Wersja z lektorem:

Wersja z napisami:

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Otrzymałem wiele propozycji co do tematu dzisiejszego spotkania. Jedną z nich była wiadomość, która przyszła już dawno, a dotyczyła stresu. Ale dzisiaj chciałbym się skupić głównie na tym, jak bez stresu odnieść sukces i robić wiele różnych rzeczy, i stać się mistrzem w swojej dziedzinie. Jak dużo osiągnąć, ale bez zmęczenia umysłu. Innymi słowy, jak używać umysłu w sposób efektywny – a to jest coś, w czym buddyzm jest naprawdę dobry. Z prostej przyczyny: jako mnisi medytujemy już bardzo długo. Poza tym nie jestem leniwym mnichem. Czasami ludzie przychodzą do mnie z wizytą, do świątyni w Serpentine, a ja jestem zajęty pracą na dachu, tak jak dziś rano; a po południu zajmuję się administracją, w międzyczasie pomagam ludziom, którzy przychodzą i opowiadają o swoich problemach, a potem udzielam porad, a potem wygłaszam mowę, a potem rozmawiam jeszcze z wami. Mój dzień zaczyna się o czwartej nad ranem – dziś nawet wcześniej, o trzeciej trzydzieści – i kończy się późno. Jak można tyle robić i zachować radosny umysł? Jak odnieść sukces bez stresu?

To da się zrobić. Ale pierwszą rzeczą, o którą ludzie pytają, jest: „Co buddyjski mnich może wiedzieć o stresie? Co może wiedzieć o odpowiedzialności? Wy tylko mieszkacie sobie w świątyni i relaksujecie się”. Tak, tak właśnie myślicie. Ale jeśli rzeczywiście zamieszkalibyście w świątyni, to zobaczylibyście, jak ciężko pracują mnisi. Pamiętam, jak kiedyś opowiadałem o tym podczas spotkania na dwa tysiące osób, w Singapurze, kiedy pod koniec ktoś powiedział: „Skąd możesz wiedzieć, co to jest stres? To, o czym mówisz, ma sens w teorii, ale w prawdziwym życiu, gdzie musimy ciężko pracować, jest zupełnie inaczej. Co ty wiesz o stresie?”.

A ja mu opowiedziałem, co robiłem tego dnia w Singapurze: wstałem o czwartej nad ranem – ilu z was wstaje o czwartej nad ranem? I od razu zaczyna pracę? Wyliczyłem wszystko, co robiłem tego dnia. Odwiedzanie ludzi w szpitalach – poza tym jestem też Patronem Duchowym Stowarzyszenia Buddyjskiego w Singapurze, ale to jest za granicą, to nie jest moje główne zajęcie, tutaj mam mnóstwo innych zajęć. I wyliczyłem je wszystkie, godzina po godzinie. I jak już mu to wszystko wyliczyłem, powiedziałem: „Jako że wykonuję tę całą pracę, to kwalifikuję się do tego, żeby opowiadać o radzeniu sobie ze stresem”. Ten człowiek podszedł do mikrofonu i powiedział: „Wow, nie zdawałem sobie sprawy, jak ciężko w naszych czasach pracują mnisi”. Dodał jeszcze: „Wiesz, myślałem, żeby zostać mnichem, ale chyba już nie mam na to ochoty”. Straciłem mnicha.

Pracuję ciężko, ale bez stresu. I są techniki, które można wykorzystać, żeby odnieść sukces bez stresu w jakiejkolwiek dziedzinie, żeby być człowiekiem sukcesu z uśmiechem na twarzy. Po pierwsze: proszę, nie noście ze sobą swojej przeszłości. Bo jeśli ciągle nosicie ją ze sobą i roztrząsacie, co się stało, co ktoś zrobił, co ktoś powiedział, to zajmuje to tyle przestrzeni w waszym mózgu, że prawie nic wam nie zostaje, żeby wykonać obecne zadanie. Jak możecie pracować, skoro aż tyle procent waszego umysłu jest zajęte rozmyślaniem, dlaczego ktoś coś zrobił, dlaczego ktoś coś powiedział i przez wszystkie inne okropne rzeczy, które sami zrobiliście.

Nie stać nas na marnowanie zasobów naszego umysłu. Żeby odnieść sukces, potrzebujemy tyle energii, że nie stać nas na to, żeby trzymać się przeszłości. Jedną z pierwszych rzeczy, których się uczymy na temat sukcesu w życiu, jest to, że trzeba uwalniać się od przeszłości chwilę po danym wydarzeniu. Żeby nic nie zatrzymywać. Żeby mieć zawsze pusty bagaż. Wyobraźcie sobie, jak dużo wolności byłoby w waszym życiu. Jak umożliwiłoby wam to, odniesienie sukcesu w chwili obecnej – gdybyście mogli całkowicie i natychmiast uwolnić się od tego, co się przed chwilą wydarzyło. A jeśli nie możecie tego zrobić, to spróbujcie przynajmniej uwolnić się od złych rzeczy, które wydarzyły się w przeszłości. Dobre rzeczy nie zajmują w umyśle, aż tyle miejsca, ale te wszystkie negatywne doświadczenia z całego życia… Dostaję mnóstwo listów od ludzi, którzy piszą o swoich przejściach, o molestowaniu seksualnym w dzieciństwie, o przemocy fizycznej, której doświadczyli, i myślę sobie: to, co ci się przytrafiło, jest obrzydliwe, straszne, takie rzeczy nie powinny się dziać… ale nawet od tego możesz się uwolnić. Dlaczego? To jest wyzwanie, to bardzo trudne, ale wiem, o czym mówię: dlaczego pozwalasz, żeby to wszystko powstrzymywało cię od życia w chwili obecnej? Czemu cały czas jesteś więźniem tej przeszłości? Zostałeś skrzywdzony, bardzo skrzywdzony, ale nie musisz być krzywdzony cały czas, przez wspominanie przeszłości. Możesz się uwolnić.

Ja też chyba muszę się na chwilę uwolnić, bo nadchodzą jakieś tajemnicze wiadomości: o rety, samochód numer 1DNI615 produkuje bardzo złą kammę. Dlaczego produkuje złą kammę? Bo jest zaparkowany w poprzek wyjazdu i samochód mniszek nie może się wydostać. Powstrzymuje mniszki przed wykonywaniem ich pracy. Więc proszę przestawić samochód 1DNI615, bo inaczej przez swoją złą kammę w przyszłym życiu odrodzi się jako rower. Nawet samochody mogą mieć dobrą i złą kammę.

OK, to już przeszłość, więc uwolnię się od niej i będę kontynuować mowę. Jest tyle zakłóceń w życiu, ale gdy przeminą, uwolnij się od nich. Dlaczego się ich trzymamy? W mojej pracy mnicha często spotykam ludzi, którzy przychodzą opowiadać mi o swoich problemach. Nie przeszkadza mi to. Proszę, przychodźcie opowiadać o problemach. Wiecie, dlaczego ludzie lubią przychodzić i rozmawiać z mnichami o swoich problemach? Bo jesteśmy tani. Normalnie trzeba dużo płacić za rozmawianie o problemach, to się nazywa terapia. Nie wiem, ile to kosztuje za godzinę, ale tutaj możecie dostać to samo za darmo, to się opłaca. Ale poza tym jest to naturą tej pracy: jako mnich rozumiesz, jak działa rzeczywistość, więc możesz się podzielić mądrością. W taki sposób, żeby się nie stresować, kiedy doradza się innym. Wszyscy przecież jesteśmy terapeutami dla naszych przyjaciół. Mój nauczyciel, Ajahn Chah, powiedział: „Ludzie przychodzą do mnichów ze swoimi problemami. Musicie im pozwolić przyjść i rozładować problemy. Wysypać te wszystkie śmieci. Musicie – powiedział Ajahn Chah – myśleć o sobie jako o koszach na śmieci i pozwolić ludziom wysypywać swoje śmieci”. Ludzie mówią o swoich związkach, o swoich małżeństwach, o swoich dzieciach – a po to zostałem mnichem, żeby nie zawracać sobie głowy żoną, dziećmi, interesami i tak dalej, więc czemu mnie tym zalewacie? Nie, nie przeszkadza mi to.

Chodzi o to, powiedział Ajahn Chah, że macie być jak śmietniki. Siedzicie, a ludzie przychodzą i wrzucają do was śmieci. Ale macie być dziurawymi śmietnikami. I to jest najważniejsza część: nie możecie tego zatrzymywać. To, o czym mówią ludzie, ma w was wlatywać, a potem wylatywać. Więc kiedy wychodzę stąd, nie zabieram ze sobą waszych śmieci. Tak się uwalnia od przeszłości. To świetne porównanie: możecie być śmietnikiem przez całe życie i cokolwiek się wydarza, idzie do śmietnika, zostaje w nim przez moment, a potem wylatuje drugą stroną i nic w was nie zostaje. Na tym polega sztuczka, dzięki której możecie uwolnić się od stresu.

A co się zazwyczaj dzieje zamiast tego? Cokolwiek wam się przytrafia, zostaje w śmietniku. Nic dziwnego, że jest przepełniony. Mieliśmy dziś wywóz śmieci w Serpentine i śmieciarze starali się wepchnąć jak najwięcej śmieci do kontenerów – niezależnie, ile masz śmietników i jakiej wielkości, zawsze zbiera się tyle śmieci, że trzeba je udeptywać, żeby się zmieściły. To tak jak ze stresem: masz tyle spraw, szczególnie z przeszłości, że nic dziwnego, że się stresujesz, nic dziwnego, że nie masz wolnego umysłu, który może się skupić całkowicie na chwili obecnej i cieszyć się nią, i ją cenić. Ale jeśli w twoim umyśle jest aż tyle przeszłości, to nic dziwnego, że nic się już nie mieści w tym śmietniku.

Opowiadam o tym, bo w zeszłym tygodniu wspominałem, że moja matka nie żyje. Jest takie zdjęcie mojej matki z wombatem, pokazywałem je ostatnio. Historia tego zdjęcia jest taka, że za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem do niej z Australii, przywoziłem maskotkę, na pamiątkę. Za pierwszym razem, kiedy leciałem do niej do Londynu, zabrałem małego kangurka, którego kupiłem na lotnisku – to trochę kiczowate, ale kobiety lubią takie maskotki, a przynajmniej mojej mamie się podobała. Potem kupiłem koalę. Potem dziobaka. Potem kukaburę. A kiedy odwiedzałem mamę piąty raz, kupiłem wombata. Wombat był piąty. Moja mama miała taką półkę u siebie w domu, gdzie ustawiała wszystkie ważne drobiazgi. No i miała już na tej półce kangura, koalę, dziobaka i kukaburę, a teraz miała jeszcze wombata. Ale na półce nie było już miejsca. Kiedy próbowała upchnąć go na półce, kilka innych maskotek spadło. Więc spędziła chyba z pół godziny, próbując zmieścić te wszystkie maskotki na tej małej półce. Zapytałem: „Czemu nie wyrzucisz tych maskotek, stoją na tej półce od lat!”. Powiedziała: „Nie mogłabym tego zrobić, dużo dla mnie znaczą”.

Na tej półce nie trzymała tylko pozytywnych wspomnień, ale też negatywne. Rachunki za prąd i za telefon też tam były i one też spadały. I tak samo działa stres: twój umysł przechowuje zbyt wiele rzeczy naraz. Masz za dużo rzeczy na półce. Próbujesz zmieścić coś jeszcze, ale po prostu nie ma na to miejsca i rzeczy spadają. A kiedy spadają, to masz załamanie nerwowe. Czujesz złość albo wpadasz w depresję, bo nie możesz już nic więcej zmieścić w swoim umyśle. Znacie to uczucie.

To nie tak należy sobie radzić ze stresem. Nie tak należy sobie radzić z życiem. Więc miej na półce jedną maskotkę. Uwolnij się od tej całej przeszłości. Nie musisz się nią ciągle zajmować. W twoim mózgu jest coś, co przypomina mój ulubiony przycisk na komputerze: delete [usuń]. Uwielbiam delete. Najczęściej przyciskam właśnie ten klawisz. Ktoś mówi coś, co mnie nie interesuje: delete. Czy nie powinienem odpowiedzieć na te wszystkie e-maile? Nie, ta osoba nie ma wystarczająco dużo dobrej kammy – delete. To nie o mnie chodzi, to wszystko przez tę kammę – delete. Taki klawisz jest też w mózgu. Jeśli umiecie go znaleźć, możecie uwolnić się od przeszłości. Dlaczego to robić? Bo wtedy możecie osiągać to, co chcecie w chwili obecnej.

Kolejną rzeczą, która sprawia ludziom trudność, jest martwienie się o przyszłość. Spędzamy całe dnie, martwiąc się o to, co się może stać. To zajmuje jeszcze więcej przestrzeni w umyśle. Nic dziwnego, że mamy trudności z osiągnięciem sukcesu w teraźniejszości i z cieszeniem się życiem.

Ostatnio opowiadałem historię – to bardzo stara, ale bardzo dobra historia z mojego życia – o tym jak zdawałem końcowe egzaminy na Uniwersytecie w Cambridge, to tam studiowałem. To było w 1972 roku. Końcowy egzamin z nauk przyrodniczych. Ale taki naprawdę końcowy: wszystkie wcześniejsze i wszystko, co robiłem wcześniej na uniwersytecie, nie znaczyło nic. Po przejściu przez te egzaminy albo dostawało się dyplom, albo się oblewało. Od poniedziałku do piątku, codziennie. Egzamin rano – trzy godziny, wieczorem – trzy godziny. Godzina na lunch. Wtedy chyba jeszcze nie było Amnesty International, ale gdyby się dowiedzieli… to była tortura. Trzy godziny, godzina na lunch, znowu trzy godziny. A najgorsze było to, że wszyscy mówili, że moja przyszłość zależy od tych egzaminów. Jeśli dobrze ci poszło, miałeś piękną przyszłość, jeśli oblałeś, to przegrałeś życie. Gdybym tylko wtedy wiedział, że zostanę mnichem, to nie wkładałbym w to aż takiego wysiłku. Ale wtedy nie wiedziałem, więc ciężko pracowałem.

Ale miałem taką sztuczkę, dzięki której radziłem sobie ze stresem: podstawowe techniki medytacji. Robiłem to od około trzech lat w trakcie studiów. I przez cały ten tydzień nie jadłem lunchu. Zjadałem pożywne śniadanie i kolację, a w porze lunchu wracałem do swojego pokoju, który był około dziesięć minut od sali egzaminacyjnej, i przez pół godziny medytowałem. I co się działo? Gdy tylko siadałem, pierwszą rzeczą o której myślałem, był poranny egzamin. „Jak mi poszło?”. „Czy dobrze odpowiedziałem na tamto pytanie?”. Wszyscy wiemy, jakie to jest głupie. Oddaliśmy już kartkę. Dobrze czy źle, jest za późno, żeby coś zmienić. To oczywiste, nieprawdaż? Powinieneś się od tego uwolnić. Uwolnij się od przeszłości, w tej chwili już i tak nie możesz nic zrobić. Łatwo powiedzieć. Ale ja to ćwiczyłem i byłem w stanie się uwolnić od tego superważnego porannego egzaminu. Wy też możecie się tego nauczyć. Niezależnie od tego, co się stało w przeszłości, nie możecie jej zmienić. Oddaliście już kartkę z egzaminu z przeszłości. Myślenie o niej to strata czasu. Czy była dobra, czy zła – nic już nie możecie zrobić.

Byłem w stanie uwolnić się od egzaminu. Następną myślą, skoro już nie zamartwiałem się porannym egzaminem, był egzamin popołudniowy. „Czy powinienem przestać medytować, wyciągnąć książkę i zacząć się uczyć?”. Oczywiście to, czego się uczyłem pół godziny przed egzaminami, ani razu się na nich nie pojawiło. Nigdy. Kompletna strata czasu. To był czas na odpoczynek. Nie na pracę.

Jeśli martwisz się o przyszłość, to nie możesz być w chwili obecnej i skupić się na przygotowaniu przyszłego sukcesu. Dla mnie tym przygotowaniem był odpoczynek. Jeśli nie wiesz, jak odpoczywać, to będziesz ponosić porażkę za porażką, bo nie będziesz wiedział, jak przygotować umysł na wyzwania, którym będzie musiał stawić czoła w przyszłości. Musiałem uwolnić się od przyszłości, a że praktykowałem wcześniej medytację, nie było to dla mnie trudne. Mimo że te egzaminy były ważne i miały decydować o moim przyszłym życiu, byłem w stanie całkowicie o nich zapomnieć i pozostać w chwili obecnej.

To się nazywa świadomość chwili obecnej. Kiedy przedstawiam to w kontekście konkretnej sytuacji z mojego życia, możecie zobaczyć, jak bardzo dotyczy to prawdziwego życia. Ale to, co się stało później, zszokowało mnie, bo kiedy przestałem myśleć o przeszłości, czyli o porannym egzaminie, i o przyszłości, czyli popołudniowym egzaminie, zdałem sobie sprawę, że się trząsłem.

Przychodzę tutaj co piątek i przemawiam przed publicznością, tysiące ludzi ogląda to w Internecie, występuję w telewizji na żywo, nie jestem nerwowym człowiekiem, ale wtedy siedziałem i się trząsłem. Presja tych egzaminów mnie przytłoczyła. Byłem zdenerwowany. Co mnie zszokowało, bardziej niż sam fakt, że byłem zdenerwowany, to to, że wcześniej tego nie zauważyłem. Byłem tak zafiksowany na przyszłych i przeszłych wydarzeniach, że byłem kompletnie nieświadomy tego, co się działo z moim ciałem w teraźniejszości. To mnie zaszokowało i wtedy zacząłem rozumieć, dlaczego ludzie chorują. Chorujecie, bo nie macie świadomości własnego ciała. Jesteście tak zaabsorbowani przeszłością i przyszłością, że nie ma was tutaj, ze swoimi ciałami i nie odbieracie znaków. Kiedy już znalazłem się w chwili obecnej i zdałem sobie sprawę, że się trzęsę, byłem w stanie dość łatwo zrelaksować ciało. Właśnie w ten sposób, o którym mówiłem tutaj na początku medytacji: przez uważność i życzliwość można wyłączyć te drgawki.

Kiedy już uwolniłem się od przeszłości i przyszłości, a drżenie ustało, to zauważyłem, jak bardzo zmęczony i wyczerpany był mój mózg. Skojarzyło mi się to ze zużytą torebką od herbaty – wyczerpany potencjał. Mój mózg przypominał starą, wyparzoną torebkę herbaty. Te doświadczenia podpowiedziały mi również skąd pochodzą depresja i negatywne myśli. Jeśli większość ludzi w tym pomieszczeniu stałaby się świadoma stanu własnego mózgu, zdałaby sobie pewnie sprawę, że jest naprawdę zmęczony i potrzebuje odpoczynku. Jako że zdałem sobie sprawę z tego, że mój umysł był zmęczony, mogłem przez kilkanaście minut nie pracować, relaksować się i trwać w bezruchu. Dzięki temu pod koniec tej medytacji mój umysł był znów pełen sił. Czułem się rześko, mój umysł był żywy i pełen energii. I nadal pamiętam, jak moi znajomi komentowali po egzaminach, że byłem jedynym studentem, który po południu wchodził do tej sali egzaminacyjnej z uśmiechem na twarzy.

Byłem w stanie to zrobić, bo czułem się zrelaksowany i dzięki temu poszło mi bardzo dobrze. W stresującej sytuacji, jednej z pierwszych, jakie napotkałem w życiu, poradziłem sobie w taki sposób, że byłem w stanie się uśmiechnąć do tych popołudniowych egzaminów. To jest świetny przykład na to, jak radzić sobie ze stresem. Od tamtej pory korzystałem z tej techniki przez całe życie. Często zdarza mi się pracować tak ciężko, że naprawdę jestem bardzo zmęczony.

Czasem mnisi patrzą na mój rozkład zajęć i mówią, że nie byliby w stanie temu podołać. Tłumaczę im, jak można podołać. Pamiętam, jak kiedyś poleciałem do Singapuru – w piątek wieczorem, to był nocny lot – i jak tylko wylądowałem, musiałem nauczać. W tym czasie grali pewien koncert, który był wczesnym popołudniem, a potem grałem samego siebie w buddyjskim przedstawieniu, a potem wszyscy szli na lunch czy obiadokolację, nie wiem, jak oni to nazywają w Azji – niech będzie, że po prostu „posiłek”. Jako mnich nie mogłem niczego zjeść, a byłem potwornie zmęczony, ale musiałem zabawiać wszystkich, powiedzieć coś mądrego i głębokiego. Z tego samego powodu przychodzę tutaj, inaczej pomyślicie, że zmarnowaliście piątkowy wieczór, więc co piątek jestem pod presją: „Znowu muszę powiedzieć coś mądrego”.

W każdym razie: byłem pod dużą presją i byłem wyczerpany. Znalazłem ciche miejsce – to było wyjście awaryjne – usiadłem i zacząłem medytować. Uwolniłem się od przeszłości, uwolniłem się od przyszłości i poczułem, jak zmęczenie paruje z mojego ciała i umysłu. Po prostu usiadłem i odpoczywałem. Nie robiłem nic. Pogodziłem się ze swoim ciałem, byłem wobec niego życzliwy, a energia popłynęła do mnie z powrotem.

Po półgodzinnej medytacji mogłem znowu występować. Tak radzę sobie ze stresem w życiu. Kiedy jestem zmęczony, odpoczywam. Jeśli nie odpoczywasz, nie pracujesz efektywnie. Problem z ludźmi we współczesnych czasach jest taki, że ciągle idą do przodu, do przodu, do przodu. Ciągle prą do przodu. Nie można tak robić, to nie jest inteligentny styl pracy. Przepraszam, że przytoczę porównanie, którego używałem wcześniej wielokrotnie, ale pasuje do dzisiejszego tematu: ile waży moja szklanka wody? Zrobiłem to podczas mojej wizyty w Imperial College w Londynie w październiku. Imperial College to jedna z czołowych uczelni naukowych i jak tylko zadałem to pytanie, jakiś mądrala na widowni powiedział: „Około 150 gramów” – bo był naukowcem i chciał być dokładny.

Ale nie o to mi chodziło. Ile waży ta szklanka? Chodzi o to, że im dłużej ją trzymasz, tym więcej waży. Trzymasz ją pięć minut, boli cię ramię. Dziesięć minut, boli bardziej. Dwadzieścia minut, umierasz z bólu i jesteś bardzo głupim mnichem. Co powinieneś zrobić, kiedy robi się za ciężka? Odstawić ją. Przynajmniej na kilka albo kilkadziesiąt sekund. Odstaw ją i daj ręce odpocząć przez trzydzieści sekund. A kiedy podniesiesz ją znowu, będzie się wydawała lżejsza. Naprawdę teraz czuję, jakby była o wiele lżejsza. Dlaczego? Bo twoje mięśnie odpoczęły. Teraz łatwiej ją trzymać. Tak należy radzić sobie ze stresem w życiu. Niezależnie od tego, jakie masz obowiązki w życiu, jeśli trzymasz je i trzymasz, to staną się nie do zniesienia. Proszę, odstaw je. Odpocznij, zrelaksuj się. A kiedy potem znowu je podniesiesz, będzie ci lżej. Wymyśliłem to porównanie, a ostatnio ktoś podobno widział je na Australijskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Jak radzić sobie ze stresem, jeśli jest się maklerem giełdowym, w czasach kryzysu ekonomicznego w Europie. A więc to naprawdę działa. W ten sposób można wiele zrobić, nie męcząc się.

Do wszystkich młodych ludzi: jeśli zdajecie właśnie jakieś egzaminy, to wiecie, że jeśli ciągle się uczycie i uczycie, to w końcu wasz umysł jest tak zmęczony, że nie jest w stanie funkcjonować. Tracicie czas. Zamiast tego nauczcie się, jak uwalniać się od rzeczy. Odstawcie to na moment. A potem możecie znowu to podnieść i wasz umysł będzie jasny, i zdolny do efektywnej pracy.

W niektórych sytuacjach da się uniknąć stresu. Stres sprawia, że nie jesteś produktywny, a jedyne, co musisz zrobić, to nauczyć się uwalniać od rzeczy i zostawiać je na jakiś czas. Zaufać, że 5-10 minut relaksu to inwestycja, dzięki której twój mózg będzie bardziej produktywny, a czas, który przeznaczyłeś na relaksację, zwróci się. Wykonasz dwugodzinną pracę w półtorej godziny. I będzie to praca wysokiej jakości. Czy to nie brzmi sensownie? W ten sposób uczysz się, jak zrobić wiele różnych rzeczy, nie doświadczając stresu. Uczysz się relaksować, nie martwisz się o przeszłość, nie martwisz się o przyszłość, twój mózg jest pełen energii i wreszcie wszystko robisz z uśmiechem. Jeśli wlejesz trochę radości w to, co robisz, zauważysz, że stanie się to łatwiejsze. Uśmiech generuje energię.

Jest taka historia, i nie usłyszałem jej na uniwersytecie, to wydarzyło się w świątyni w Tajlandii. W skrócie: musieliśmy wykonać bardzo ciężką pracę fizyczną, przez dziewięć dni przewożąc taczkami ziemię. Nie zostałem mnichem, żeby pracować jak robotnik! Zostałem mnichem, żeby medytować, doświadczać inspiracji, dostrzegać światło w medytacji, słuchać mądrych słów swoich nauczycieli, a nie wozić ziemię taczkami. Byłem wykorzystywany! Pewnego dnia było bardzo ciężko – a to nie było w klimacie australijskim, to było w dżungli, więc było gorąco, wilgotno, dużo komarów, które zjadały nas żywcem, a ja jestem z Anglii, nie jestem przyzwyczajony do takiego klimatu. Mieliśmy jeden posiłek dziennie, ryż z żabami i rybami. Byłem niedożywiony, w klimacie, w którym źle się czułem, wożąc ziemię – i to nie tylko 6-8 godzin dziennie, ale od 9 rano do 10 wieczorem. To naprawdę było wyczerpujące i po kilku dniach miałem dość. Co robią ludzie z Zachodu – Azjaci też – kiedy mają dość? Zaczynają kląć. Więc kląłem jak szewc.

Tylko młodsi mnisi musieli pracować, starsi siedzieli, pili herbatę i rozmawiali z ludźmi. I choć to był ich pomysł, nie musieli nic robić, a my pracowaliśmy. To tak jak z szefami, którzy mają mnóstwo świetnych pomysłów, ale to inni muszą za nich pracować. Dlatego w świątyni mamy zasadę. To jest Czcigodny Cunda. Jeśli Czcigodny Cunda ma pomysł, żeby coś zrobić – sam musi to zrobić. Dlatego mnisi rzadko mają pomysły.

Tam, to tak nie działało i musieliśmy chodzić z tymi taczkami, a ja kląłem. Kląłem po angielsku. Można pomyśleć, że jeśli klnę po angielsku, to tajscy mnisi nie rozumieją, ale oni jak najbardziej widzą, że jesteś nie w humorze. No i jeden z nich podszedł do mnie – nie pamiętam, jak się nazywał, ale dziękuję, powiedział mi wiele ważnych rzeczy o życiu. Sadhu, sadhu! Powiedział: „myślenie o wożeniu ziemi taczką jest trudne, ale samo wożenie jest łatwe”. Myślenie jest trudne, robienie tego – nie.

Coś zaskoczyło w moim umyśle. Ciągle tylko myślałem: nie powinienem musieć wozić tej ziemi, nie chcę chodzić z tymi taczkami, ile jeszcze taczek mam do przewiezienia? I przez to było mi ciężko. Jak tylko przestałem o tym myśleć, taczka wydała się lżejsza i łatwiej było ją pchać. To dziwne, ale to prawda.

Więc jeśli masz zadanie szkolne do zrobienia, jeśli masz jakiś duży projekt, to myślenie o tym jest tą trudną częścią. Wykonanie go tak naprawdę jest łatwe. Zacznij tak pracować, a ogromna ilość stresu zniknie z twojego życia. Ile razy zdarzało ci się coś takiego, że dostajesz jakiś projekt: „Piątek wieczór, nie możesz mi teraz tego dać, nie przed weekendem, to nie fair, nie możesz mi tego zrobić. Dlaczego ja, dlaczego nie ktoś inny? Tak ciężko dla ciebie pracuję!”. Problemem jest roztrząsanie tego. To marnotrawstwo czasu. Po prostu to zrób, a poczujesz, że prawie w ogóle się nie stresujesz. Zapamiętajcie tę naukę: myślenie o tym jest trudne. Zrobienie tego jest łatwe.

Wygłaszanie mów Dhammy: łatwizna, idziesz i mówisz do ludzi. Ludzie ze sobą rozmawiają, a to właściwie to samo, tylko że mówię do mikrofonu. Nawet lepiej, bo mikrofon nie odpowiada. Ale myślenie o tym? „Ojej, muszę przemówić publicznie, co oni o mnie pomyślą, czy im się spodoba, czy im się nie spodoba?” – to jest problem. Więc nie myśl, tylko po prostu to zrób. Dzięki temu mnóstwo stresu znika z twojego życia i dzięki temu możesz zostać człowiekiem sukcesu – umiesz po prostu pracować. Jest jeszcze lęk przed porażką, to też generuje dużo stresu: „Co, jeśli coś pójdzie źle?”.

Kilka spotkań temu miałem wykład: „Dobre, złe – kto to wie?”. Rzeczy nie idą źle, nie ma takiej możliwości. Kiedy coś idzie „nie tak”, po prostu ujawniają się wtedy alternatywne ścieżki twojej przyszłości. Nic w moim życiu nie poszło „nie tak”. Po prostu inaczej. Kilka związków mi się nie udało, ale to po prostu otworzyło mi drogę do zostania mnichem. Więc nie poszło „nie tak”. Nawet kiedy miałem ambitny plan. Kiedy tu po raz pierwszy przyjechałem, byłem mnichem drugiego stopnia, a oni nie muszą pracować, nie muszą podejmować decyzji. Łatwiej być mnichem drugiego stopnia – tak jak Czcigodny Chunda – siedzi się i nic nie robi. To jest super. Takim mnichem chciałem być. Ale starsi mnisi namieszali mi w głowie, moje plany się rozsypały, zostałem starszym mnichem i teraz muszę się nagadać. Ale to nie znaczy, że coś poszło nie tak. Nieważne, co się dzieje w życiu – trzeba po prostu postarać się pracować z tym, co się ma. Jest takie stare powiedzenie, które bardzo lubię: „Kiedy księżyc się chowa, gwiazdy mogą lśnić”. Kiedy znika księżyc, gwiazdy mogą świecić. Kiedy jedna osoba znika, pozostałe mogą zalśnić. Tak samo kiedy ja zniknę, Chunda będzie lśnić.

Chodzi o pozytywne nastawienie do życia, dzięki któremu pozbywamy się stresu. Nie ma takiej możliwości, że coś idzie źle. Lęk przed tym, że coś będzie nie tak, powoduje wiele stresu w życiu, więc cokolwiek robię, po prostu to robię, żeby zobaczyć, co się stanie. W moim życiu nic nie poszło nie tak. Nic. Tylko inaczej niż planowałem. Nie myślę w kategoriach „dobrze” i „źle”. Raczej w ten sposób: mogę skręcić w prawo i mogę skręcić w lewo. Który kierunek jest słuszny, a który nie? Po prostu, jedna droga prowadzi w tę, druga w tamtą stronę. To ułatwia podejmowanie decyzji: decyduję się na coś, patrzę, co się stanie, tak czy siak zawsze da się coś zrobić z tym, co się ma. W ten sposób strach znika.

Tak też zrobiłem, gdy główny mnich ściągnął szaty. Więc pomyślałem sobie, że mogę zostać nauczycielem i jeśli będę w tym dobry, to super, może zainspiruję ludzi. A jeśli będę kiepski i ludzie powiedzą: „O, dzisiaj Ajahn Brahm ma prelekcję, idę stąd, nie będę marnować piątkowego wieczoru” – to jeszcze lepiej, zostanę pustelnikiem, mogę się zająć czymś innym. Tak czy siak, nie odczuwam tego jako porażki, a kiedy nie przeżywasz porażek, to stresujesz się o wiele mniej i masz większą ochotę próbować różnych rzeczy.

Była tutaj pewna kobieta, która zastanawiała się, co zrobić w związku z pewnym mężczyzną: zadzwonić do niego czy nie. Zadzwoń, czemu nie spróbować, postaw wszystko na jedną kartę. Jeśli ktoś ci się podoba, zaryzykuj, spytaj, czy się z tobą umówi – ale nie pytajcie nas, mnichów. Po prostu to zrób. Zastanów się, ile okazji w życiu straciłeś, bo się bałeś. Potem patrzysz wstecz i myślisz: „Powinienem był spróbować, zebrać się na odwagę, może nic by z tego nie wyszło, ale przynajmniej bym spróbował”.

No właśnie, strach przed porażką. Kilka lat temu pojechałem na odosobnienie dla liderów biznesu i spotkałem biznesmena, który powiedział: „W biznesie już nie nazywamy tego porażką, tylko porażką do przodu”. Podoba mi się to: możesz ponieść porażkę, ale idziesz do przodu, uczysz się na tym, stajesz się lepszym człowiekiem, bo spróbowałeś i OK, nie wyszło, ale czegoś się nauczyłeś i było to warte tego doświadczenia. Dzięki temu cały ten niepokój, co będzie, jeśli zrobisz to czy tamto, znika z twojego życia. Idź, spróbuj. Pamiętaj, to myślenie o tym jest trudne, zrobienie tego jest łatwe. I tak powinniśmy się uczyć w życiu. Zakończę tę mowę pewną zabawną historią, która przekazuje ważną prawdę. Chyba jeszcze nie opowiadałem jej tutaj, a jeśli tak, to bardzo rzadko.

Bardzo ważne jest, żeby się nauczyć tych technik. Tracicie mnóstwo czasu, ucząc się innych rzeczy, które nie są ważne. Ważne jest, żeby nauczyć się radzić sobie ze stresem przez uwolnienie od przeszłości i przyszłości, nauczyć się po prostu pracować bez rozmyślania o tym. Wkładanie energii w to, co się robi, nieuznawanie porażek, pozwolenie, żeby to, co się przytrafia, nie zostawało w nas – to są ważne elementy naszego życia. Tak ważne, że przypomniały mi o historii starego żeglarza i profesora. To historia sprzed wielu, wielu lat, kiedy nie było linii lotniczych i przez morza trzeba było płynąć statkiem. Ten profesor musiał udać się za morze, żeby dać serię wykładów. Kupił bilet na liniowiec i pierwszej nocy na statku, po kolacji, wybrał się na pokład, żeby zaczerpnąć wieczornego powietrza. Wtedy zobaczył starego żeglarza, który siedział i patrzył w gwiazdy, bo była to piękna, bezchmurna noc. Profesor podszedł do żeglarza i zagaił:

– Jak długo już pływa pan po morzach?
– Od czternastego roku życia, a teraz jestem po sześćdziesiątce. Żeglowałem całe życie.
– To wspaniale – powiedział profesor. – Wie pan, jednym z moich hobby jest astronomia. Te gwiazdy prowadzą statki, a pan pewnie wie wszystko o gwiazdach, porozmawiajmy o astronomii.
– Co to jest astronomia? – spytał żeglarz.
– To te gwiazdy nad pańską głową!
– Ja nic nie wiem o gwiazdach.
– Jak to? Tyle lat na morzu i nigdy nie nauczył się pan niczego o gwiazdach na niebie?
– Nie.
– Cóż za głupi staruch – powiedział profesor. – Co za marnotrawstwo życia, ty głupcze.
I profesor odszedł, zdegustowany. Kolejnej nocy profesor był znowu na pokładzie. I zobaczył tego starego żeglarza, który spoglądał w dół na wodę oceanu. Postanowił dać mu drugą szansę. Podszedł więc do niego i powiedział:
– Wie pan, moim drugim hobby jest morska fauna i flora. Zwierzęta, które żyją w tych wodach, a pan spędził tyle czasu na morzu, porozmawiajmy o biologii morskiej.
– Biologia morska? Nic o tym nie wiem – powiedział stary żeglarz.
– Co takiego?? Tyle lat na morzu i nigdy nie chciało się panu nauczyć o tych wspaniałych stworzeniach, które żyją w wodzie??
– Nie – odpowiedział żeglarz.
– Ty głupcze! Ty stary głupcze! Co za marnotrawstwo życia, nie będę z panem więcej rozmawiać.
Trzeciej nocy na morzu – spokojnie, były tylko cztery noce, już prawie kończę – trzeciej nocy kucharz ugotował naprawdę wspaniałą kolację. Profesor był w świetnym nastroju. Pogoda była idealna: wiał delikatny wietrzyk. Profesor postanowił dać staremu żeglarzowi jeszcze jedną szansę. Powiedział do niego:
– Stary żeglarzu, ten wiatr prowadzi pana statek. Jeśli jest sztorm, to może go nawet zatopić. Wiem, że niewiele pan wie o astronomii i biologii morskiej, ale jako żeglarz, musi pan się znać na pogodzie. Tak się składa, że jestem profesorem meteorologii i jadę, żeby dać serię wykładów na sławnym uniwersytecie. Może porównamy notatki? Proszę, niech pan powie, co pan wie o pogodzie.
– Profesorze, nic nie wiem o pogodzie. Nawet nie wiem, jak się pisze „meteorologia”, cokolwiek to znaczy – powiedział żeglarz.
– Co takiego?? – powiedział profesor. – Tyle lat na morzu i nie wiesz nawet nic o pogodzie, która prowadzi twój statek?? Głupcze, ty kompletny głupcze, co za marnotrawstwo życia!

I odszedł, bo nie miał zamiaru więcej rozmawiać z takim idiotą.
Czwartej nocy – to już ostatnia – profesor w ogóle nie wyszedł na pokład. Nie poszedł nawet na kolację, bo morze było wzburzone i cierpiał na chorobę morską, więc nie mógł nic zjeść, bo od razu by zwymiotował. A im dłużej trwała burza na morzu, tym było gorzej. Statek coraz bardziej się kołysał w tej straszliwej burzy, aż tu nagle „trach!” – jesteście już podekscytowani? Przez kilka chwil było cicho, potem profesor usłyszał, jak ludzie biegną za drzwiami jego kabiny. Bardzo wystraszony, otworzył drzwi i jak myślicie, kogo zobaczył na korytarzu? Tego starego żeglarza, z którym wcześniej próbował rozmawiać.
Żeglarz zatrzymał się, popatrzył na niego i zapytał:
– Profesorze, czy przez te wszystkie lata nauczył się pan pływać?
– Nie, nie miałem okazji – odpowiedział profesor.
– Co za głupi profesor, co za marnotrawstwo życia. Nasz statek tonie.

Morałem tej historii jest: jeśli chcesz być żeglarzem, to do diabła z astronomią, biologią morską i meteorologią, ale musisz umieć pływać. I tak samo jest z życiem: możesz się uczyć wielu rzeczy, które może są ciekawe i zajmujące, ale najważniejsze jest to, żeby nauczyć się jak nie utonąć.

W stresie współczesnego życia, trzeba umieć pływać wśród tych wszystkich obowiązków i zmartwień. Jeśli się tego nauczysz, to nikt nie powie: „Co za głupi człowiek, co za marnotrawstwo życia!”. Więc proszę, nauczcie się pływać. Dziękuję za uwagę.

O autorze

brahm.jpg

Brahmavamso Ajahn
zobacz inne publikacje autora

Czcigodny Ajahn Brahmavamso Mahathera (znany jako Ajahn Brahm), właściwie Peter Betts, urodził się w Londynie 7 sierpnia 1951 roku. Obecnie Ajahn Brahm jest opatem klasztoru Bodhinyana w Serpentine w Australii Zachodniej, Dyrektorem ds. Duchowych Buddyjskiego Towarzystwa Stanu Australia Zachodnia, Doradcą ds. Duchowych przy Buddyjskim Towarzystwie Stanu Wiktoria, Doradcą ds. Duchowych przy Buddyjskim Towarzystwie Stanu Australii Południowej, Patronem Duchowym Bractwa Buddyjskiego w Singapurze oraz Patronem Duchowym ośrodka Bodhikusuma Centre w Sydney.

Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: Facebook

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL: Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.

gnu.svg.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0

cc.png

Oryginał można znaleźć na tej stronie: LINK

Źródło: http://www.bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii
Redakcja polska: Alicja Brylińska
Czyta: Ula Feluś

Image0001%20%281%29.png


Redakcja portalu tłumaczeń buddyjskich: http://SASANA.PL/