Tytuł: Pokochać cierpienie

O autorze: Ajahn Brahmavamso

Wersja pdf: pdf2.jpg

zobacz źródło

print

Wersja epub: epub2.jpg

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Niech wszyscy się poprzeciągają, podrapią, pokaszlą i rozgoszczą, i możemy zaczynać dzisiejszą mowę. W ostatni wtorek składałem wizytę w klasztorze benedyktyńskim – jeździmy tam co roku, i oni co roku przyjeżdżają do nas, porozmawiać o różnych mnisich sprawach – bo akurat w tym stanie są tylko dwa zgrupowania mnichów, więc się przyjaźnimy. Zawsze mamy jakiś temat przewodni, i tym razem była to kwestia tego, w jaki sposób adaptujemy się jako mnisi do różnych przykrości, niepokojów i rozczarowań, i w jaki sposób odnosimy się do tych doświadczeń w naszych praktykach i tradycjach.

Trudności w życiu to też jeden z głównych powodów, dla których ludzie przychodzą do świątyni – w życiu ciągle natrafiamy na przeszkody, zawody i cierpienia. Ludzie przychodzą do świątyń po darmową terapię – jak do szpitala. Ktoś powiedział, że to powszechne w krajach azjatyckich, że ludzie przychodzą do świątyni tylko, jeśli mają jakiś problem, i przez to kobiety w Tajlandii nie chcą już chodzić do świątyń, bo jeśli zobaczą to sąsiedzi, to pomyślą, że coś jest nie tak. A zazwyczaj chodzi o to, że czyjś mąż ma z kimś romans. Więc kobiety myślą, że jak tylko znajomi zobaczą, że wchodzą do świątyni, to powiedzą: „ojej, biedactwo, przykro mi, że twój mąż ma romans” – „jak to, romans??” – „no przecież właśnie byłaś w świątyni, czy nie dlatego tam poszłaś?” – „nie, po prostu chciałam złożyć ofiarę i poczuć się lepiej!”

Ale prawdą jest też, że ludzie słuchają porad mnichów dlatego, że buddyzm zna odpowiedzi na pytania związane z cierpieniem w życiu i pomaga wznieść się ponad nie. Trudno jednak uniknąć problemów w życiu i jedną z najważniejszych nauk jest to, żeby zacząć ich oczekiwać. To się zdarza. I to, co mnie bardzo dziwi, to to, że nawet ludzie, którzy żyją bardzo długo nadal tego nie rozumieją. Ciągle się spodziewają, że wszystko będzie szło według planu i że samoloty zawsze będą odlatywać o czasie.

Pojechałem wczoraj do Melbourne i wróciłem dzisiaj rano. Lubię takie jednorazowe przygody i wczoraj właśnie rozmawiałem z bardzo sympatyczną parą. No więc dziś rano oczywiście byłem zmęczony, a tu samolot spóźnił się o półtorej godziny. Czy to była dla mnie niespodzianka? Nie, spodziewałem się tego. W końcu to Qantas. [Australijska linia lotnicza] Spodziewałem się też, że będzie bardzo trzęsło, bo kiedy wyjeżdżałem, były burze – i rzeczywiście, bardzo trzęsło, ale tego też się spodziewałem. To przecież Quantas, a w końcu kangury skaczą w górę i w dół. [kangur jest elementem logo tej linii]

Jako że spodziewam się, że coś pójdzie nie tak – chociaż właściwie to nie oczekiwałem, że pójdą źle, raczej, że pójdą dobrze. Spodziewam się, że samolot może mieć opóźnienie, że mogą być turbulencje, że rzeczy mogą nie pójść zgodnie z planem – właściwie to jest mój plan: planuję, że rzeczy nie pójdą zgodnie z planem. Jeśli to rozumiecie, to wiecie co to znaczy uciec przed cierpieniem. Innymi słowy, musicie obniżyć swoje oczekiwania co do tego, co się dzieje w życiu. I robiąc ten mały krok możecie wyeliminować tyle bólu i rozczarowań. Bo, szczególnie w nowoczesnym świecie, mamy wielkie oczekiwania wobec siebie samych, wobec naszych partnerów, dzieci, a nawet wobec mnichów. I czasem dzwonicie i mówicie: „Ajahn Brahm, bardzo potrzebuję Twojej rady”. A ja mówię, że przykro mi, ale dziś nie mogę ci pomóc.

Jest taki buddyjski żart: ktoś przychodzi do mnicha i mówi: „czy może pan przyjść i odśpiewać jakieś modlitwy, bo chyba mam w domu ducha albo coś gorszego”. „Przykro mi, ale dziś nie mogę przyjść.” „Dlaczego nie??” „Bo jestem zajęty.” „A co robisz?” „Nic nie robię.” To właśnie powinni robić mnisi: uczyć przez dawanie przykładu. Jak to wygląda, jak ciągle biegam i coś załatwiam? Powinien otaczać mnie spokój i wyciszenie, i powinienem uczyć ludzi zwalniać rytm, nie robić tyle na raz i cieszyć się życiem bez stresu. A jeśli ja robię dokładnie odwrotnie to trochę niezręcznie wygląda.

No więc, ktoś dzwoni i mówi, żebym przyszedł do niego pozbyć się ducha, ja mówię, że nie mogę bo jestem zajęty. „A co robisz?” „Nic.” I ludzie to akceptują, bo tego właśnie oczekują, więc uchodzi mi to na sucho. Następnego dnia ktoś znowu dzwoni: „czy możesz przyjść, bo mam w domu ducha?” „Nie, jestem zajęty.” „Co robisz?” „Nic.” „Ale to samo robiłeś wczoraj.” „Tak, ale jeszcze nie skończyłem.”

O co tu chodzi? O to, że mnisi mają właśnie tacy być. I wy też macie tacy być, jeśli chcecie być dobrymi buddystami. Więc nauczcie się, jak nie robić nic i zrelaksujcie się, i niech otoczy was spokój.

I mimo, że po to zostałem mnichem, żeby żyć spokojnie i na luzie, to przecież w życiu wiele rzeczy nie idzie według planu. Kiedy zostałem mnichem te trzydzieści osiem lat temu – trzydzieści osiem? Tak, i piątego grudnia będzie kolejna rocznica. Mam trzydzieste ósme urodziny jako mnich w przyszłym tygodniu. Kiedy zaczynałem, w ogóle się nie spodziewałem, że będę tutaj siedział i przemawiał do ludzi. Myślałem, że będę w jakiejś jaskini. Nie spodziewałem się, że pojadę do Las Vegas, a trzy tygodnie temu pojechałem. Oczywiście, jako mnich nie mogę uprawiać hazardu, i nie bez powodu.

