dobrze”. To ich zbija z pantałyku: „jak to?!” Mówię: „jesteś liderem w swoim zawodzie, nigdy nie było takiego złodzieja jak ty, to fantastyczne”. Wiele ludzi w więzieniach ma bardzo niską samoocenę, i to jest powód, dla którego ciągle tam wracają – bo myślą, że nie zasługują, żeby żyć na wolności. Niska samoocena sprawia, że karzesz samego siebie i nigdy nie jesteś wolny. Jak tylko mówię tym ludziom, którzy zrobili straszne rzeczy: „bardzo dobrze” to w ten sposób zabieram im to, co sprawiłoby, że znowu zrobiliby to samo.

Więc kiedy wrócicie do domu i mąż powie wam, że dopuścił się cudzołóstwa i przespał się z waszą przyjaciółką, powiedzcie mu: „bardzo dobrze”. To go zaskoczy. Pomyślałby coś w stylu: „co za niesamowita kobieta. Nie złości się na mnie. Nie odejdę do kochanki, zostanę z nią.”

Kiedy pozwalasz sobie na popełnianie błędów, to po pierwsze szczerze się do tego przyznajesz. Kiedy nie pozwalasz sobie na to, to ukrywasz błędy, wypierasz i nie przyznajesz się do nich, więc nie możesz nic z nimi zrobić. Popełniłeś błąd – świetnie. To dozwolone. Nie używaj tego, żeby zmniejszyć swoją samoocenę. Kiedy akceptujesz błędy, czujesz się ze sobą dobrze. Jesteś ok. Nie czujesz, że jesteś człowiekiem, który został złożony z jakichś niekompletnych elementów. A kiedy czujesz, że jesteś częścią tego świata, kiedy czujesz, że do niego przynależysz – to się nazywa wysokie poczucie własnej wartości. Jesteś wystarczający. Zmniejszyłeś oczekiwania, nie dążysz do doskonałości, jesteś tym, kim jesteś i przynależysz. I jesteś mile widziany.

Dlatego nie mamy tutaj ograniczeń co do stroju. Niektórzy próbowali coś takiego narzucić, ale nie, można przychodzić w czym się chce. Poza mną, ja muszę nosić te szaty bo jestem mnichem. Nie mamy bramkarzy przed drzwiami, którzy by nie wpuszczali podejrzanych typów. Zapraszamy wszystkie podejrzane typy.

Kiedy ludzie czują, że są mile widziani i szanowani, to wszystkie problemy z samooceną znikają. A czy nie tego ludzie przede wszystkim chcą w życiu? Być szanowanym, być rozumianym? Tak, nie jestem najlepszy, tak, jestem mnichem, którzy co tydzień opowiada te same kawały i historie, ale taki jestem. Dzięki temu powstaje w tobie uspokojenie.

Jest taka historia, której już dawno nie opowiadałem, a dziś mi się przypomniała: to historia o dwóch marchewkach. To stara historia. Były sobie dwie marchewki, i szły sobie Saint George’s Terrace – to jedna z głównych ulic w Perth. Idą sobie i rozmawiają, a tu nagle pijany kierowca traci kontrolę nad samochodem. Samochód wjeżdża na chodnik i uderza jedną z marchewek, która zostaje poważnie ranna. Druga marchewka dzwoni po karetkę, karetka przyjeżdża, jadą do szpitala, a marchewka jest naprawdę ciężko ranna, więc zabierają ją na chirurgię. A jej przyjaciółka czeka w poczekalni i bardzo się denerwuje, bo nie wie, co się stanie. Po trzech godzinach wychodzi lekarz i mówi, że ma dobrą i złą wiadomość. Dobra wiadomość: pacjent przeżył. Zła wiadomość: przez resztę życia będzie warzywem. Nie umiem tego opowiedzieć z poważną miną, to jeden z moich ulubionych dowcipów. Widzicie, nie umiem nawet dobrze opowiadać dowcipów, ale nie mam zamiaru tracić przez to poczucia własnej wartości.

Kiedy podchodzicie do siebie na luzie, to znaczy, że macie dobrą samoocenę, ale jeśli pójdziecie jeszcze dalej w tym samym kierunku, to okaże się, że macie ocenę „braku siebie”. Nie chodzi o to, żeby nie mieć dobrej samooceny, tylko o to, żeby nie mieć oceny siebie. To polega na tym, że docenia się to, że błędy nie są naszą własnością. Nie jestem właścicielem swoich błędów. Gdybym czuł, że jestem właścicielem swoich błędów, ciągle bym je wspominał, i ciągle myślałbym o okropnych rzeczach, które zrobiłem. Idea braku „ja”, zamiast posługiwać się filozofią, korzysta z praktycznych argumentów: co tak naprawdę posiadasz?

To jest coś, co ludzie robią, kiedy popełniają błędy – albo odnoszą sukces: chcą objąć te rzeczy w posiadanie. Zatrzymują sobie te błędy. A buddyjska koncepcja braku „ja” polega na tym, że nie posiadamy niczego. Czy to naprawdę ty byłeś tą osobą, która popełniła tamten błąd, wiele lat temu? Czy to naprawdę ty dokonałeś tej wspaniałej rzeczy, z której jesteś taki dumny i za którą jesteś nagradzany? Ludzie patrzą wstecz, i jeśli chcą przejąć na własność przeszłe zdarzenia, to wtedy zaczynają się kłopoty. Wtedy ludzie tracą ten brak oceny siebie, i zaczynają mieć poczucie własnej wartości, i wtedy zaczynają się też paskudne rzeczy, jak duma i arogancja. Stąd biorą się tacy mnisi jak ja, którzy siedzą i mówią: jestem taki pokorny; nie ma drugiego tak pokornego mnicha na całym świecie. Napisałem wręcz podanie do księgi rekordów Guinessa o uznanie mnie za najpokorniejszego mnicha na świecie. Jeśli jesteś pokorny, powinieneś się z tym afiszować.

Niektórzy ludzie stają się aroganccy. Czy uważacie, że ja jestem arogancki? Niedawno w pewnym magazynie pojawiło się moje zdjęcie, na którym pracuję na dachu. Byłem cały brudny, bo mieszałem cement. Jest taka historia, którą uwielbiam opowiadać: kilka lat temu też mieszałem beton, i przyszła pewna kobieta ze Sri Lanki – to była bardzo elegancka osoba, a niestety my tutaj nie osiągamy tego poziomu; była bardzo dobrze ubrana i umalowana. A eleganckie kobiety ze Sri Lanki noszą dużo bransoletek. Ona miała tyle tych dzwoniących bransoletek, że myślałem, że to samochód z lodami przyjechał do świątyni.

Kiedy mnie zobaczyła – a dopiero wróciłem z placu budowy, cały byłem w cemencie; trudno wyglądać elegancko przy pracy na budowie – podeszła do mnie i powiedziała: szukam Ajahna Brahma. Jestem sprytny, więc powiedziałem: proszę iść do holu i poczekać, za parę minut przyjdzie. Ona odeszła, ja poszedłem się szybko odświeżyć i zmienić szaty, i poszedłem z nią porozmawiać. I wiecie, że ona nie zauważyła, że byłem tą samą osobą? Bo później powiedziała: macie tu piękny klasztor, ale pozwolę sobie zrobić jedną uwagę: „po drodze spotkałam jednego z waszych mnichów, który wyglądał bardzo nieporządnie, a mnich nie powinien tak wyglądać.” Odpowiedziałem: „porozmawiam później z tym mnichem”. Nie poznała mnie!

Czasami siedzi się przed widownią, a czasem trzeba zakasać rękawy i ubrudzić ręce przy pracy na budowie. Czasem zastanawiam się, który Ajahn Brahm to ten prawdziwy? Żaden, bo nie mam żadnego z nich na własność. Jeśli bierzesz na własność sławną wersję siebie, to rodzi się duma. Jeśli bierzesz na własność tą wersję, która wykonuje brudną robotę, to rodzi się niska samoocena. A kiedy nie bierzesz na własność żadnej z nich, to rodzi się poczucie nie-własnej wartości. Bo ty nie jesteś żadną z tych rzeczy. A kiedy przestajesz się definiować, nie masz już ograniczeń. Jesteś wolny jak ptak. Możesz robić co chcesz. Kiedy nie masz poczucia własnego „ja” i ego, i tego, kim powinieneś być.

W byciu mnichem wspaniałe jest to, że jest się wolnym od tych wszystkich statusów. Szata, którą noszę i szata, którą nosi mnich obok mnie są takie same. Nie mają żadnych pasków, które by pokazywały, gdzie jesteśmy w hierarchii, ani żadnych gwiazdek określających, kto jest najstarszym, a kto najmłodszym mnichem. Nie mamy tego, bo nie chcemy mieć żadnej własności. Kiedy twoje osiągnięcia i porażki do ciebie nie należą, kiedy nie należy do ciebie zbrodnia, którą popełniłeś wiele lat temu – to dla więźniów – to nie jesteś ty, nie zatrzymuj tego na własność. Bo kiedy to zatrzymujesz, stajesz się tym, a kiedy się tym stajesz, powtarzasz to.

Znowu się powtórzę, ale właśnie przypomniała mi się pewna historia. Pojechałem kiedyś do Singapurskiego Instytutu Zdrowia Psychicznego i przedstawiłem prezentację, po czym pochwalił mnie ordynator oddziału chorych na schizofrenię. Zaprosił mnie na swój oddział. Po drodze zapytałem go, jak leczy schizofrenię. Powiedział: „nie leczę schizofrenii”. A to był ordynator, który zajmował się wszystkimi przypadkami tej choroby na miejscu i wieloma z zagranicy. Zapytałem: „to co pan robi?” „Leczę drugą część pacjenta”. Genialne. Bo inaczej przekazuje się człowiekowi, że ma tę schizofrenię na własność. Że jest schizofrenikiem. A to nie rozwiąże problemu.

Wiem, że schizofrenia tak nie działa, ale jest taki buddyjski żart: do czego dąży schizofrenik buddysta? Chce stać się dwojgiem z wszechświatem. To totalna bzdura, nie na tym polega schizofrenia, ale to świetny dowcip. Wiecie, większość ludzi dąży do stania się jednym z wszechświatem. OK, przepraszam tych, którym zdarzają się epizody schizofrenii. Ale to dobry dowcip.

Kiedy przyjmujesz coś na własność, to wtedy właśnie staje się to problemem. A idea nie-własnej wartości polega na świadomości, że to nie jestem ja. To nie jest moja własność. To coś, co się zdarza, raz na jakiś czas. To nie ja, to do mnie nie należy. Nie należy do mnie przestępstwo, które popełniłem. To sprawia, że łatwiej jest się od tego uwolnić. Dlaczego tak trudno jest odpuścić te rzeczy, które ci się przytrafiły, albo które zrobiłeś w przeszłości? Dlaczego te negatywne doświadczenia cię prześladują?

Jak się nazywają te osoby, które kogoś śledzą i molestują seksualnie? Stalkerzy. Widzicie, ja też czasem czegoś zapominam, ale cieszę się, w moim wieku to już nie problem. Te wspomnienia są jak prześladowca, który ciągle wraca. Dlaczego nie możemy się od nich uwolnić? W wielu przypadkach dzieje się tak nie z winy tego, co się stało, tylko dlatego, że wydaje nam się, że to do nas należy. A najwyższą formą nie-własnej wartości jest świadomość, że te rzeczy do nas nie należą. Jedyne, co do ciebie należy, to chwila obecna. To jedyna rzecz, którą posiadasz w tym życiu. Jeśli myślisz, że posiadasz swoją przeszłość, nie jesteś w stanie jej za sobą zostawić. Jeśli myślisz, że posiadasz swoją przyszłość, zawsze będziesz się o nią martwić i denerwować. A kiedy zdasz sobie sprawę, że jedyne, co będziesz kiedykolwiek mieć to ta chwila, tu i teraz, to to jest właśnie brak „siebie”. Tak właśnie wygląda proces przejścia od niskiej samooceny, przez własną samoocenę, aż do poczucia nie-własnej wartości.

Więc, dzieci, jeśli martwicie się, bo oblałyście egzamin, to nie przejmujcie się. To nie byłyście naprawdę wy. Ile razy mówicie sobie, kiedy zrobicie coś źle: „dzisiaj nie jestem sobą”. Doskonale. O to chodzi. Za każdym razem, jak zrobicie błąd: „o, to nie byłem prawdziwy ja”.

Sufi mają taką przypowiastkę na temat poczucia własnej wartości. Ludzie czasem mówią, że w islamie nie ma mądrości. W islamie sufickim jest mnóstwo mądrości, bardzo podobnej do buddyzmu. I właśnie ta tradycja zawiera historię Nasreddina, który żył w Persji, czyli dzisiejszym Iranie. Pewnego dnia, zabrał swoich uczniów na targ, w nagrodę za naukę. Na takich targach są różne przestawienia i konkursy, a że to było w dawnych czasach, to był turniej strzelania z łuku. Dziś można zapłacić trzy dolary i jeśli się coś ustrzeli, dostaje się maskotkę. No i ten mistrz, ten przywódca religijny, stwierdził, że weźmie udział w tym turnieju strzelania. Stwierdził, że każdy potrafi strzelać. I mimo, że jego uczniowie powiedzieli, że nie wie, co robi i na pewno się wygłupi, on nie zrezygnował. Nałożył strzałę na łuk i wystrzelił. Strzała przeleciała tylko połowę dystansu. Nigdy wcześniej nie strzelał z łuku. I jako, że był bardzo poważaną postacią w tej społeczności, ludzie zaczęli się śmiać. Ich przywódca robił z siebie pośmiewisko. Wziął następną strzałę i chociaż jego uczniowie mówili, żeby sobie odpuścił, bo przynosi im wstyd, on stwierdził, że za pierwszym razem za bardzo się pospieszył. Tym razem wolniej nałożył strzałę, naciągnął łuk mocniej i tym razem strzała przeleciała całą odległość, ale wylądowała mocno na lewo, prawie zabijając jednego z gapiów. Odwrócił się i powiedział: „to był strzał aroganckiego człowieka”. Wziął łuk po raz trzeci. Ludzie śmiali się z niego i z jego prób. Tym razem kiedy wystrzelił, strzała trafiła w sam środek tarczy. I kiedy odbierał swoją maskotkę, ktoś zapytał: jeśli pierwszy strzał był strzałem człowieka w pośpiechu, drugi był strzałem aroganckiego człowieka, to czyim strzałem był trzeci? „Trzeci byłem ja.”

Teraz rozumiecie brak oceny „siebie”. Jeśli nie macie „siebie”, to nie zatrzymujecie niczego i możecie wybrać kim chcecie być. Kiedy macie „siebie”, to jesteście związani z obrazem tego kim wydaje się wam, że jesteście: „jestem dobry z matematyki”, „jestem brzydki”, „jestem schizofreniczką”. Jeśli się w tym zamkniesz, to nie jesteś wolny. A jeśli zostawisz te oceny za sobą, jesteś wolnym człowiekiem. Możesz być kimkolwiek chcesz. Korzystam z tego tricku jako mnich: mogę być robotnikiem, komikiem, mogę odprawiać ceremonie pogrzebowe i wtedy muszę przestać żartować. Możesz być kimkolwiek chcesz. A wtedy jesteś wolny. I możesz cieszyć się tym, co życie przynosi ci w danej chwili. Tak się właśnie przechodzi od niskiej samooceny, samooceny, do braku oceny siebie. Możesz być kim chcesz, popełniać błędy, odnosić sukcesy. I jesteś taki sam.

Dziękuję za uwagę.

Sadhu, sadhu, sadhu!

I przepraszam za dowcip o marchewce. Pod koniec każdej mowy mamy trzy pytania, ale kilka tygodni temu był tu facet, który siedział tutaj i przesłał swoje pytanie przez Indonezję, tak, że dostałem je na tablecie jako wiadomość z Indonezji, mimo, że tak naprawdę siedział tutaj, w tej sali. Bądźcie szczerzy.

Q: Pytanie od Chami z Melbourne w Australii: „kiedy dzieje się dużo złych rzeczy, jedna po drugiej, jak można czuć się silnym zamiast tracić nadzieję?”

AB: One się nie dzieją jedna po drugiej. Właśnie zadałaś dobre pytanie i słuchasz odpowiedzi. Stało się coś dobrego: dostaniesz odpowiedź na swoje pytanie. Przerwaliśmy złą passę. Prawda jest taka, że nawet jeśli wydaje nam się, że dzieją się same złe rzeczy, to jednak dzieje się też dużo dobrego. Dlaczego zwracamy uwagę tylko na to, co złe? Trzeba się nauczyć zmieniać swoją percepcję, a wtedy zauważamy, że tak, przydarzyło nam się dziś coś złego, ale również coś dobrego, ale my tylko pamiętamy to, co złe.

Jest taka stara historia o dwóch hodowcach kurczaków: jeden z nich idzie do kurnika żeby zebrać to co nazbierało się przez noc. Wchodzi i zbiera pełen koszyk gnoju. Jajka zostawia, żeby zgniły. Zabiera gnój do domu i wszystko zasmradza, rodzina jest na niego zła. Drugi hodowca idzie do kurnika i napełnia koszyk jajkami. Zostawia gnój w kurniku, żeby zgnił i można go było użyć jako nawozu. Jajka zabiera do domu, robi omlet dla swojej rodziny, a resztę jajek sprzedaje. To jest mądry hodowca. Morałem tej historii jest: kiedy myślisz o przeszłości, co wkładasz do koszyka i zabierasz ze sobą? Jeśli pamiętamy tylko to, co złe, to jesteśmy zbieraczami gnoju. Zostaw to co złe w przeszłości, żeby zgniło. Zbieraj jajka. Jest dużo pięknych rzeczy, które ci się przytrafiły. Włóż je do koszyka i zabierz do domu, zabierz je ze sobą do chwili obecnej. Niech gnój zostanie w przeszłości i zgnije. A wtedy zauważysz, że przytrafiło ci się wiele wspaniałych rzeczy, ale zostawiłeś je w przeszłości, zapominasz o nich. I tak dochodzi się do wniosku, że dzieją się tylko złe rzeczy. A tak nie jest. Piękne rzeczy również się dzieją. Pamiętaj o nich, a zachowasz równowagę w życiu, zatrzymasz wspaniałe jajka. Bo z kurzego gnoju nie da się zrobić omletu.

Q: Następne pytanie jest z Sri Lanki: „Jak może istnieć kamma, jeśli nie istnieje 'ja'?”

AB: Jeśli rozumiesz, że nie ma już „ja”, to jesteś poza kammą i osiągnęłaś oświecenie. Kamma cię po raz kolejny nie reinkarnuje. Ale jeśli rozumiesz, że jest „ja”, jeśli takie jest twoje postrzeganie i koncepcja tego, kim jesteś, to generujesz kammę i wskutek tego cierpisz. To nie tak, że „ja” istnieje albo nie; jeśli myślisz, postrzegasz i zachowujesz się tak, jakby „ja” istniało, to jest problem. Lucito ze Sri Lanki: jeśli postrzegasz swoje „ja”, jeśli nie jesteś w pełni oświecona, to podlegasz kammie. Jeśli jesteś w pełni oświecona, jeśli czujesz, że nie masz „ja”, nie masz co do tego wątpliwości, to jest doświadczenie, nie tylko filozofia, to jesteś poza kammą.

Q: Pytanie trzecie: Sadi z Nowej Zelandii: „Jestem artystą i straciłem pewność siebie w mojej pracy. Nie wiem jak ją odzyskać. Czy może mi pan pomóc? Dziękuję.”

AB: Wiele osób, szczególnie Sadi, zdobywa sławę po śmierci. Więc proszę, podaruj swoje prace klasztorowi mniszek w Perth. Potrzebujemy pieniędzy. Dlaczego czasem tracimy pewność siebie? Czasem patrzymy na własne prace i widzimy wszystkie błędy. Znowu, to dlatego, że myślimy, że te prace do nas należą. Tak jak mówiłem kilka tygodni temu: chodzę do klasztoru Bodhinyana, gdzie jestem opatem, i widzę wszystko, co można poprawić w tym klasztorze. Wy wrócicie dziś do domów i zobaczycie wszystko, co trzeba naprawić. Goście tego nie widzą. Widzą tylko piękne miejsce, którym jest ten dom. Mnich, który zarządza tym miejscem widzi wszystko, co trzeba naprawić. Ma całą listę rzeczy, które trzeba zrobić w czasie wyjazdów na medytacje: pomalować, wyremontować dach, zadbać o ogród. A czy wy widzicie co tu jest do zrobienia? Nie, bo jesteście gośćmi. Właściciele widzą wszystkie problemy. Więc jeśli jesteś właścicielem swojej sztuki, to nie będzie wystarczająco dobra. Będziesz widzieć wszystkie błędy. Ale jeśli jesteś gościem? Jeśli ktoś przychodzi obejrzeć twoje prace, i mówi: to piękne, naprawdę robi wrażenie, to wierz tej osobie, nie sobie samemu. Kiedy wystawiasz pracę i ludzie je podziwiają, to im należy wierzyć, nie sobie. Ty jesteś za blisko, ty jesteś właścicielem, nie widzisz piękna tych prac. Tak jak ja nie widziałem piękna w klasztorze Bodhinyana dopóki nie przestałem myśleć, że do mnie należy, i popatrzałem na niego jako gość. Nie widzisz w sobie piękna dopóki nie popatrzysz na siebie tak, jak inni na ciebie patrzą. Wtedy okazuje się, że nie jesteś taki zły.

Niektórzy mnisi, kiedy po raz pierwszy prowadzą mowy, nie mogą uwierzyć, że przychodzi aż tyle osób, żeby ich słuchać. To wspaniałe uczucie: wow, czyli posiadam mądrość, ludzie chcą mnie słuchać. Tak samo ze sztuką: wow, mogę malować, tworzyć dzieła, które ludzie chcą kupować. Tak zdobywa się pewność siebie: nie na podstawie tego, co sam myślisz o swojej twórczości, ale przez spojrzenie na nią oczami gościa. Dzięki temu czujesz się pewniej.

To niesamowite: ja widzę w was wszystkich piękno i dobro. A kiedy ludzie przychodzą i opowiadają o wszystkich swoich wadach, o tym, jak nie mogą znaleźć partnera, jak ich kariera się sypie, jak zainwestowali i stracili pieniądze, czują się ze sobą okropnie, to mówię im: „jesteś naprawdę w porządku, czym się martwisz?” Ja to widzę. Gdyby tylko oni też mogli to zobaczyć, to nie brakowałoby im pewności siebie.

Gdyby tylko Sadi, artysta z Nowej Zelandii, mógł zobaczyć swoją pracę tak jak ją widzą inni, czułby się pewniej i odkryłby, że jego sztuka jest piękna. Chodzi o to, żeby patrzeć na rzeczy z boku, a nie własnymi oczami. Bez oceny „siebie”. Wiele ludzi cię lubi, masz świetnych przyjaciół, dobrze się razem bawicie, więc zaakceptuj to zamiast myśleć „jestem do niczego, nic mi nie wychodzi”. Nieprawda. Wiele rzeczy ci wychodzi.

To były odpowiedzi na dzisiejsze pytania, mam nadzieję, że były pomocne; jeśli nie, to trudno, i tak nie mam oceny „siebie”. Jakieś pytania stąd? Chce wam dać szansę, żebyście nie musieli przesyłać pytań przez Arabię Saudyjską. OK, w takim razie dziękuję za wysłuchanie mowy o braku oceny „siebie”.

W niedzielę są zajęcia, ale poprowadzi je ktoś inny, medytacje również, bo ja muszę lecieć aż do Frankfurtu żeby uczyć medytacji. Ciężko być mnichem. Tak, w weekend jestem w Niemczech, bo tam też ludzie chcą medytować.

Nie będę miał bagażu, więc jeśli ktoś waży mniej niż 30 kg, może schować się w mojej walizce i lecieć za darmo do Europy. Ale niestety, jesteście za ciężcy. OK, teraz złożymy szacunek Buddzie, Dhammie i Sandze, a potem możemy wracać do swoich spraw.

Nadal śmieję się z tego dowcipu o marchewce.


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na tej stronie: https://www.youtube.com/watch?v=hXd09oGHD0I&index=74&list=UU6M_EhnSSdTG_SXUp6IAWmQ

Źródło: bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii