Wersja z lektorem:

Wersja z napisami:

KLIKNIJ TUTAJ - POSŁUCHAJ NA SOUNDCLOUDZIE

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Ludzie, którzy stoicie na zewnątrz w chłodzie, wejdźcie do środka, tutaj jest ciepło i przyjemnie. A jeśli tam wam lepiej, to możecie zostać – jak wolicie, ale wewnątrz jest wystarczająco dużo miejsca. Rozgośćcie się, a za minutę albo dwie rozpocznę dzisiejszą mowę. OK, większość ludzi weszła do środka, niektórzy nadal są na zewnątrz.

Moje mowy dotyczą zazwyczaj rozwiązywania różnych problemów w życiu. Dziś chciałbym spojrzeć na to z innej strony. Pamiętam pewną historię – ktoś mi ją opowiedział wiele lat temu – o kobiecie w Tajlandii, która przestała chodzić do świątyni. Na pytanie dlaczego, odpowiedziała: „No cóż, kobiety w Tajlandii chodzą do świątyni tylko wtedy, kiedy mają jakiś problem, więc jeśli moi znajomi zobaczą, że idę do świątyni, pomyślą, że coś jest nie tak. Ludzie zazwyczaj mają problemy w związkach, więc znajomi pomyślą, że mam problem z mężem. Jeśli pójdę do świątyni, ludzie mogą to opacznie zrozumieć”. Ileż to razy ludzie odwiedzają świątynie, myśląc, że po prostu rozwiążą jakiś swój problem? Czy to jest jedyny powód, żeby przyjść do świątyni? Czy chodzi tylko o to, żeby poradzić sobie z trudnościami w życiu? Jest coś jeszcze i dlatego temat dzisiejszej mowy jest zaczerpnięty z konstytucji Stanów Zjednoczonych – nie z drugiej poprawki, tej dotyczącej prawa do posiadania broni, nie – chodzi o poszukiwanie szczęścia, zamiast uciekania przed cierpieniem.

Jest taka historia, którą często opowiadam, bo ma dużą moc, to historia o kimś, kogo spotkałem w singapurskim Instytucie Zdrowia Psychicznego. To profesor, który jest szefem na oddziale schizofrenii. Kiedy zapytałem go, w jaki sposób leczy schizofrenię, odpowiedział: „Nie leczę już schizofrenii” – a to był ordynator oddziału! Zapytałem: „To, co robisz?”, a on powiedział: „Zgodnie z tym, czego nas uczyłeś, leczę inną część pacjenta, tę, która nie ma schizofrenii”. Jeśli to rozumiecie, to zrozumiecie dzisiejszą mowę. Nie będzie o leczeniu problemów, które mamy w życiu. Będzie o leczeniu innej części życia. Szczęśliwej części. W ogrodzie można albo wyrywać chwasty, albo po prostu zasadzić więcej kwiatów. Jak wolisz uprawiać swój piękny ogród? A co do wyrywania chwastów, to jeśli ma się wielką świątynię na kilkaset akrów, to jest to ogromny teren, ale wtedy można zasadzić kwiaty, jest to świetne zajęcie i działa. Ten profesor, kiedy go zapytałem, jakie ma wyniki, odpowiedział: „O wiele lepsze niż w leczeniu konwencjonalnym”. To naprawdę działa.

Dlatego dziś nie będę mówił o problemach w życiu, o niepokojach, lękach i o wszystkich okropnych rzeczach, które przytrafiły wam się w życiu. Dziś będę mówił o tej drugiej stronie życia: o podążaniu za szczęściem i o zachwycaniu się światem. Jest taka stara historia, której chyba nie opowiadałem od lat. Mówi o otwieraniu drzwi swojego serca, ale nikt z was chyba nie będzie jej pamiętał, bo to bardzo stara historia.

Pamiętam, jak w młodości próbowałem znaleźć cel i sens życia. Miałem szczęście, mimo że pochodziłem z biednej rodziny. Wtedy było więcej czasu, nawet jeśli trzeba było chodzić do szkoły. Zawsze dobrze sobie radziłem w szkole, wcześnie odrabiałem pracę domową. W wakacje było dużo czasu. Kiedy nie byłem zajęty zabawą i rozrywką, spędzałem czas na zastanawianiu się, co chcę robić w życiu, szczególnie, gdy byłem na studiach. Miałem wtedy mnóstwo czasu.

Dużo tego czasu spędzałem na wyjazdach do północno-zachodniej Szkocji, gdzie znajdowały się najbliższe dzikie tereny. Zabierałem ze sobą namiot, kuchenkę turystyczną i przez kilka dni zostawałem w górach. Po prostu cieszyłem się tą piękną samotnością i spokojem. Pamiętam, jak pewnego dnia, właśnie na północnym-zachodzie Szkocji, szedłem drogą tuż nad brzegiem morza i był to jeden z tych cudownych letnich dni w Szkocji. Było ciepło, niebo było idealnie niebieskie, a ocean wyglądał wspaniale. Była to ta część wybrzeża, gdzie jest mnóstwo małych wysepek, rozsypanych aż po horyzont. To był absolutnie doskonały moment i cieszyłem się każdą sekundą tego doświadczenia. Chłonąłem tę chwilę. Był piękny dzień bez chmur i bez deszczu. Nie miałem nic konkretnego do zrobienia, więc szedłem beztrosko przed siebie, idealnie szczęśliwy. Aż do chwili, gdy zobaczyłem samochód zaparkowany na poboczu. A droga była naprawdę pusta, czasem tylko pojawiał się mieszkaniec, którejś z okolicznych wiosek. Zobaczyłem ten samochód i moją pierwszą myślą było, że ten ktoś pewnie też podróżuje i postanowił się zatrzymać, żeby podziwiać widoki. Ale kiedy podszedłem bliżej i zajrzałem do środka przez okno, wiecie, co zobaczyłem? Faceta czytającego gazetę. Pomyślałem: „Co ty do diaska robisz, czytasz gazetę?? Kiedy tuż obok jest tyle piękna, spokoju, życia i szczęścia!”. Co on czytał? Czytał o wojnach. Czytał o recesji w gospodarce. Czytał o korupcji w rządzie. Czytał o przegranej swojej drużyny piłkarskiej. O tym czytamy w gazetach. A tuż po drugiej stronie tej gazety, może kilka milimetrów dalej, była piękna, cicha, spokojna, pyszna przyroda w pełnej krasie. Pamiętam, że pomyślałem, że powinienem wziąć nożyczki, wkraść się do jego samochodu i wyciąć dziurę w gazecie, tak żeby zobaczył, co się dzieje po drugiej stronie tych artykułów o wadach świata i błędach, i żeby zamiast tego spojrzał na piękno. Nie, żeby zobaczyć, co jest nie tak – to było w gazecie – ale żeby zobaczyć szczęście po drugiej stronie. I to stało się dla mnie świetną metaforą tego, czym jest życie.

Dlaczego czytamy gazety i wypełniamy swoje umysły problemami świata? Muszę przyznać, że kiedy sam czytam gazetę – zapytajcie mnichów, to potwierdzą, bo widzieli – to zawsze zaczynam od komiksów. Zawsze. Zaczynam od tej wesołej części, bo czemu nie? Podążając za szczęściem, dostrzegamy, że wokół jest tyle piękna, ale w naszej naturze leży skupianie się tylko na problemach, na schizofrenii świata zamiast na tej drugiej stronie, na podążaniu za szczęściem w życiu, za jego pięknem. Wokół było tyle piękna, a ten facet był zajęty czytaniem gazety. I pomyślałem sobie: „Co za marnotrawienie życia”.

W naszym życiu jest podobnie. Każdy ma problemy, każdy przechodzi trudne chwile. Ja też mam problemy i trudne chwile: muszę prowadzić świątynię, pomagać mniszkom w projekcie budowlanym, muszę wymyślić jakiś sposób na to, żeby ściągnąć ludzi z Towarzystwa Buddyjskiego Zachodniej Australii na kolację 22 lipca połączoną ze zbiórką funduszy, a to trudne zadanie. Zostało nam 9 stołów i tylko 160 dolarów. Fotoradar zrobił zdjęcie komuś z naszej świątyni w Perth, dzisiaj przyszło pismo, że ma zapłacić 300 dolarów, więc te 160 dolarów to wcale nie tak dużo. Pomyślcie tylko, mogłaby was złapać taka kamera i musielibyście zapłacić mandat. Zamiast tego możecie przyjść na naszą kolację, która jest za… za ile tygodni… za 6 – wesprzyjcie dobrą sprawę.

Więc, jak widzicie, ja też mam swoje problemy. To była ukryta reklama w dzisiejszej mowie. Aha, bilety możecie później kupić w recepcji, zapraszam. Jeśli ktoś ma dziś urodziny, można mu kupić bilet w prezencie. Jeśli ktoś ma rocznicę ślubu, można kupić bilet. Nawet jeśli to czyjaś rocznica rozwodu – czemu ludzie nie świętują rozwodów? Często przychodzą do świątyni, gdy mają urodziny, żeby świętować, przynosząc jedzenie dla mnichów i mniszek, zostawiając datki, tak samo robią w rocznicę ślubu. Czemu nie przyjść też w rocznicę rozwodu? „Ach, nareszcie wolność!”. No nic, może trochę za daleko się posuwam. Nie jestem romantykiem. W każdym razie ja też mam problemy i obowiązki, ale nie trzeba się skupiać tylko na tym, trzeba się skupiać na pięknie życia. Bo tam, w Szkocji, było tyle spokoju i szczęścia, wędrowałem sobie i wokół nic się nie działo. I pamiętam, że próbowałem rozgryźć sens życia. Tam, w tej ciszy, mogłem medytować, mogłem się zastanawiać, co zrobię z życiem, jaką ścieżką pójdę. Miałem tyle pomysłów, co robić w życiu. Pracować nad własnym szczęściem, ale też dawać szczęście innym. Przynajmniej pod tym względem się nie pomyliłem. Bo nie chodziło mi o to, żeby rozwiązywać problemy świata – to jest negatywność, to jest wyrywanie chwastów. Nie chciałem rozwiązywać problemów. Chciałem sadzić kwiaty, przynosić światu szczęście.

Te dwie rzeczy są zupełnie różne. Jeśli zaczynasz rozwiązywać problemy świata, one się nie kończą. To niewykonalne. Możesz próbować, ale tego się nie da zrobić. Wypalisz się. Wiecie, skąd się bierze wypalenie? Wiele osób tego doświadcza. Pracują ciężko w klinikach, próbując leczyć ludzi uzależnionych od narkotyków albo ludzi z zaburzeniami psychicznymi, ale leczą tylko chorobę, a nie tę drugą część człowieka. Dzień w dzień skupiamy się na negatywnych rzeczach i dlatego po jakimś czasie przychodzi wypalenie. Wiecie, dlaczego ludzie się wypalają? Bo skupiają się tylko na problemach, negatywności i błędach, choćby tylko przez codzienne czytanie prasy. Tymczasem po drugiej stronie tej gazety, tak blisko, jest tyle piękna, radości i szczęścia. Więc może znajdźmy inny sposób na życie? Zamiast rozwiązywać problemy świata, spróbuj stworzyć trochę szczęścia. Stwórz trochę radości.

Był taki świetny lekarz, Patch Adams. Nie wiem, czy był dobrym lekarzem, czy umiał dobrze leczyć choroby, ale był naprawdę znakomitym komikiem i wiedział, jak rozśmieszyć ludzi. Właśnie dlatego, chociaż nie jestem pewien, czy jestem dobrym mnichem, ale z pewnością rozśmieszam ludzi. Przynajmniej czasami. Zazwyczaj jęczą. Ale to tak naprawdę to samo. Ale, widzicie, dzięki dodaniu radości, dodaniu piękna, dodaniu szczęścia, ludzie czasem zapominają o problemach, trudnościach i chorobach, i raku, i bólu i po prostu się śmieją, i widzą to piękno, widzą to szczęście, widzą radość w świecie. Więc zamiast rozwiązywać problemy świata, stwórzmy więcej radości. Podążajmy za szczęściem. I to nie tylko, jeśli chodzi o innych – o nas samych również! Ile razy patrzymy na siebie i widzimy tylko wady i to, co trzeba naprawić? Wszystkie pomyłki, wszystko to, co poszło nie tak w życiu, co idzie nie tak teraz i na pewno później też pójdzie nie tak. Jeśli skupiamy się na tym, to zawsze widzimy tylko problemy, problemy i problemy w życiu, co jest jednym z powodów, dla których większość ludzi tutaj przychodzi.

A jeśli nie patrzysz na te rzeczy, ale na coś innego, jeśli patrzysz na piękno, które jest tuż-tuż, to okazuje się, że 2 milimetry od ciebie, po drugiej stronie gazety roztacza się przepiękny świat. Jest tak blisko. Musisz tylko zmienić nastawienie. Spojrzeć trochę głębiej, tylko trochę. A kultywowanie zachwytu, piękna i szczęścia nie jest aż takie trudne. Tak, ja też mam te wszystkie problemy, tak, czasami udaje mi się rozwiązać problemy innych ludzi. Ludzie przychodzą i mówią: „Dziękuję, Ajahn Brahm, uratowałeś mi życie, dziękuję, Ajahn Brahm, bla, bla, bla”. Ale tu chodzi o coś więcej, nie tylko o utrzymywanie ludzi i ich związków przy życiu. Chodzi o to, żeby wytworzyć radość i szczęście w życiu. Tę beztroskę i umiejętność dostrzeżenia w tej osobie, z którą postanowiło się żyć, to, co się widziało, kiedy się w niej zakochałeś. To nie jest romantyczne. To po prostu prawda. W ludziach jest niesamowite piękno. Trzeba go tylko poszukać.

Jest tyle piękna w tych więźniach, którzy codziennie przychodzą pracować w świątyni. Albo gorzej – lepiej! – w tych ludziach, którym nie wolno wyjść poza mury więzienia. Widać w nich tyle piękna, czystości i dobra. Kiedy ktoś to dostrzega, oni też to widzą. Kiedy oni to widzą, to rośnie, a wtedy się zmieniają. Uświadamiają sobie, że nie są już tak złymi ludźmi. Tak jak ty. Nie jesteś złym człowiekiem. Czasem trudno rozmawiać o tym z ludźmi, szczególnie z tymi, którzy doznali jakichś krzywd, którzy skrzywdzili siebie sami albo którzy zostali skrzywdzeni przez innych, albo przez życie, z ludźmi, którym było trudno. Tak, bywało ci ciężko, ale bywało też dobrze. Dlaczego tak się koncentrujesz na trudnych chwilach i problemach? Ze wszystkiego, co ci się przytrafiło w tym tygodniu, dlaczego pamiętasz tylko to, co złe? Pamiętacie historię, którą opowiadałem w zeszłym tygodniu, o dwóch hodowcach kurczaków? Jeden zbierał odchody, drugi zbierał jajka, i obaj zanieśli do domu to, co uzbierali. Który z nich był mądrzejszy? Czy ty, gdy pójdziesz do kurnika, zbierasz do koszyka śmierdzące odchody czy jajka?

Kiedy patrzysz wstecz, kiedy spoglądasz na te minione tygodnie, to widzisz, że co ci się przytrafiło? Co pamiętasz? Co włożyłeś do tego koszyka zwanego pamięcią i co dotrwało do chwili obecnej? Zbierasz odchody czy jajka? Kiedy opowiadam ludziom tę historię, wszyscy przyznają, że zbierają odchody, a nie jajka – to jest właśnie problem z naszym światem. A kiedy zbierasz jajka, patrzysz w przeszłość i myślisz o wszystkich cudownych, pięknych, wspaniałych rzeczach, które cię spotkały. Jesteś kimś, kto szuka szczęścia, a nie problemów i porażek – bo można też tego szukać. Szukaj szczęścia, którego doświadczyłeś, i pozwól, żeby ból, trudności, rozczarowania, błędy i wady zniknęły. Dlaczego nie? To tylko trening. To tylko inny sposób patrzenia na życie, polegający na tym, że zamiast wyrywać chwasty, sadzisz kwiaty i widzisz, że jest inna możliwość, a jest nią poszukiwanie szczęścia. Nie trzeba poszukiwać błędów, bólu i trudności. Poszukujemy tego w naszej przeszłości i w naszej przyszłości. I w teraźniejszości, w nas samych i w ludziach, z którymi żyjemy. To niesamowite, że mówi się, że ludzie się nie zmieniają. Właśnie, że tak, człowiek może się zmienić. A jeśli kogoś zmieniasz, to tak samo zmieniasz samego siebie. To poszukiwanie szczęścia wewnątrz.

Zawsze próbowałem znaleźć sens życia przez rozmyślanie nad nim, ale uświadomiłem sobie, że robiłem to samo, co ten facet z gazetą: czytałem tylko gazetę, a tymczasem to całe piękno i cisza trwały wewnątrz mnie. Wyobrażałem sobie sens życia jako coś w rodzaju osiągnięcia, które przyjdzie w przyszłości. Zostanę wielkim mnichem i pomogę całemu światu. Nawet dziś rozmawiałem z kimś o tym, że tak, mogę zostać przywódcą duchowym Towarzystwa Buddyjskiego Zachodniej Australii, a potem jeszcze dyktatorem duchowym Towarzystwa Buddyjskiego Zachodniej Australii, potem dyktatorem duchowym Towarzystwa Buddyjskiego Południowej Australii, a potem Nowej Południowej Walii, a potem całej Australii, potem jeszcze Nowej Zelandii, a potem całego świata!

Ludzie tak myślą: że mogą uleczyć cały świat. To głupota i zadufanie w sobie. Wtedy, jako młody człowiek, zatrzymałem się. Zamiast marzyć o tym, gdzie dotrę i co osiągnę w życiu, zatrzymałem się. I zdałem sobie sprawę, że znajduję się w pięknej części świata i próbuję śnić o jakimś przyszłym życiu, a w międzyczasie przegapiam cudowną ciszę i harmonię miejsca, w którym właśnie jestem. To jest problem. Zawsze wydaje nam się, że nasze życiowe cele są gdzieś w przyszłości. Gdzieś, dokąd dostaniemy się, jeśli pozdajemy egzaminy, spłacimy kredyt, zbudujemy świątynię dla mnichów – myślimy, że kiedy to nam się uda, to będziemy szczęśliwi. Kiedy tylko to i to skończę, będę szczęśliwy. Mnie udało się to zauważyć, kiedy byłem jeszcze młody, ale wielu ludziom nadal się nie udało.

Zrozumiałem to, gdy zdawałem egzaminy w szkole w Wielkiej Brytanii. Mają tam poziom O i A, w Singapurze i Malezji też są takie egzaminy, także w Hongkongu. Egzamin na poziomie O zdaje się w wieku 16 lat, ja zdawałem trochę wcześniej. Moi rodzice i nauczyciele powiedzieli, że to ważne, żebym je zdał, bo wtedy poradzę sobie w życiu, będę szczęśliwy. W tamtych czasach lubiłem grać w piłkę. Nie zdawałem sobie sprawy, ile zarabiają piłkarze, a mogłem zostać piłkarzem, bo byłem dość dobry. Ale oni mówili: „Nie graj w piłkę, zostań w domu. Odrabiaj prace domowe, bo jeśli będziesz odrabiał, jeśli będziesz się uczyć i nie będziesz marnować tyle czasu na spotkania ze znajomymi, to zdasz egzaminy i będziesz szczęśliwy”. Posłuchałem ich i dobrze mi poszło. A wiecie, co się dzieje, gdy zdacie egzamin? Za jakiś czas musicie zdać następny. Po 2 latach zdałem następny egzamin, na poziomie A. Ten był naprawdę ważny: „Jeśli zdasz, możesz iść na uniwersytet, a jeśli dostaniesz się na uniwersytet, to jesteś ustawiony na całe życie! Będziesz szczęśliwy!”. W tamtym czasie, muszę przyznać, nie interesowałem się już piłką. Interesowałem się dziewczynami. W tym wieku to normalne. No a moi rodzice i nauczyciele mówili: „Przestań gonić za dziewczynami, przestań chodzić na imprezy, zostań w domu, odrabiaj prace domowe, zdaj dobrze egzamin, dostań się na uniwersytet”. I tak zrobiłem, zdałem i dostałem się na uniwersytet. Więcej egzaminów. Ale oni powiedzieli: „To taki duży uniwersytet, jak dostaniesz dyplom tej uczelni, to już do końca życia będziesz szczęśliwy!”. Tak, i w tym momencie – jak pisałem w mojej książce – zacząłem coś podejrzewać. Czy wy jeszcze nic nie podejrzewacie? „Kiedy spłacę kredyt, będę szczęśliwy. Kiedy odejdę na emeryturę, będę szczęśliwy. Kiedy dzieci wyprowadzą się z domu, będę szczęśliwy. Kiedy urodzę dziecko, będę szczęśliwa. Kiedy spotkam miłość swojego życia, będę szczęśliwy”. Nie widzicie, że dla wielu ludzi, to właśnie sens życia?

„Kiedy wygram na loterii, będę szczęśliwy” – dajcie spokój, nie ma szans. Tak naprawdę, to leży u podstaw większości głównych religii – na szczęście buddyzmu nie – ludzie chodzą do kościoła, niektórzy przychodzą tutaj. Dają datki, gromadzą zasługi. Wiecie dlaczego? Bo myślą tak: „Jeśli pójdę do kościoła, meczetu, będę dobrym człowiekiem, dam datki, to po śmierci będę szczęśliwy”. Teraz widzicie, do czego sprowadza się religia: „Będę szczęśliwy, kiedy umrę”. To tak jak z pójściem na uniwersytet, widziałem ludzi, którzy mieli dyplomy. Nie byli szczęśliwi! Ciężko pracowali. Widziałem ludzi, którzy wzięli z kimś ślub, oni zdecydowanie nie byli szczęśliwi. Widziałem ludzi, którzy przeszli na emeryturę: czy byli szczęśliwi? Ciągle tylko narzekali: „Oj, tu mnie boli, muszę iść na operację, mów głośniej, nic nie słyszę” – wcale nie byli szczęśliwi. Czyli tak ma to wyglądać, umierasz i idziesz do nieba, i wtedy jesteś szczęśliwy. Pokażcie mi jakiś dowód! Naprawdę wtedy zacząłem wątpić. Nie miałem więc zamiaru ścigać szczęścia w przyszłości. To był mit.

A widzieliście reklamy w telewizji? „Jeśli kupisz ten proszek, to twoje ubrania będą takie białe, że staniesz się popularny wśród wszystkich znajomych!”. „Jeśli kupisz ten samochód, to nagle pojawią się wokół ciebie piękne kobiety. Wtedy będziesz szczęśliwy”. Tak mówią reklamy: jeśli zrobię to, kupię tamto, to osiągnę szczęście. Czy to działa? Ile razy próbowaliście osiągnąć szczęście w ten sposób? Tyle lat spędziliście ciężko pracując, myśląc, że jeśli się wzbogacicie, to będziecie szczęśliwi, kiedy dostaniecie awans, będziecie szczęśliwi… Chyba nie. Już dawno powinniście zacząć coś podejrzewać, tak jak ja. Przynajmniej teraz zacznijcie. Poszukiwać szczęścia nie należy w przyszłości. Uświadomcie to sobie, tak jak ja w tych górach. Te wszystkie cele i osiągnięcia: kiedy zrobię to wszystko, będę szczęśliwy. Kiedy uratuję wszystkich ludzi, kiedy wybuduję dużą świątynię, kiedy skończymy świątynię dla mniszek, kiedy przejdę na emeryturę.

À propos, ostatnio papież przeszedł na emeryturę i to mi dało nadzieję, że kiedyś ja też będę mógł. On przestał pracować w wieku 85 lat, to za późno. Proszę, miejcie litość, przechodźcie na emeryturę trochę wcześniej, żebym ja też mógł. Kilka osób już mnie pytało, czy mnich może przejść na emeryturę. Czemu nie? W Australii wiek emerytalny to chyba 65 lat? Super, mam jeszcze tylko 3 lata! Ale wy mi nie pozwolicie, co? To tak nie działa. Na starość ludzie niedołężnieją i wtedy mogą przestać pracować. Ale jeśli mnich niedołężnieje, ludzie myślą, że to mądrość. I zaczynają go czcić. Jeśli nie pamiętasz ich imion, podziwiają: „Co za wielki człowiek, nie pamięta imion, widać uwolnił się od rzeczy doczesnych”. To znaczy, że osiągnął pokój. Nie zajmuje się przeszłością, bo jej nie pamięta. To chyba Noel Coward napisał piosenkę „Życie zaczyna się po czterdziestce”. Napisał to wiele lat temu, a ludzie nadal powtarzają, że życie zaczyna się po czterdziestce. Niektórzy mówią, że pięćdziesiątka to nowa czterdziestka, i mają mnóstwo innych wymówek, ale ja wiem, że dla duchownych, dla mnicha albo mniszki, życie zaczyna się po siedemdziesiątce. Dopiero wtedy zaczyna się w to wszystko wkręcać, wtedy staje się czcigodnym i zdobywa sławę. Czyli zostało mi jeszcze kilka lat anonimowości, a potem będę miał kłopoty.

O czym to ja mówiłem? A tak, Szkocja. Planowałem całe życie. A kiedy planujesz, myślisz: „Kiedy to zdobędę, będę szczęśliwy”. Ileż razy przegapiamy szczęście, które naprawdę jest tu i teraz. Siedziałem w tej Szkocji i filozofowałem, próbując zrozumieć sens życia, zastanawiając się, co chcę robić. A wystarczyło tylko otworzyć oczy, żeby zobaczyć piękno i spokój dookoła, zapierały dech w piersiach. Ale nie: „Kiedy dotrę tam, uda mi się to, osiągnę szczęście”. W ten sposób nigdy go nie osiągniesz. Tutaj i teraz jest to, co masz, z tym, z kim jesteś. Nasza sala medytacyjna – tu są te góry Szkocji. Tutaj i teraz możesz znaleźć tyle szczęścia i spokoju, ile tylko chcesz. Właśnie tutaj. Zawsze mówię – tak jak podczas medytacji – że w chwili obecnej tworzysz swoją przyszłość, ale ta chwila kiedyś będzie twoją przeszłością. A więc w chwili obecnej tworzysz też przeszłość. To cudownie wiedzieć, że przeszłość jest tworzona. Teraz. Będziesz kiedyś wspominać ten wspaniały wieczór w ośrodku – kiedy ten moment będzie już przeszłością. Czy chcesz tworzyć przyjemne wspomnienia? Czy chcesz tworzyć piękną przeszłość? Piękna przeszłość jest tu i teraz. To nie tak, że jeśli znajdę się gdzie indziej, to będę szczęśliwy. Żądam szczęścia teraz!

To niesamowite, bo kiedy poszukujesz szczęścia, zdajesz sobie sprawę, że jedyne miejsce, w którym szukanie go ma sens, to to przed twoim nosem. Tutaj, teraz. Ono już tu jest, ale je przegapiłeś. I społeczeństwo, i religie, tyle różnych źródeł mówi: „Osiągnij oświecenie, to będziesz szczęśliwy. Naucz się głębokiej medytacji, a będziesz szczęśliwy”. Nie zauważyłeś nigdy, że szczęście przechodzi obok ciebie? Jednym z moich ulubionych powiedzeń – już dziś komuś je mówiłem – jest: „Kiedy chcesz więcej, nie cieszy cię to, co już masz”. I to jest esencja buddyjskich Czterech Szlachetnych Prawd. Ludzie czasem przychodzą i mówią: „To taki zwykły buddyzm, pomówmy o czymś głębokim” – właśnie, że to jest głębokie. Ale ludzie tego nie widzą, bo są w stanie to zrozumieć. Myślą, że głębokie rzeczy to te, których nie rozumieją. To prawda. Czasem ludzie tak mówią. Ale to jest głębokie, bo kiedy chcesz więcej: „Jeśli tylko to dostanę, to będę szczęśliwy”, to nie czujesz się szczęśliwy teraz. Przeoczasz szczęście. Jak często gonimy w życiu za szczęściem, ale nie doganiamy go w przyszłości, nie doganiamy go, chcąc więcej, pozbywając się rzeczy, których nie lubimy. Możemy je dogonić w piękny sposób, dzięki przebywaniu w chwili obecnej i przyjęciu jej, zaakceptowaniu jej i współistnieniu z nią, pełnym spokoju i współczucia. Ludzie przeczuwają, mają takie wrażenie, że współczucie i miłość są istotą rzeczy. I są. Ale nie rozumieją, czym tak naprawdę jest współczucie.

Współczucie można mieć nie tylko dla ludzi. Nie tylko dla istot żywych. Współczucie można też mieć dla chwili obecnej. Współczucie dla chwili, właśnie tu, z tym, co masz. To otwieranie drzwi swojego serca na ten moment. Na rzeczywistość, która jest tuż przed tobą. Tuż przed twoim nosem, przed twoim sercem, w tej chwili. Otwieranie się na to, zamiast zamykania się i prób osiągnięcia czegoś lepszego. Otwieranie się na ten moment. Akceptacja i trwanie w nim. Właściwie to nie tylko trwanie, bo ta chwila również się otwiera jak piękny kwiat, który rozkwita, kiedy wstaje słońce. Medytację porównuje się do lotosu o tysiącu płatków: kiedy światło i ciepło słońca padają rano na kwiat lotosu, on się otwiera i otwiera, i otwiera, płatek za płatkiem, aż zostanie ostatnia, najpiękniejsza część. Tak samo działa ciepło współczucia i światło świadomości. Jeśli teraz, w tej chwili pozwolimy im zalśnić, to osiągniemy szczęście. A właściwie nie tyle osiągniemy, co po prostu pozwolimy mu przyjść. To piękna metafora. Lotos otwiera się sam, o ile tylko jesteś obecny w tu i teraz, i współczujesz. Po zaprzestaniu gonitwy za czymś innym, zaczynasz zauważać tak wiele napływającej radości, zachwytu i piękna. Nie możesz docenić piękna trwającej chwili, jeśli właśnie pragniesz czegoś innego.

Ludzie mówią, że jeśli żyliby tak cały czas, to nigdy niczego by nie pragnęli, nie byłoby żadnego postępu na świecie. Ale chyba mamy już wystarczająco dużo postępu? Czy nie mamy wystarczająco dużych domów? Czy nie mamy wystarczająco dużych szpitali? Chociaż podobno szpitale nigdy nie są wystarczającej wielkości. Dlaczego? Bo ludzie coraz bardziej chorują. Gdy tylko powstanie nowy szpital, trzeba otworzyć następny. Gdy tylko powstanie nowe więzienie, trzeba otworzyć następne. Chyba coś tu jest nie tak. Wiecie dlaczego? Tak się stresujemy, próbując popędzać los, że tracimy umiejętność cieszenia się z tego, co jest tu i teraz. Zawsze przemy do przodu, bez zatrzymywania. Bez zatrzymania się po to, żeby po prostu być. Na świecie jest tak mało istot ludzkich, które po prostu są. Jest dużo istot dokądś idących. Dużo istot tkwiących w przeszłości. Ale ile jest istot przebywających w chwili obecnej? Powinniśmy być istotami będącymi, ale nie jesteśmy. Zawsze jesteśmy istotami coś robiącymi i gdzieś idącymi.

Jeden z moich przyjaciół, który przychodzi czasami w soboty, często widzi mnie zabieganego, załatwiającego różne sprawy. Pewnego razu niosłem jakieś rzeczy do biura i minąłem go po drodze, spiesząc się, żeby coś załatwić. Zapytał: „Jak tam?”. Odpowiedziałem: „Jakoś leci”. On na to – był mądrzejszy – „Dokąd lecisz?”. Pomyślałem: „O boże, złapał mnie”. „Dokąd pędzisz, gdzie chcesz dotrzeć?” – to bieganie, pośpiech, ciężka praca, pojechać tu, pojechać tam, robienie tego, robienie tamtego – dokąd właściwie pędzisz? Powiem ci, dokąd. Do trzech miejsc, do których można się udać w Perth: Karakatta, Freemantle, Pinnaroo. Czyli do krematoriów. Tam właśnie pędzisz. No więc uświadomiłem sobie, że chyba o czymś zapomniałem. Dlatego teraz, kiedy ludzie pytają mnie: „Jak tam?”, nie mówię: „Jakoś leci”. Mówię: „Jestem tu”. Potraficie sobie to wyobrazić? Nie próbujcie dokądś dojść, spróbujcie być. Jeśli uda wam się to zrobić, to zrozumiecie, na czym polega podążanie za szczęściem. Chodzi o bycie zamiast bieganiny, o stanie się znowu istotą „będącą”.

Dlaczego próbujemy ciągle dokądś dojść? Bo trzeba coś załatwić, naprawić, wybudować, trzeba sprzedać miejsca na tę kolację, zawsze jest coś do zrobienia. No, dobra, czasami można się tym zajmować, ale proszę, spróbujcie też czasem po prostu być tu i teraz. Wszystkie te zadania i projekty, które musisz zrobić, kiedy studiujesz, wszystkie naczynia, które trzeba umyć – może dla odmiany po prostu pobądź w chwili obecnej i ciesz się nią, i zostaw za sobą te wszystkie rzeczy. Jeśli wiesz, jak to zrobić, to zrozumiesz, co znaczy to powiedzenie: „Jeśli chcesz czegoś więcej, nie możesz cieszyć się tym, co masz”. Ludziom wydaje się, że podążają za szczęściem, ale to nieprawda. Tak naprawdę naprawiają tylko usterki. A to zupełnie co innego. Podążanie za szczęściem i naprawianie usterek to dwa przeciwne bieguny. Myślimy: „Naprawię wszystkie usterki, rozwiążę problemy, umyję naczynia i wtedy będę szczęśliwy”. To nigdy nie działa! Więc jeśli chcesz podążać za szczęściem, nie zaczynaj od rozwiązywania problemów. To trwa w nieskończoność, bo pojawiają się nowe problemy. Zamiast tego postaraj się po prostu podążać za szczęściem. Do diabła z problemami. Tak, one nadal są, ale ja wolę się skupić na innej stronie osobowości pacjenta, nie na schizofrenii. Na tej drugiej części. Nie na tej stronie życia, po której są politycy, korupcja i choroby. Można skupić się na drugiej części. Na szczęściu.

Przypomina mi się historia pewnej zakonnicy z Australii. Była lekarką, a raczej tybetańską znachorką, zresztą to nieważne, tak samo jak nie jest ważne, czy jesteś chrześcijaninem, czy muzułmaninem, czy kimkolwiek. Przyjaciel to przyjaciel. Więc pojechałem ją odwiedzić w hospicjum, bo zadzwoniła do mnie do świątyni – wcześniej trochę jej doradzałem, pomagałem w różnych sprawach – i powiedziała: „Ajahn Brahm, chyba niedługo umrę. Czy mógłbyś do mnie przyjechać, odwiedzić ostatni raz?”. Wiele razy tego doświadczyłem i wy pewnie też, że chociaż lekarze tego nie wiedzą, pacjent czuje, że nie zostało mu dużo czasu. Umarła półtora dnia później. Co zrobiłem? Jestem naprawdę zajętym mnichem, ale zostawiłem wszystko, czym byłem zajęty. Kogo to wszystko obchodzi, kiedy trzeba się zaopiekować przyjacielem? Pojechałem do hospicjum – zajęło mi to jakieś półtorej godziny – i kiedy dojechałem na miejsce, musiałem się zameldować u pielęgniarki. Powiedziałem, że przyjechałem odwiedzić taką a taką pacjentkę. Pamiętam pielęgniarkę, to była Irlandka. Powiedziała: „Przykro mi, ale nie może pan jej odwiedzić”. Odpowiedziałem: „Ale ja właśnie przyjechałem z Perth, to półtorej godziny stąd”. A ona: „Nie obchodzi mnie, skąd pan przyjechał, mamy obowiązek szanować wolę naszych pacjentów!”. Była naprawdę groźna, taka australijska wersja Margaret Thatcher. Naprawdę.

Mój ulubiony cytat z Margaret Thatcher to ten o trzech rodzajach ministrów: jednych pokonuje się w dyskusji, drugich trzeba zadręczać, a trzecich zetrzeć na proch. To by pasowało do tej pielęgniarki.

Ale ja jestem twardy i każdemu mogę się postawić, więc powiedziałem: „Niech pani posłucha, ona sama do mnie zadzwoniła i poprosiła, żebym przyjechał”. Pielęgniarka łypnęła na mnie wkurzona i powiedziała: „Proszę za mną!”, więc poszedłem za nią. Podeszliśmy do pokoju mojej przyjaciółki, a tam, na drzwiach, wisiał wielki znak: „Absolutnie żadnych gości!”. Lubię tę historię, często ją opowiadam. Pielęgniarka wycelowała palec w ten znak i zapytała: „Widzisz?”. Na znaku było napisane „Absolutnie żadnych gości!”, ale wiecie, co było niżej, małymi literkami? „Z wyjątkiem Ajahna Brahma”. Nie mogłem się powstrzymać, wiem, że to niezbyt współczujące i etyczne, ale spojrzałem na pielęgniarkę i spytałem: „Widzisz?”. I sprawiło mi to przyjemność. Była bardzo niezadowolona, ale wpuściła mnie.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, widząc tę biedaczkę – wiecie, jak człowiek wygląda na ostatnim etapie raka, jest wychudły, jak cień człowieka, którego się kiedyś znało – pierwsze, o co zapytałem, to: „Dlaczego zrobiłaś dla mnie wyjątek?”. A ona odpowiedziała, i ciągle to pamiętam: „Bo ty jesteś jedyną osobą, która rozmawia ze mną. Nie z moją chorobą. Traktujesz mnie jak osobę. Nie jak kogoś, kto umiera”. Rozmawiałem z nią tak, jakbyśmy siedzieli w kawiarni. Wiedziała, jak bardzo jest chora, wiedziała, że umiera, więc miała już dość ludzi użalających się nad nią i zapewniających, jak bardzo będą tęsknić, kiedy umrze. Czy to w jakikolwiek sposób pomaga, kiedy człowiek umiera? Oczywiście, że nie. Więc nie skupiałem się na chorobie, tylko na innych rzeczach. Podążałem za szczęściem. Nie patrzyłem na ciało, które było całkowicie zniszczone przez raka. Nie patrzyłem na chorobę. Patrzyłem na piękną osobę, która była w tym ciele. I ona to widziała, i tego właśnie chciała, i potrzebowała. Podążałem za szczęściem, w hospicjum, z kimś, kto miał za 30 godzin umrzeć. Tak się właśnie podąża za szczęściem: widzi się piękno i radość. Tak, bo opowiadaliśmy sobie dowcipy, śmiała się. Są dobre żarty, z których ludzie się śmieją, czasami. I wspaniale jest to widzieć, i się do tego przyczyniać.

Więc jeśli chcecie podążać za szczęściem, to wokół jest mnóstwo szczęścia. I to nie tak, że trzeba ignorować cierpienie na świecie, to cierpienie jest ważne, ale podążanie za szczęściem leczy cierpienie, dogłębnie. W tym również twoje cierpienie. Im bardziej jesteście szczęśliwi, tym mniej mam do zrobienia. Wszyscy mają mniej do zrobienia. Jedna osoba z głowy dla wszystkich, którzy zajmują się uszczęśliwianiem ludzi. Dzięki współczuciu wobec świata odnajdujemy współczucie dla samych siebie. Podążaj za szczęściem w chwili obecnej. I zobacz piękno w ludziach, z którymi żyjesz. Widzę tyle piękna w ludziach, którzy tu przychodzą w piątki wieczorem. A kiedy opowiadają o swoich problemach małżeńskich, to ja ich nie rozumiem. Jesteście parą dobrych, pięknych ludzi. Jak możecie nie móc ze sobą żyć? Jesteście wspaniali, oboje. „Bo już tego nie widzę”. Widzą tylko błędy. „Nie wiesz, jaki on jest!”. Ty z nim mieszkasz na co dzień, ale właściwie, to wiem lepiej niż ty, jaki on jest. On nie jest draniem, ona nie jest jędzą. Jest piękną kobietą o pięknym wnętrzu. Jeśli potrafisz to dostrzegać, tak jak ja, to mieszkanie z kimś staje się łatwe. Zupełnie tak jak życie z samym sobą.

Kiedy widzisz piękno i dobro, podążasz za szczęściem w danej osobie. Nie podążasz za wadami. Nie skupiasz się na schizofrenii, tylko na innej stronie tej osoby. Ta strona tam jest. Nie patrzysz na gazetę, tylko na drugą stronę, gdzie jest ogromne, niesamowite piękno. Ludzie tego po prostu nie widzą. Może to dlatego, że są do tego przyzwyczajeni. Może tamten facet całe życie mieszkał w Szkocji, codziennie jeździł tą drogą, więc tak się przyzwyczaił, że już nie widział piękna. Może jeśli się długo z kimś mieszka, to przestaje się dostrzegać w nim piękno? Ale ono cały czas tam jest. Trzeba tylko poszukać. A jeśli wiesz, czym jest szukanie szczęścia, to rozumiesz, co jest opiewane w konstytucji Stanów Zjednoczonych, tylko że oni nie rozumieją, co to znaczy. To wspaniałe słowa, ty też możesz zrozumieć, co oznacza podążanie za szczęściem i jak proste to jest. Nie: „Kiedy będę miał to, to będę szczęśliwy”, ale dostrzeżenie szczęścia teraz, w pięknie, które jest wewnątrz ciebie i wewnątrz osoby, która siedzi obok. W pięknie życia, a nawet w pięknie oddziału onkologicznego. Nawet w pięknie kaplicy w zakładzie pogrzebowym. Piękno widać wszędzie. Pamiętam, że widziałem piękno na pogrzebie mojego ojca. Widziałem, jak piękną opowieścią było jego życie. Dziękuję za te wszystkie lata. To, że życie dobiegło końca, nie znaczy, że nie było piękne. To tak jak z koncertami: one też się kończą. Filmy się kończą, dni się kończą. Lubię dni na zachodzie Australii, bo miejsce, w którym mieszkamy, znajduje się na wzgórzach, więc często widzimy te przepiękne zachody słońca. Niektóre części świątyni są od strony Oceanu Indyjskiego – przepiękne widoki.

Zakończenia potrafią być takie piękne. W życiu można zobaczyć piękno. Cóż to za wspaniały koncert. Już się skończył, ale za nic nie chciałbym go przegapić. Dziękuję, tato. Jeśli podążasz za szczęściem, możesz je dostrzec w najmniej oczekiwanych miejscach. A jeśli to robisz, wtedy wiesz, czym jest mądrość. Nie podążasz już za problemami, tylko za szczęściem. Problemy zniknęły. Dziękuję za uwagę.

Sadhu, sadhu, sadhu!

OK, jak zwykle mamy pytania, komentarze i zażalenia. Zacznijmy od tych z zagranicy. Najpierw z Wielkiej Brytanii, Adelaide i Holandii.

O, to jest ciekawe. Simon z Wielkiej Brytanii: „Do jakiego stopnia buddyjska Dhamma może być stosowana jako narzędzie rewolucji społecznej?”.

Tak. Precz z rządem, precz z systemem, zabrać bogatym, dać biednym i tak dalej. Ale rzeczywiście jest to rewolucja, nie polityczna a społeczna, żeby sprawić, że ludzie zaczną widzieć rzeczy inaczej. Żeby sprawić, że znajdą szczęście w miejscach, w których go wcześniej nie szukali. A społeczeństwo tworzy duża grupa ludzi. Żyjemy w społeczeństwie i możemy użyć Dhammy Buddhy, żeby zmienić świat. Dlaczego nie? Najpierw zmień swój świat, a wtedy świat wokół ciebie też zacznie się zmieniać. Ale nie próbuj najpierw zmieniać innych, przede wszystkim zmień siebie, wtedy inni też się zmienią.

Więc, tak, Dhamma może być użyta. Dlatego czasem mówię, że powinniśmy założyć partię buddyjską w Australii. Obalilibyśmy podatki. Żadnych podatków. Tylko skrzynki na datki. I nie potrzebowalibyśmy zwiększać podatków, bo organizowalibyśmy zbiórki po 160 dolarów za miejsce. Bilety można kupić w recepcji. W ten sposób możemy zebrać sporo pieniędzy, dzięki temu utrzymują się buddyjskie fundacje i świątynie, więc proszę wesprzyjcie nas. Co jeszcze, a tak, poza tym promowalibyśmy pięć wskazań, więc zdelegalizowalibyśmy alkohol. Alkohol byłby zakazany w Australii. I dlatego buddyjska partia nie miałaby szans na przetrwanie. Nieważne, kiedyś nam się uda.

Larry z Adelaide pracuje w siłach zbrojnych Australii jako programista. „Mam świetne możliwości rozwoju kariery, ale mam też wątpliwości co do etyczności tego, w jaki sposób zarabiam na życie”.

Kilka lat temu byłem w Wielkiej Brytanii i ludzie co chwilę zabierali mnie do różnych świątyń, często przejeżdżaliśmy obok wielkich połaci ziemi, które należały do ministerstwa obrony. W pewnym momencie powiedziałem do mojego kierowcy: „To błędna nazwa, bo to nie jest ministerstwo obrony, tylko ataku”. Przecież po to są te wszystkie działa i kule, nie po to, żeby się bronić. Po to, żeby atakować. Lubię nazywać rzeczy po imieniu, więc nazywam to ministerstwem ataku, nie obrony.

Na szczęście współcześnie większość oddziałów militarnych z Australii nie prowadzi wojen z innymi. Kiedyś tak było. Teraz wojsko często bierze udział w akcjach humanitarnych i pomaga po powodziach albo trzęsieniach ziemi, bo mają ludzi, zasoby i odpowiednią strukturę. Byli kilka razy w Queensland i pracowali w Brisbane po powodziach, więc właściwie wojsko się zmienia, a to bardzo dobrze. Robią coś więcej niż strzelanie do ludzi. Teraz zostawiają to robotom, dronom. Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł. Ale przynajmniej wielu żołnierzy teraz bierze udział w akcjach humanitarnych, a to może być dobry sposób na zmianę charakteru wojska. Mają ludzi, środki, organizację. „Miękka siła” to o wiele lepszy sposób na rozwiązanie problemów na świecie, może wojsko mogłoby tak działać? Byłoby wspaniale. Armia żołnierzy, kobiet i mężczyzn. Nie mieliby czołgów, tylko zapasy jedzenia i buldożery, żeby posprzątać miejsca po trzęsieniach ziemi.

Dlaczego nie zmieniać rzeczy od wewnątrz zamiast od zewnątrz? A więc, programisto, sprawdź, czy możesz tworzyć oprogramowanie, które może wesprzeć „miękką siłę”. To byłby dobry krok.

Ostatni e-mail, Joe z Holandii: „Jak można skłonić kogoś, kto ma negatywne nastawienie, żeby zmienił je na trochę bardziej pozytywne?”.

Nie bądź negatywnie nastawiony do negatywności. Powiedz temu komuś: twoja negatywność jest piękna, wręcz urocza. No właśnie: jeśli jesteś negatywnie nastawiony do negatywności, to czy jest to woda na młyn dla kogoś o negatywnej postawie?

Jeśli ktoś jest negatywny, to może ma akurat trudny okres w życiu. Wiele lat temu często dzwoniła do nas pewna kobieta – nie wiem, co się z nią później stało – i była naprawdę bardzo negatywna: „Przyjdę do was i wszystkich was powystrzelam, leniwi mnisi!”. Przeklinała i w ogóle. Była Latynoską. W końcu powiedziałem: „Znam panią, jest pani twarda z zewnątrz i miękka w środku”. Ona na to: „Dziękuję, Ajahn Brahm, naprawdę mnie rozumiesz”. I pojąłem, dlaczego ciągle do mnie dzwoniła.

Ludzie często są negatywni z zewnątrz, ale jak tylko się przyjrzysz temu, co jest pod spodem, to okaże się, że w środku są miękcy. Nie spotkałem nikogo, kto by taki nie był. Więc nie naciskaj. Jeśli ta osoba ma tendencje do negatywności, po prostu traktuj tę negatywność życzliwie. Jak powiedział Buddha: „Jedynym sposobem na pokonanie negatywności jest moc miłującej dobroci”. Jeśli ktoś jest bardzo negatywny, musisz po prostu zwiększyć współczucie. Dla przeciwwagi. Nie ma takiej negatywności, której nie można pokonać przeogromną mocą współczucia. Okazujcie więcej współczucia, a negatywność po prostu się wypali.

OK, to były pytania z zagranicy. Jakieś pytania z Perth?

Pytający: Przez Cztery Szlachetne Prawdy, przez Ośmioraką Ścieżkę Buddha nakazuje nam zmienić to, jak żyjemy, zmienić naszą postawę, nasze myślenie, żeby osiągnąć szczęście i pokój dzięki Właściwemu Poglądowi, Właściwym Intencjom, Właściwej Mowie, Właściwemu Działaniu, Właściwemu Sposobowi Życia, Właściwemu Wysiłkowi, Właściwej Uważności, Właściwemu Skupieniu, tak by zmienić nasze życie, we właściwy sposób.

AB: Aa, czy to nas zmienia?

Pytający: Na pewno.

AB: Kto powinien się zmieniać? Kogo próbujesz zmieniać? Nie słyszałeś, że Buddha mówił o braku istoty?

Pytający: Chodzi raczej o to, że zostaliśmy tak uwarunkowani.

AB: Nigdy nie starajcie się przechytrzyć mnicha. Ale ludzie właśnie to robią, całe życie: próbują zmieniać różne rzeczy. Ale tak naprawdę możemy coś zmienić, jeśli się zatrzymamy. Kiedy się nie zmieniamy, kiedy nie próbujemy się zmienić, to wtedy zaczyna się zmiana. To nie jest jakaś wydumana filozofia. To się naprawdę dzieje. Dobroć, współczucie, akceptacja, przyzwolenie na tok wydarzeń, bycie człowiekiem – to nie są wysiłki, żeby gdzieś dotrzeć. Ajahn Chah powiedział kiedyś: „W medytacji nie ćwiczymy umiejętności zdobywania albo zmieniania rzeczy, ale umiejętność uwalniania się od toku wydarzeń”. Pozwólmy rzeczom się dziać, pozwólmy im być i pozwólmy im się zmieniać. Jedynym sposobem na otwarcie kwiatu lotosu jest nie siła ani popychanie, tylko ciepło współczucia i światło świadomości płynące od słońca, czyli od ciebie. Bądź świadomy i dobry dla samego siebie, a otworzysz się. Jest w nas wielkie piękno. Tak dokonuje się zmiana. Nie przez zmienianie rzeczy. O to chodzi w tej sentencji. To jest głębokie.

Dziękuję. Dziś to już wszystko, teraz możemy złożyć szacunek Buddzie, Dhammie i Sandze, a potem wracać do swoich spraw.


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL: Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.

gnu.svg.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0

cc.png

Oryginał można znaleźć na tej stronie: LINK
Źródło: http://www.bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii
Redakcja polska: Alicja Brylińska
Czyta: Sylwia Nowiczewska

Image0001%20%281%29.png

Redakcja portalu tłumaczeń buddyjskich: http://SASANA.PL/