Jest taka historia, nie wiem czy ją wam opowiadałem, ale na pewno opowiadałem w klasztorze zanim pojechałem do Las Vegas, i ta historia tłumaczy, dlaczego nie mam zamiaru zbliżać się do kasyna, ani żadnych jednorękich bandytów. Pewna bardzo znana buddyjska mniszka, która prowadziła medytacje w Anglii; po skończeniu zajęć, pojechała na lotnisko Heathrow. Po drodze zatrzymali się, żeby coś zjeść, bo była pora lunchu. Zatrzymali się koło restauracji, która była obok pubu. Jeśli byliście kiedyś w Anglii to w wielu miejscach restauracje i puby są w jednym miejscu, więc trzeba przejść przez pub, żeby się dostać do restauracji.

Weszli do restauracji, zjedli lunch – a znam osobę, która opowiedziała mi tę historię i potwierdziła, że to się stało naprawdę – i miała na zbyciu kilka angielskich monet, więc postanowiła wrzucić je do jednorękiego bandyty, po prostu żeby się ich pozbyć. Bo i tak nie można wymienić w kantorze kilku drobnych monet; za sześć funtów trzeba by zapłacić dziesięć funtów prowizji, więc traci się na tym. No i wrzucała po kolei te monety, i akurat wrzuciła kolejną, kiedy ta mniszka wyszła z restauracji, więc powiedziała jej: „ty masz o wiele lepszą kammę niż ja. Ty pociągnij dźwignię.” I w jednej bezmyślnej chwili, bo tak czasem bywa, że ktoś cię o coś prosi i ty to spontanicznie robisz. I ona posłuchała. Buddyjska mniszka pociągnęła dźwignię. Mechanizm poszedł w ruch, a potem się zatrzymał. Jackpot. Znowu poszedł w ruch i znowu się zatrzymał. Jackpot. I znowu. Jackpot. Dzyń-dzyń-dzyń, i z maszyny zaczęły wylewać się pieniądze. A mnisi i mniszki nie powinny nawet tego dotykać! Nie mogła sobie poradzić z tymi pieniędzmi. Wygrała najwyższą pulę. Szczęściara? Nie do końca. W następnej chwili w pubie zapadła cisza. A potem barmanka wzięła mały dzwoneczek, zadzwoniła, i powiedziała mniszce, że jest taka zasada, której nie można złamać, że ktokolwiek wygra najwyższą pulę, musi postawić kolejkę wszystkim klientom. I był to pierwszy raz od dwóch tysięcy pięciuset lat, kiedy buddyjska mniszka musiała kupić whisky, piwo i gin z tonikiem dla wszystkich obecnych. I dlatego musimy bardzo uważać na hazard, bo inaczej możemy mieć kłopoty.

W każdym razie, nie myślałem, że będę jeździł w takie miejsca jak Las Vegas i uczył tam medytacji, i robił dużo ciekawych rzeczy, ale: życie jest pełne niespodzianek. I jeśli nie oczekujesz, że wszystko pójdzie zgodnie z twoim planem, to nie cierpisz tak bardzo. I to jest jedna z pierwszych rzeczy, których nas uczą. Rozmawiałem o tym z benedyktynami i zgodzili się, że nie trzeba ciągle planować, przecież nigdy nie wiemy, co się stanie. Nie planujemy co się z nami stanie po śmierci: czy pójdziemy do tego nieba czy do tamtego. Byłoby fajnie gdyby się okazało, że mamy wybór: możemy pójść do buddyjskiego nieba, albo do chrześcijańskiego, jak wolisz. Zawsze mamy jakiś wybór, więc może po śmierci możemy wybrać sobie niebo. Co się robi w buddyjskim niebie? Dobrze się bawimy, opowiadamy dowcipy, codziennie mowy Ajahn Brahma – chociaż może dla niektórych to piekło.

Jeśli nie masz zbyt wielu oczekiwań wobec przyszłości, możesz nauczyć się adaptować. Dzisiaj rano musiałem trochę poczekać na samolot. Nic nie szkodzi, znalazłem gazetę, mogę poczytać gazetę. Mogę rozwiązać sudoku – starzeję się, więc powinienem zacząć dbać o swój mózg, a podobno jeśli się go nie używa, to zanika, więc trzeba ćwiczyć umysł. Jeśli człowiek ciągle medytuje i jest wyciszony, to może umysł się wyłącza, a ty nawet tego nie zauważysz. Można się wyluzować i docenić to, co się akurat dzieje, porozmawiać z ludźmi, zamiast narzekać, że wszystko idzie nie tak. To stąd bierze się cierpienie: jeśli nie umiemy się przystosować do zmieniających się sytuacji w życiu. I dlatego jedną z pierwszych rzeczy, których musimy się nauczyć to to, że nie da się przewidzieć, co się stanie.

Nigdy też nie mówcie, że coś poszło nie tak. Nie lubię tego określenia. Jest taka historia, już wiele razy ją opowiadałem: kiedy chorujemy, idziemy do lekarza i co mówimy? „Coś jest ze mną nie tak, rozchorowałem się”. Mam nadzieję, że już się nauczyliście, żeby tak nie mówić. Zamiast tego mówcie: „wszystko w porządku, mam raka”. Czy to coś złego mieć raka? Czy to jest coś, co się robi celowo? Bo miało się za dużo stresu, bo nie odżywiało się zdrowo, bo się nie ćwiczyło? Nawet kiedy dostajemy raka, mamy wyrzuty sumienia. Oczywiście, że to nie nasza wina. Dobrzy ludzie też dostają raka, nawet mnisi chorują, a my jesteśmy dobrzy.

Pamiętam, jak pierwszy raz poważnie zachorowałem, i poszedłem do miejscowego lekarza, i siedziałem w poczekalni w przychodni i czekałem, aż mnie wywołają; czułem się naprawdę paskudnie, bo byłem bardzo chory. Do przychodni wszedł mój znajomy – ktoś kto chyba przychodzi na te mowy – popatrzał na mnie i powiedział: „nigdy bym się nie spodziewał cię tutaj zobaczyć”.

O rany, zobaczył mnie w burdelu, w pubie, albo w klubie nocnym? Czy nie mogę iść do przychodni? On odpowiedział: „nie, tylko myślałem, że prowadzisz zdrowy styl życia”. I nagle zrobiło mi się głupio, że jestem chory. Czyżby mnichom nie było wolno chorować? Nie. Nie ma nic złego w chorowaniu. Będę walczyć o prawa chorych – o ich prawo do chorowania. Nie ma w tym nic złego.

Tak samo z dziećmi, które zdawały egzaminy i niedługo dostaną wyniki: one mają prawo nie być inteligentne. Rodzice wsiadają na was, że macie za niskie oceny i nie dostaniecie się na uniwersytet. Nie, macie prawo być mniej zdolni, niech was nie dyskryminują na podstawie poziomu inteligencji. Nie ma już dyskryminacji ze względu na płeć, na kolor skóry, i właśnie rozprawiamy się dyskryminacją ze względu na wiek – żeby nie zwalniano ludzi, bo są za starzy; to by się przydało w Buddyjskim Towarzystwie, bo starzeję się i chętnie bym odpoczął, ale ciągle mnie tu trzymacie – i na pewno moje dowcipy bardzo się zestarzały, one już na pewno powinny przejść na emeryturę – ale w każdym razie, nadal mamy dyskryminację ze względu na poziom inteligencji. Jest przekonanie, że bardziej inteligentni ludzie są lepsi. Nie ma nic złego w byciu u dołu skali, a wręcz można dzięki temu mieć spokojniejsze życie.

Jest taki wiersz, który znajduje się w mojej książce, „Otwierając drzwi twojego serca”. Chciałbym przy okazji powiedzieć – już wielu osobom powiedziałem, nawet wysłałem e-mail do komitetu – ktoś znalazł w internecie zdjęcie Sarah Jessica Parker, tej z „Seksu w wielkim mieście”, na którym siedzi i czyta moją książkę w kawiarni gdzieś w Stanach. Więc jeśli podoba jej się moja książka, to mam nadzieję, że mam szansę na małą rólkę w kolejnym sezonie „Seksu w wielkim mieście” – to by było ciekawe: w jakiej roli mogliby obsadzić mnicha? Ale może nie powinienem się za dużo zastanawiać nad takimi rzeczami.

W każdym razie, to był krótki chiński wiersz; nie pamiętam teraz nazwiska autora, ale to był znany chiński intelektualista, a ten wiersz napisał, kiedy urodził mu się syn. Brzmiał mniej więcej tak:

Narodziny syna

Rodzice, kiedy rodzi wam się syn,
Życzycie mu, żeby był bystry
Ale inteligencja zrujnowała moje życie,
Więc mam nadzieję, że mój syn będzie głupi
I przeżyje życie spokojnie
A pod koniec zostanie ministrem w rządzie.

Bo inteligentni ludzie ciągle myślą i ciężko pracują, a przeciętne IQ często oznacza o wiele spokojniejsze życie niż bycie super inteligentnym i roztrząsanie wszystkiego. Więc jeśli dziecko nie radzi sobie dobrze w szkole to świetnie, dobra robota. Jedną z moich ulubionych historii o inteligencji to historia o jednym z moich ulubionych mnichów. To prawdziwa historia. Pewien mnich chodził do szkoły gdzieś w Tajlandii. Poszedł do pierwszej klasy i nie zdał. Wyobraźcie to sobie. Nie wiem jak ktokolwiek może nie zdać w pierwszej klasie. Może jeśli ktoś źle lepi z plasteliny, albo nie umie rysować kredkami. W każdym razie, nie zdał i kiedy wszyscy jego znajomi poszli do drugiej klasy, on musiał powtarzać pierwszą. I po kolejnym roku okazało się, że znowu nie może zdać do kolejnej klasy. Musiał znów powtarzać pierwszą klasę. Nie mieli wtedy szkół specjalnych, ale całe szczęście, ta historia ma szczęśliwe zakończenie. Jeśli nie dajesz sobie rady w szkole, a nie ma sensu zostawać farmerem, jeśli się nie odróżnia jednego woła od drugiego, więc ludzie stwierdzili, że jedyne co można zrobić, to wysłać go do klasztoru, żeby został mnichem. A w klasztorach mnisi mają trochę więcej czasu, i są bardzo współczujący; i był pewien opat, który miał mnóstwo cierpliwości i współczucia dla tego chłopca. Zaczął uczyć go recytacji, na przykład tej, która zaczyna się od „Namo tassa”; kazał mu powtarzać pierwsze słowo, potem drugie, ale wtedy chłopiec nie pamiętał już pierwszego. Nic nie zapamiętywał. I po dwóch czy trzech latach, opat się poddał, bo nie był w stanie nauczyć go niczego. Najgłupsze dziecko jakie widział.

Pozostało jedyne miejsce, gdzie mogli go wysłać, a był to klasztor w lesie, z którego ja przyjechałem. Ale nie, nie wszyscy leśni mnisi są tacy, ani mniszki. I kiedy wysłali go do klasztoru w lesie, gdzie uczą medytacji, powiedzieli mu, żeby po prostu skupił się na oddechu. Jego umysł był taki prosty, taki wolny od tych wszystkich myśli i idei. Nie miał żadnego problemu z tym, żeby się skupić na oddechu i mógł medytować godzinami. Wkrótce doznał oświecenia i został świetnym nauczycielem medytacji. Był za mało zdolny, żeby chodzić do szkoły, ale miał wspaniały umysł. Więc jeśli wasze dzieci przynoszą złe oceny z klasówek, przyślijcie je do mnie. Bo widać to świetny materiał na mnicha. Nie musisz cierpieć przez stereotyp, że inteligentni ludzie są lepsi od mało inteligentnych. Nie. Wszyscy są dobrzy. Prawa głupich!

Albo jeszcze: prawa brzydkich. Mamy społeczeństwo, w którym każdy musi być piękny. Biedne dziewczyny, ile wy musicie wydawać pieniędzy na włosy. Zgolcie je i już nigdy nie będziecie miały problemu z fryzurą. Bierzecie golarkę i szybko załatwiacie sprawę pod prysznicem, i po problemie. A jeśli musicie iść na jakąś imprezę, to kupcie kilka peruk w różnych kolorach, które możecie szybko założyć. Tak jest łatwiej. A peruki nawet nie trzeba myć, wystarczy ją wrzucić do pralki razem z ubraniami. Wielka oszczędność czasu.

Ok, wracając do praw brzydkich. Mówiłem to już kilka tygodni temu, i mówiłem to wczoraj: chłopcy, nigdy nie żeńcie się z piękną kobietą. Nie róbcie tego, bo inaczej będziecie zazdrośni przez resztę życia. Inni chłopcy będą na nią patrzeć, a wy będziecie się zastanawiać, czy z nią flirtują, czy się spotykają? Bo jest piękną kobietą. Ale jeśli ożenicie się z brzydką dziewczyną, to jesteście bezpieczni. Nie musicie się o nic martwić, i tak jest wasza. Brzydcy są super.

Na wszystko można spojrzeć z różnej perspektywy, i przestać cierpieć. Zresztą, co to znaczy piękno? Tyle razy przychodzą do mnie młode dziewczyny, które martwią się, bo myślą, że są brzydkie. Przyszła kiedyś do mnie pewna kobieta, i powiedziała, że jej nos jest za duży. No więc, jako że studiowałem nauki ścisłe, postanowiłem zmierzyć jej nos. Porównałem wyniki z nosami innych kobiet, które znam, i powiedziałem jej, że jej nos jest przeciętny. Nie jest za duży, nie jest za mały, nie jest brzydki – to po prostu nos. Nie podziałało. Bo jeśli się myśli, że ma się brzydki nos, to widzi się to za każdym razem, jak się na niego patrzy. Albo myślenie, że czyjeś włosy zawsze wyglądają brzydko. Nie myślcie w ten sposób, zwiększacie tylko cierpienie na świecie. Nasze reakcje, to w jaki sposób na coś patrzymy – to stąd pochodzi cierpienie. To nie wina życia. Nos to tylko nos, włosy to włosy, ludzie są ludźmi.

Dobrze jest zrozumieć co jest piękne, a co jest brzydkie, co jest zdrowe, a co chore, co jest mądre, a co głupie – ale wszystko zależy od tego, jak to wszystko oceniamy. Ten człowiek, który trzy razy oblewał pierwszą klasę podstawówki: on był niesamowicie mądry, ale inni mówili, że jest głupi. Ja mówię, że posiada wielką mądrość. Albo ci ludzie, którzy nie są atrakcyjni dla innych, są przepięknymi istotami ludzkimi. Nie są brzydcy. Dla mnie są piękni.

Czasem spotykamy znanych ludzi; nie mogę sobie przypomnieć nazwiska… chyba Lisa McLure, albo coś takiego. Jest taka celebrytka? Nieważne. Byłem w Sydney i prowadziłem zajęcia z medytacji. To chyba było w Double Bay. To była mała grupa; na końcu sali siedziała kobieta i przyglądała mi się z uśmiechem. Zastanawiałem się, kto to taki i czemu się tak uśmiecha. Trochę się zmartwiłem. A potem dowiedziałem się, że była na mnie zła, bo była sławną gwiazdą telewizji, a ja jej nie poznałem. To ją zdenerwowało: że nie wiedziałem, kim jest. W ten sposób można zobaczyć kto jest piękny, a kto jest brzydki. Dla mnie o pięknie decyduje to, w jaki sposób ktoś żyje i reaguje na różne sytuacje, ile ma w sobie życzliwości, spokoju wobec siebie, spokoju wobec życia i czy potrafi cieszyć się tym, co ma.

To jest sposób na pokonanie cierpienia w życiu. Przez to, w jaki sposób reagujemy na rzeczy. Rak nie jest zły – wszystko zależy, jak na niego reagujemy. Śmierć w rodzinie nie jest zła – wszystko zależy od naszego podejścia. Nawet trauma z dzieciństwa nie jest zła i wszystko zależy od tego, jak na nią patrzysz.

Jest też taka historia, którą również już opowiadałem – i to już akurat nie jest temat do żartów; czasami przychodzą do mnie kobiety, które zostały zgwałcone. Bardzo trudno jest znaleźć słowa, które mogą pomóc w takiej sytuacji. Po pierwsze dlatego, że jako mężczyzna nie doświadczyłem niczego podobnego i nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. Nie potrafię tego poczuć. Ale jest wiele innych bolesnych doświadczeń, które miałem w życiu. I zauważyłem, że powodem, dla którego terapia często nie działa, jest to, że próbujemy się pozbyć tego doświadczenia. Próbujemy sobie z tym poradzić w taki sposób, żeby to zniknęło z naszej przeszłości. Ale prawda jest taka, że nie możemy się od tego uwolnić. Nie możemy się tego pozbyć. Ale możemy to przemienić.

Więc zamiast próbować wyciąć takie doświadczenie jak guz, musimy znaleźć sposób na to, żeby je zaakceptować, odnaleźć w nim sens i znaleźć dla niego miejsce w sobie i zamienić je w coś pięknego. Jest ta historia, którą często powtarzam, o tym, co robimy z gnojem w naszym życiu; co robimy z ładunkiem ekskrementów. To nie nasza wina, ale czasem zdarza się, że wracamy do domu, a tu okazuje się, że tuż przed naszymi drzwiami ktoś zostawił całą ciężarówkę gnoju. Dwie ważne rzeczy na temat tego gnoju: numer jeden -nie zamawiałeś go. To nie twoja wina. Numer dwa - nikt nie widział momentu rozładowania, więc jeśli nie ma nikogo, kto by to zabrał, to musi zostać.

W życiu jest podobnie: zdarzają nam się czasem okropne rzeczy. Ale to nie nasza wina. I po drugie, nie możemy się tego pozbyć. Możesz teraz zrobić dwie rzeczy: powkładać ten gnój do kieszeni, do torby, za koszulę i do spodni, i nosić go ze sobą. Innymi słowy, śmierdzisz. I jeśli tak chodzisz z gnojem, to tracisz sporo przyjaciół, nawet ludzi, którym rzeczywiście zależało i którzy cię kochali. Jeśli ciągle wracasz do tych samych problemów to tak się dzieje; ludziom wystarczą ich własne problemy. I po jakimś czasie ludzie mają cię dosyć, bo zawsze mówisz ciągle o tych samych, negatywnych rzeczach. Nie tak należy się obchodzić z gnojem.

Z gnojem należy obchodzić się tak: wziąć taczkę i łopatę, wywieźć gnój do ogrodu i przekopać. W ten sposób transformujemy go, zamiast się go pozbywać. A co się dzieje z gnojem, kiedy zostawimy go w ogrodzie? Drzewa owocowe dają o wiele więcej owoców niż wcześniej. Są słodkie i soczyste. Masz tyle owoców, że możesz obdarować wszystkich znajomych i oni też się cieszą owocami twojej ciężkiej pracy. A kwiaty, które uprawiasz, rosną piękne i wonne dzięki nawozowi, którym jest ten gnój. Tymi kwiatami można udekorować kościół albo świątynię, dzięki czemu sprawiają radość innym ludziom. To ogród, który wyrasta z gnoju który dało ci życie.

To świetne porównanie, bo nie próbujesz się niczego pozbyć. Przetwarzasz rzeczy i włączasz je do całości. I wszystkie te doświadczenia, które przytrafiają się ludziom: aborcje, gwałty, przemoc – to nie powinno się nikomu przytrafiać. Ale się przytrafia. Co z tym zrobimy? Jedyne, co można zrobić to nie zamykać się na to, ale otworzyć się i zmienić to w jakiś sposób. Takie jest właśnie pełne znaczenie tych historii, które opowiadam, w kontekście cierpienia. Otwieranie drzwi serca. Wyrazem miłości jest powiedzieć komuś - córce, synowi: „w którąkolwiek stronę pójdziesz, cokolwiek zrobisz, pamiętaj, że drzwi mojego serca są zawsze dla ciebie otwarte”. Na tym polega bezwarunkowa miłość. Nieważne, co ktoś zrobił. Nawet, jeśli twój syn popełnił samobójstwo, nawet jeśli twoja córka oblała egzaminy, nawet jeśli twój przyjaciel cię zawiódł. Nadal cię kocham. Drzwi mojego serca są dla ciebie zawsze otwarte. Mówiłem też o tym, żeby otwierać te drzwi dla samego siebie. Kimkolwiek jesteś, cokolwiek zrobiłeś, otwórz dla siebie drzwi swojego serca. To oznacza też otwieranie tych drzwi dla przeszłości. Nawet jeśli jest bardzo bolesna i trudna.

Może w młodości musiałaś mieć aborcję. Może zrujnowałeś swój związek przez pójście do łóżka z kimś innym niż osoba, z którą byłeś. Może zrobiłeś coś strasznego. Ale zamiast to odrzucać, otwórz drzwi swojego serca i zaproś to do środka. To jest część ciebie.

Piękna rzecz się dzieje, kiedy otwieramy drzwi naszego serca: przestajemy oceniać te doświadczenia. Akceptujemy je i ból zaczyna znikać i transformować, nie w poczucie winy czy gniew, ale w rozwój, w mądrość. To piękna umiejętność: przyjąć coś, wybaczyć i nie pozwolić się temu powtórzyć.

Celem całego cierpienia w życiu, jego znaczeniem – bo musimy nadać mu znaczenie – jest to, że możemy się z niego uczyć. Uczyć się, rozwijać i kochać. A nie umiemy kochać jeśli życie wystarczająco nam nie dokopało. Często mówię młodym ludziom: jeśli nikt nie złamał ci serca, to nie rozumiesz na czym polega bycie w związku, na czym polega prawdziwa miłość i zaufanie. Jeśli ktoś zawiódł twoje zaufanie, to rozumiesz jak bardzo jest ważne i nie pozwolisz, żeby to się kiedykolwiek powtórzyło.

To po to jest cierpienie. Żebyśmy się uczyli i rozwijali. To nawóz dla naszego ogrodu. Wiem to z doświadczenia, bo znam ludzi, którzy przeszli przez rzeczy, od których dostaję gęsiej skórki. Ludzie ze Stowarzyszenia Ofiar Tortur i Traumatycznych Przeżyć. To, przez co przeszli ci ludzie – przez co jacyś inni ludzie przechodzą w tej chwili, zamknięci w jakichś ciemnych celach nie wiadomo gdzie – to, co oni przetrwali, jest niewiarygodne. Nie sądzę, żebym był w stanie przetrwać coś podobnego. Ale niesamowite jest to, jak o tym mówią i to, jakimi osobami się po tym stali.

Znam historie tybetańskich mnichów, którzy byli torturowani w chińskich więzieniach. Przeszli straszne rzeczy, ale nauczyli się współczuć tym, którzy ich torturowali. Jeśli to, czego chcesz, to zemsta i tak zwana „sprawiedliwość”, to chcesz po prostu torturować oprawców. Więzienia zawsze będą pełne. Ta koncepcja zemsty, sprawiedliwości w stylu „oko za oko, ząb za ząb” to coś, w co nigdy nie wierzyłem. To nie ma nic wspólnego z buddyzmem. Ta filozofia – „oko za oko, ząb za ząb” – to tylko więcej pracy dla okulistów i stomatologów; to nie likwiduje problemu.

Za to idea akceptacji, przyjęcia, uczenia się i wznoszenia ponad coś, użycia gnoju do uprawy ogródka – to o wiele lepsze podejście; to uczy nas jaki jest sens cierpienia. Jeśli jest tutaj ktoś, kto ma jakieś trudne doświadczenia z przeszłości, coś, co naprawdę boli; coś, co zostawiło blizny w waszym jestestwie – jeśli to odrzucicie to to się nigdy nie zagoi. Jeśli czujesz gniew i chcesz się na kimś odegrać, to nie ma drogi do przodu. To samo jeśli chodzi o złość na siebie samego, poczucie winy, poczucie, że jest z tobą coś nie tak – w ten sposób odrzucasz połowę samego siebie, trzymasz to gdzieś na zewnątrz. Zaproś to. Pokochaj wroga.

A kiedy to zapraszasz, dzieje się coś niezwykłego: zaproś ten gwałt. Zaproś do środka tortury. To ci się przytrafiło, to jest część ciebie. Zaprzeczanie temu, kim się jest, to jedno z największych źródeł cierpienia. Zaproś to, bądź z tym, nie bój się tego doświadczenia. To już nie boli. A możesz się dzięki temu rozwinąć i czegoś nauczyć.

Jedną z najbardziej poruszających historii usłyszałem będąc z Malezji. Poproszono mnie, żebym porozmawiał z kobietą, która była w strasznej rozsypce i nikomu nie udało się jej pomóc: ani lekarzom, ani psychologom, ani psychiatrom, więc ja byłem jedną z ostatnich nadziei dla tej kobiety.

Ani raz nie zapytałem, co przeszła, ani dlaczego chciała się ze mną spotkać. Nie przygotowywałem się, bo wiem, że jeśli chce się komuś pomóc, to im mniej się to planuje, im mniej się wie, tym lepiej, bo wtedy można rzeczywiście być z tą osobą, i naprawdę ją poznać, dzięki czemu lepiej wiemy, co robić.

Bo im więcej masz planów i oczekiwań, tym mniej widzisz prawdę. Jest takie powiedzonko: „nigdy nie pozwalaj, żeby wiedza stanęła na drodze prawdzie”. Więc gdybym wiedział co jej się przytrafiło, to zacząłbym o tym myśleć i straciłbym z oczu właściwy problem; powinno się zachować nieruchomy, spokojny, otwarty umysł, i tak zrobiłem z tą kobietą. Nie wiedziałem, kim była. Zapytałem, co się stało i usłyszałem przerażającą historię o tym, jak została brutalnie zgwałcona. Nie wiem, jak można w ogóle zrobić coś takiego drugiemu człowiekowi, ale takie rzeczy się dzieją. Kiedy skończyła opowiadać, mój umysł był tak nieruchomy, że pierwsze słowa, które wypowiedziałem, zszokowały mnie samego. To nie było coś, co przemyślałem. Kompletnie spontanicznie, powiedziałem: „miała pani wielkie szczęście, że została pani zgwałcona”. Najpierw byłem zaskoczony: „co ja w ogóle mówię?”. Ale przyjrzałem się temu i zrozumiałem. Powiedziałem jej: „ma pani niesamowitą siłę, całe pokłady, których nawet pani nie ruszyła. Znajdzie pani drogę przez to doświadczenie. A kiedy to się stanie, będzie pani mogła powiedzieć coś, czego ja nigdy nie powiem: będzie pani mogła być przy kimś, kto miał podobne doświadczenie, i powiedzieć: 'wiem, jak się czujesz'. To wspaniałe, móc to komuś powiedzieć. Móc im pokazać, że nie jest sama, bo ty też tego doświadczyłaś. Ja nie mogę tego powiedzieć. Będzie pani mogła otoczyć kogoś ramieniem – nie tylko tym fizycznym, ale tym duchowym – i powiedzieć: 'wiem, przez co przechodzisz'. Ale będzie pani mogła powiedzieć jeszcze więcej: że wie pani, jak stąd wyjść. Wie pani, jak wyjść z tego strasznego, bolesnego, ciemnego dołu. 'Weź moją rękę. Chodź.' I dlatego ma pani szczęście. Będzie pani mogła dawać, uzdrawiać, otaczać opieką i przynosić ulgę w bólu. Jest tyle innych kobiet. Ja nie byłbym w stanie dosięgnąć tego problemu, a pani tak. To jest sens tego doświadczenia. Przyjmij to doświadczenie i zmień je w ogród.”

I mam nadzieję, że to zrobiła. I to jest esencja tego, co chcę dziś powiedzieć o cierpieniu. Odrzuć je, odstaw, czuj się winny, czuj złość, a ono nie odejdzie. Będzie tylko generować więcej cierpienia i bólu w życiu. Przyjmij je. Nie mówię, że masz je polubić. Przyjmij je. Weź je na pokład. Otwórz na nie drzwi swojego serca. Niezależnie od tego, co zrobiłeś, otwórz drzwi, nie zamykaj ich. Dzięki temu zacznie się przeobrażać.

Nie mówię tego wszystkiego tylko teoretycznie, nie powtarzam tekstów z książek – znam to wszystko z doświadczenia, po latach prowadzenia zajęć i nauczania. Czuję w sercu, że to właśnie działa najlepiej i rzeczywiście tak jest.

Taki jest sens cierpienia i takie jest wyjście z niego. Po to jest: żebyśmy mogli zakładać ogrody. Istoty ludzkie są niesamowite. To twoja szansa, to dzieło twojego życia. Nikt w tym pomieszczeniu nie miał łatwego życia, wszyscy mieliście jakieś troski i przeszkody.

Kiedy umarł mój ojciec – a to bardzo uderza w szesnastolatka, bardzo go szanowałem; ojciec był moim mentorem i przewodnikiem, przekazał mi mnóstwo mądrości, podziwiałem go. A kiedy zmarł, musiałem się nauczyć, jak stworzyć z tego piękny ogród. I dlatego wymyśliłem to porównanie do koncertu: życie jest jak koncert, a kiedy koncert się kończy, nie płaczemy. Czujemy coś przyjemnego, czujemy, że to super, że byliśmy na tym koncercie, bo muzyka była wspaniała. Wiesz, że muzyka się skończyła, ale za nic nie chciałbyś przegapić tego koncertu.

Wszyscy ludzie, których znałem i kochałem, których byłem częścią życia, a którzy umarli – dziękuję, że byliście ze mną, że mnie znaliście, że przyjaźniliście się ze mną. Mamo, tato, wszyscy, których znałem, a którzy odeszli: dziękuję. Nie chciałbym tego przegapić.

I tego się właśnie nauczyłem po śmierci ojca: pójdę i założę własny ogród, i będę się dzielić jego kwiatami. Nie można tego zrobić, o ile się nie było w danej sytuacji i nie wie się o czym się mówi. Cały ból, wszystkie problemy i trudności: nie odrzucajcie ich. Nic nie poszło źle. Wszystko poszło dobrze. Dobrze, że ci się to przytrafiło – to bardzo mocne stwierdzenie. Nic nie jest nie tak. Wszystko w porządku. To się stało. Pozwól temu wejść. Jeśli przestaniesz to odrzucać, odkryjesz, że wtedy zaczyna się transformacja. Ogród rośnie.

Trzeba mieć dużo odwagi, żeby to zrobić. Ale nie ma innej drogi. Nie możesz nosić tego gnoju. Musisz zakopać go w ogrodzie, a wtedy staniesz się wspaniałą istotą. Ludzie pytają jaki jest sens życia. To jest sens życia: postęp. Nie tylko postępowanie starości albo głupoty. Kroczenie do przodu w sercu. Kiedy wiesz, jak iść do przodu, to wiesz, dlaczego przytrafiają nam się te rzeczy. I wtedy przyjmujemy do siebie ból.

To była dzisiejsza mowa. Mam nadzieję, że wam się podobało. Jeśli nie, jeśli uważacie, że to była bardzo zła mowa, proszę przyjmijcie to cierpienie.

OK, na pewno są jakieś pytania. Sadhu, sadhu, sadhu!

No dobrze, dziś mamy pytania z wielu miejsc na świecie: z Glasgow, z Queensland i z Singapuru. To dlatego tyle podróżuję po świecie: te mowy są oglądane w Internecie w tylu różnych miejscach i nie uwierzylibyście kto słucha tych nagrań – pewnie ludzie o których byście nie pomyśleli.

Pierwsze pytanie: Dan z Glasgow: „Mogę obniżyć oczekiwania wobec siebie, wobec innych i wobec życia w ogóle, ale to może negatywnie wpłynąć na to, co myślą o mnie inni i na to, jak mnie traktują. Jak mogę pomóc im zrozumieć?”

To łatwe: jak już kiedyś mówiłem, weź moją książkę, zostaw ją gdzieś w domu i powiedz rodzinie: „to moje, nie dotykać”. Żeby skłonić ludzi do słuchania albo czytania tych nauk, musisz użyć psychologii odwróconej. Powiedz im, że to książka zakazana. Że jest nieprzyzwoita. Erotyczna. Ludzi przyciąga to, co zabronione. Może powinniśmy mówić, że buddyzm jest erotyczny, albo że medytacja jest nielegalna – nagle stałyby się o wiele bardziej interesujące. Gdybyśmy zrobili tu dekorację jak w klubie, z migającymi światłami – ale tylko na zewnątrz. W środku byłoby tak samo, tylko na zewnątrz zmienilibyśmy wystrój, to może ściągnęłoby więcej ludzi.

To co może pomóc twoim znajomym i rodzinie zrozumieć, to fakt, że to wszystko naprawdę działa i sprawia, że jesteś szczęśliwszy, osiągasz większą równowagę, a nawet mniej chorujesz, bo jeśli psychika jest zdrowa, to ciało podąża za jej przykładem i też lepiej funkcjonuje. Więc to, jak żyjesz, zaczyna robić wrażenie na ludziach.

Kiedy jeden z moich mnichów, który pochodzi z Norwegii, przyjechał po raz pierwszy do Perth, żeby zostać wyświeconym na mnicha, jego rodzina była bardzo niezadowolona, nie rozumiała czemu chciał zostać mnichem – wcześniej robił karierę jako manager, był dobrze wykształcony – więc czemu chce zostać mnichem, na rany koguta?

I kiedy pojechał do domu, bo jego ojciec był bardzo chory, pokazał mi list od swojej matki: „możesz przyjechać do domu, ale proszę, załóż garnitur. Nie szaty. Będzie mi wstyd, jeśli mój syn pokaże się w głupich, brązowych szatach.” Poradziłem mu, żeby napisał do matki: „założę szaty albo przyjadę nago, wybieraj”. W końcu pojechał w szatach. Nie byli szczęśliwi, ale potem zmarł jego ojciec. Wtedy on wrócił, żeby zaopiekować się rodziną, poprowadził uroczystości pogrzebowe, zajął się wszystkim, a wtedy jego starszy brat, który był jednym z jego największych krytyków, napisał do mnie: „nie wiem, co zrobiliście z moim bratem, ale róbcie to dalej. Teraz doceniamy to, co robicie w tej Australii. Nie znam się na buddyzmie, ale najwyraźniej działa. Nasz brat się zmienił. Jest mądrym, silnym, współczującym człowiekiem i bardzo pomógł całej rodzinie. Dziękuję i w imieniu całej rodziny błogosławimy jego wybór, żeby zostać mnichem.”

To wspaniałe zobaczyć taką zmianę na przestrzeni kilku lat. Kiedy zobaczyli, co te nauki tak naprawdę robią, nabrali do nich wielkiego szacunku. Ostatnio jeden z mnichów poszedł do sklepu z artykułami motoryzacyjnymi kupić pokrycia na siedzenia. I w tym sklepie okazało się, że mieli nie tylko jego wcześniej zamówione pokrycia, ale też paczkę z jedzeniem dla klasztoru. Powiedział, że pracownicy tego sklepu to ostatni ludzie, po których spodziewałby się uduchowienia, ale nie, powiedzieli, że bardzo lubią mnichów i prosili, żeby przyjąć ich dar. Szacunek, który otrzymuje się od lokalnej społeczności w Australii to zupełnie co innego niż to, jak byliśmy odbierani na początku. Zwykli ludzie naprawdę nas szanują. Tak właśnie można wpłynąć na rodzinę i przyjaciół. Przez dawanie przykładu. Przez to, kim jesteś, jak się zachowujesz i jak praktykujesz. To robi o wiele większe wrażenie niż jakakolwiek książka, kiedy w czasie kryzysu otacza cię spokój.

Jest taki wiersz, który napisałem, będąc studentem:

Nietrudno się śmiać
Kiedy wszystko gra
Ale medal dostaje ten,
Kto się śmieje, patrząc w cień

To taki krótki, prosty wierszyk. Kiedy wszystko jest nie tak, potrafisz się śmiać? Kiedy spóźnia się samolot? Kiedy dostajesz raka? Jest taki mnich, mamy tu kilka jego książek w bibliotece; rozmawiałem z jego lekarzem w Kuala Lumpur i powiedział, że to jedyny człowiek, który się roześmiał, kiedy usłyszał, że jego rak jest nieuleczalny, że umrze. Czy wy byście tak umieli? Dostajecie wyniki biopsji, i lekarz mówi: „przykro mi, ale to nieuleczalne, nic nie możemy zrobić” – „hahaha”. Moglibyście się roześmiać? Nie fałszywie, ale szczerze? To jest człowiek godzien podziwu. I tak umrzemy, ale czy umiemy się z tego śmiać? To właśnie robi wrażenie na tylu ludziach.

Obniż oczekiwania wobec własnego życia i stań się bardziej spokojny, szczęśliwszy, bardziej zadowolony, bardziej uduchowiony. To naprawdę robi wrażenie. I to pomoże twoim znajomym cię zrozumieć.

Pytanie drugie, Jaya z Queensland: „Oczekuję od ludzi, że będą wobec mnie szczerzy, ale ciągle czuje się rozczarowana moim partnerem. To dla mnie duży stres, nie potrafię sobie poradzić z życiem w kłamstwie. Co mam zrobić?”

To mi przypomina o pewnej sytuacji na uniwersytecie w Malezji jakiś czas temu. Po skończeniu mowy, kobieta z widowni wstała, poprosiła o mikrofon i zadała takie pytanie:
„Dziś rano złapałam męża na kłamstwie. Okłamał mnie. Nie mogę mu już ufać. Czy powinnam wziąć rozwód?” Najpierw zadałem jej kilka pytań. Przede wszystkim: „co pani robi na tym uniwersytecie?” – „uczę matematyki”. „Jak długo jest pani po ślubie?” – „trzy lata”. Tutaj zobaczyłem jakąś szansę. Powiedziałem: „pomówmy o statystykach; uczy pani matematyki, ja też umiem liczyć, więc policzmy: trzy lata to około tysiąc dni. Tyle czasu spędziła pani w małżeństwie. Powiedzmy, że codziennie pani mąż mówił pani dwadzieścia rzeczy, które mogły być prawdziwe albo nie. Mogło być więcej, ale powiedzmy, że przekazywał pani dwadzieścia różnych informacji, prawdziwych albo nie. To daje dwadzieścia tysięcy wypowiedzi przez te trzy lata. Teraz po raz pierwszy skłamał. Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, to znaczy, że następnym razem jak otworzy usta, szansa, że powie prawdę, wynosi dwadzieścia tysięcy do jednego. Jak to, nie może pani mu ufać? Widzi pani różnicę, jeśli tak się na to spojrzy? Skupia się pani na kłamstwie, więc on staje się kłamcą i nie można mu ufać. A jeśli spojrzy pani na całość, to tak, skłamał, ale ile razy powiedział prawdę? Nie żyje pani tylko z kłamstwem, ale z wielką ilością prawdy plus jednym, dwoma, albo trzema kłamstwami. Nie wiem iloma dokładnie, ale nie burzy się ściany ze względu na dwie złe cegły. Nie niszczy się związku tylko dlatego, że partner nas parę razy zawiódł.”

Ile razy skłamałaś, Jaya? Jeśli powiesz, że nigdy, to to jest kolejne kłamstwo. Ludzie kłamią. Inna kwestia to dlaczego ludzie kłamią, szczególnie własnym partnerom? Nie mów: „kłamstwo jest złe, muszę wziąć rozwód”. Przyjmij to, zrób z tego część siebie, ucz się na tym. Dlaczego partner, albo mąż, kłamie? Powiem wam dlaczego: dlatego, że boi się powiedzieć prawdę. To stąd bierze się problem: boimy się mówić prawdę, więc kłamiemy. Przestańmy kłamać i ukrywać to, co czujemy i co zrobiliśmy. Usuńmy strach. Twój partner ma prawo powiedzieć coś, co jest przykre - jeśli tylko mówi prawdę i dostać amnestię. Mówcie to swoim dzieciom: „jeśli powiecie mamie albo tacie prawdę, to nieważne co zrobiliście, nie będziemy na was krzyczeć”.

Ostatnio kilka nastolatek przyszło do mnie i powiedziało: „jestem w ciąży, możesz powiedzieć mojemu tacie?” – „czemu sama mu nie powiesz?” – „bo mnie zabije jak się dowie”. Albo młody chłopak wpada w narkotyki w szkole: „proszę mi pomóc. Moi rodzice wpadną w szał, jeśli się dowiedzą, możesz im powiedzieć za mnie?”. „Czemu aż tak się boisz powiedzieć to rodzicom?” – „bo mnie zabiją”.

Oni się boją, a przecież w tych momentach najbardziej potrzebują swoich rodziców. Nic nie powiedzą, będą kłamać. Bo za często byli karani za prawdę. Boją się. Czy to nie smutne? Ludzie kłamią swoim partnerom, bo boją się konsekwencji mówienia prawdy. Bo to boli bardziej niż powiedzenie kłamstwa. Powinniśmy zmienić to równanie: jeśli powiesz prawdę, to nie będzie bolało.

Więc, Jaya, powiedz swojemu partnerowi: jeśli tylko powiesz prawdę, to nie będę się złościć, ani cię karać i zawsze da ci to więcej niż kłamstwo. A wtedy kłamstwa się skończą. Albo przynajmniej będzie ich mniej. Mówienie, że nie powinno się kłamać to strata czasu. Zamiast tego zachęcajmy do mówienia prawdy. Nie zakazujmy kłamstwa.

Victoria z Singapuru: „Ajahn Brahm, mam problem z uważnością. Mój umysł nie chce mnie słuchać i nie mogę znaleźć nic ciekawego, co by powstrzymało mój umysł przed odbieganiem myślami od rzeczy.”

To pytanie związane z medytacją; Victoria ma problem ze skupieniem umysłu. Zamiast medytować, umysł rozpierzcha się w różne strony, ale ona używa uważności jako sposobu na kontrolowanie umysłu, a jeśli chcemy coś kontrolować, to zawsze w końcu gdzieś odejdzie. Jest takie porównanie które pasuje do tego problemu z wędrującym umysłem. Można to porównać do koleżanki, która zaprasza cię na kawę i pyta czy masz wolne popołudnie. Odpowiadasz, że tak. Ona na to: „no to chodźmy na kawę. Ale nie pójdziemy do Starbucksa tylko do innej kawiarni, którą ja lubię. Nie do tej na przedmieściach, którą ty lubisz. A jak już tam pójdziemy, to nie będziesz pić i jeść tego co ty chcesz; żadnego latte, w którym jest mnóstwo mleka i tłuszczu. Będziesz pić cappuccino bo ja to lubię. I nie zjesz ciasteczka tylko muffinkę, bo ja lubię muffinki. I nie będziemy rozmawiać o buddyzmie, tylko o sporcie którym ja się interesuję. Posiedzimy tam dwie godziny, bo chcę tam być właśnie tyle i usiądziemy przy stoliku w kącie, bo ja lubię tam siedzieć.”

Gdyby ktoś tak się zachowywał, to jak byście zareagowali? „Oj, właśnie mi się przypomniało, że mam spotkanie, chyba jednak nie dam rady, bardzo mi przykro”. Czy tak się organizuje spotkania z przyjaciółmi? Przez mówienie im, co mają robić, gdzie iść i o czym mówić? Ale właśnie tak wiele osób kontroluje swoje umysły podczas medytacji: „medytujemy przez pół godziny, usiądź tu, nie tam, nie na krześle, usiądź na poduszce, bo ja chcę, żebyś siedział na poduszce, tylko mięczaki siedzą na krześle; wyprostuj się i pilnuj oddechu. Nie medytujemy tak jak ja chcę, nie tak jak ty chcesz, tak ma być i już” – taka obsesja na punkcie kontroli sprawia, że umysł ucieka na nasz widok. To właśnie robi wędrujący umysł. Miał takie złe doświadczenia, że jak tylko zaczynasz medytować, umysł ucieka w fantazję, w sen, gdziekolwiek, żeby tylko uciec.

Albo wyobraźcie sobie taką sytuację: dzwonicie do kogoś: „hej, masz wolne popołudnie?” – „…może”. „To chodźmy na kawę” – „wolałbym herbatę” – „OK, to chodźmy do herbaciarni. Do której chciałbyś iść? Jaką chcesz herbatę? Co byś chciał do herbaty? Zapłacę za ciebie. Na pewno chcesz iść właśnie tam? Gdzie chciałbyś usiąść? O czym chciałbyś porozmawiać? Pogadamy o czym tylko chcesz.” Spędzanie czasu z takimi znajomymi to przyjemność. I tak powinniśmy traktować nasz umysł. Wychodzisz ze znajomym, który okazuje ci troskę, interesuje go, o czym ty chcesz rozmawiać, interesuje się tobą. Z takimi znajomymi można spędzić mnóstwo czasu.

I jeśli traktujemy nasz umysł tak samo, jeśli potrafimy powiedzieć: „umyśle, co chcesz robić? Medytować, pomarzyć, iść spać? OK.” Jeśli traktujemy nasz umysł życzliwie, jak przyjaciela, nie niewolnika, to nasz umysł chce spędzać z nami czas. Umysł na nasz widok mówi: „o, to znowu Ajahn Brahm. Ostatnio miło spędziliśmy czas, więc tak, możemy posiedzieć pół godzinki, albo może dwie godziny, albo i pięć”. Tak to właśnie wygląda, siadasz i miło spędzasz czas ze swoim umysłem, więc nie chce uciekać.

Odwrotnie niż z wędrującym umysłem: chcesz go kontrolować, to umysł ucieknie. Ale jeśli jesteś życzliwy wobec swojego umysłu, wrażliwy na niego, to zostanie. To jest cały sekret: masz obsesję na punkcie kontroli, mówisz umysłowi, co ma robić, traktujesz go jak niewolnika, więc chce uciec. Jeśli potraktujesz go jak przyjaciela, z szacunkiem i miłością, to wtedy z tobą zostanie. Bo cię polubi.

To tyle jeśli chodzi o wędrujący umysł. Jakieś pytania z Perth, z Dhammaloka Buddhist Centre?

Wiecie co się kiedyś stało? Ktoś na spotkaniu miał Blackberry i wysyłał pytania, bo myślał, że nie będę odpowiadać na pytania z Perth, więc wysłał wiadomość podpisaną „Indonezja”, tak naprawdę wysłaną z widowni. Bo tylko tak mógł zadać pytanie.

Jakieś pytania z widowni? Czy chcecie iść oglądać fajerwerki? Dziękuję za uwagę. Teraz złożymy szacunek Buddzie, Dhammie i Sandze, a potem możemy iść oglądać fajerwerki.


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na tej stronie: https://www.youtube.com/watch?v=uo9-6qQ9tyI&list=UU6M_EhnSSdTG_SXUp6IAWmQ&index=65

Źródło: bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii