Tytuł: W jak wybaczenie

O autorze: Ajahn Brahmavamso

Wersja pdf: pdf2.jpg

zobacz źródło

print

Wersja epub: epub2.jpg

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Witam wszystkich na dzisiejszym spotkaniu. Właśnie wróciłem z kolejnego pobytu za granicą – wyjechałem w sobotę, żeby poprowadzić spotkania w Singapurze i Kuala Lumpur, wróciłem w czwartek rano.

Będę dziś trochę zbaczać z tematu, którym stawianie czoła trudnościom w życiu, szczególnie trudnym sytuacjom z przeszłości; to temat, którym już się zajmowałem, ale ciągle wraca, i tu, i w Malezji, gdzie ludzie pytają mnie, jak według buddyzmu można poradzić sobie z trudnościami – również tymi traumatycznymi. Kiedy byłem w Singapurze, wygłosiłem wykład na zakończenie festiwalu filmu buddyjskiego. Mamy teraz okres święta Vesak, czyli obchodów narodzin, śmierci i oświecenia Buddhy, i z tej okazji na całym świecie odprawia się wiele ceremonii i odbywają się festiwale. Pojechałem więc do Singapuru wziąć udział w festiwalu buddyjskim. Jako, że zazwyczaj improwizuję, zacząłem mówić o czymś, co się wydarzyło kiedy zostałem mnichem, około trzydzieści sześć albo siedem lat temu w Tajlandii. Ktoś mi pokazał Tajską gazetę; nie znałem jeszcze dobrze Tajskiego, ale tak jak teraz, najbardziej lubiłem komiksy. W tamtej gazecie też znalazłem komiks, w którym głównym bohaterem był Supermnich. To było ponad trzydzieści lat temu, więc Supermnich był podobny do Supermana albo innych superbohaterów. Supermnich oczywiście umiał lewitować, latać w powietrzu i miał moc powstrzymywania pociągów przed zderzaniem i samolotów przed spadaniem; umiał uratować wszystkich przed bandytami. Ale odwrotnie niż Superman i inni superbohaterowie, którzy albo zabijają przestępców albo wysyłają ich do więzienia, Supermnich dawał im pięć buddyjskich wskazań, dzięki czemu stawali się bardzo dobrymi ludźmi - nawet sami zostawali mnichami. To o wiele lepsze zakończenie niż przemoc. Czasem nawet ci superbohaterowie używają za dużo przemocy, a zamiast tego do rozwiązywania problemów na świecie można użyć mądrości i współczucia.

Teraz w różnych magazynach pojawiają się różni superbohaterowie, o których czytałem jako dziecko: Batman, Zielona Latarnia, Flash i reszta. Ciągle teraz robią o nich filmy. Moim zdaniem po festiwalu buddyjskim powinni puszczać film o Supermnichu. Czasami wymyślam takie rzeczy i może myślicie, że to głupoty, ale na tych spotkaniach czasami spotyka się ciekawe osoby. I kiedyś po moim wykładzie ktoś wstał i powiedział: „mój były mąż pracuje dla Stevena Spielberga i Dreamworks. Zasugeruję mu ten pomysł”. Jeśli za rok albo dwa Dreamworks wypuści film o Supermnichu, z Ajahnem Brahmem jako konsultantem, to będziecie wiedzieć jak to się stało.

To by było super, bo wszyscy inni superbohaterowie w końcu karzą tych przestępców. Jest takie przekonanie, że jeśli ktoś coś robi źle, to trzeba go ukarać. Albo kiedy sam robisz coś złego, musisz to jakoś odpokutować. Dzięki temu psycholodzy, terapeuci i psychiatrzy ciągle mają pracę. Ale to można załatwić inaczej; można inaczej potraktować terrorystów i innych złych. Jeśli ich karzemy i wsadzamy do więzień to czy to w czymkolwiek pomaga? Muszę przyznać, że byłem bardzo dumny z naszego przewodniczącego, który po tym, jak zabito Osamę Bin Ladena, napisał do jednej z miejscowych gazet, że to nie był najlepszy pomysł. Kiedy wyjeżdżam za granicę, ludzie też mnie o to pytają; kilka dni temu w Kuala Lumpur ktoś zapytał: „Ajahn Brahm, co pan myśli o zabiciu Bin Ladena? Jako mnich buddyjski?”

Jeśli o mnie chodzi, to zabijanie nie przyniesie nic dobrego. To tylko uczy nas, że jeśli się kogoś boimy, jeśli ktoś sprawia jakieś problemy, to można po prostu go zabić i kłopot z głowy. Ludzie mówią, to jeden terrorysta mniej. Już nikogo nie zabije. Ale czego nas to uczy? To nas uczy, że przemoc jest dobrym sposobem na rozwiązywanie problemów. I to dotyczy też przemocy domowej. „Mój mąż traktuje mnie tak, że przypomina mi Osamę Bin Ladena”. Jest tyle przemocy w naszym społeczeństwie; dlaczego tak jest? Bo myślimy, że ludzie na nią zasługują, że to sprawiedliwość. I w ten sposób utrwalamy kulturę zemsty w społeczeństwie. Jednym z powodów dla których zostałem buddystą było to, że byłem zaniepokojony tym, w jakim świecie miałem spędzić resztę życia. Nienawidziłem przemocy; może to dlatego, że byłem dzieckiem ludzi, którzy przeżyli drugą wojnę światową. Dom sąsiadów mojej matki został zbombardowany. To był jeden z szeregowców pooddzielanych pojedynczą ścianą, przez którą czasem można było usłyszeć kłócących się sąsiadów, albo włączone radio. I kiedy w czasie wojny bomba spadła na dom sąsiadów, którzy mieszkali tuż za ścianą, i wszystkich zabiła, moja matka miała szczęście, że tylko pokaleczyły ją odłamki szkła. I oczywiście dom nie nadawał się już do zamieszkania, ale przeżyła.

To było oczywiście tylko jedno doświadczenie przemocy która miała miejsce tuż obok niej, ale wszyscy ludzie z tamtych czasów nosili w sobie blizny, nie tylko fizyczne, ale też emocjonalne; i może dlatego jako młody człowiek myślałem, że musi być jakaś inna droga niż przemoc, kara i odwet. I kiedy zobaczyłem buddyjskie nauki o braku przemocy i przebaczeniu, zdałem sobie sprawę, że to jest właśnie inna droga, i poszedłem nią. I tu nie chodzi tylko o brak przemocy w stosunkach międzynarodowych, ale choćby w filmach: jak Supermnich, który nie karze ludzi, tylko powstrzymuje zagrożenia i uczy przestępców, że można radzić sobie z życiem w inny sposób.

A szczególnie – i na tym się dziś skupimy – dotyczy to przemocy, której doświadczyliśmy i której się dopuściliśmy w przeszłości. Każdy z nas ma jakąś historię. I czasem ta historia nie jest przyjemna. Niektórzy doświadczyli w młodości przemocy, fizycznej lub seksualnej. Co z tym zrobić? Jako, że buddyzm jest jedną z niewielu ścieżek, które nie utrwalają kultury odwetu, i oddzielają ideę zemsty od sprawiedliwości, to pomyślałem, że to piękna ścieżka, i zacząłem ją praktykować i jej nauczać. I to pomogło tak wielu ludziom.

Trudna przeszłość – co z nią zrobisz? Nasze społeczeństwo uważa, że musimy wziąć problem, rozwiązać go, wymierzyć sprawiedliwość, ukarać sprawcę, bo jeśli nie, to zrobi to znowu komuś innemu. Dla mnie to nigdy nie miało sensu. Uważałem, że lepiej podążać za tym, czego nauczał buddyzm. To proste nauki, które tak naprawdę już znasz. Takie rzeczy jak: „on mnie skrzywdził, zranił, oszukał” – to myśli, przez które nienawiść nigdy w człowieku nie wygasa. To prosto z Dhammapady. „On mnie skrzywdził, ona mnie wykorzystała, oni mnie oszukali” – jeśli zatrzymujesz te myśli, to ból i nienawiść nigdy się w tobie nie kończą. A buddyzm mówi: powstrzymaj te myśli, daj im odejść, to przeszłość, to już minęło. To było dla mnie niesamowite odkrycie, że można to zrobić: po prostu wziąć cały ból przeszłości i pozwolić mu odejść. Nie musisz go ze sobą nosić.

Prowadzę warsztaty na wielu konferencjach uczęszczanych przez psychologów, którzy mówią, że to bardzo ważny komunikat: żeby nie wspominać ciągle przeszłości i na nowo jej przeżywać, ale znaleźć sposób na to, żeby ją odciąć, raz na zawsze. To właśnie zalecał Buddha. I fakt, że zasugerował coś takiego 2600 lat temu - czyli wtedy kiedy zgodnie z naszą tradycją Buddha doświadczył oświecenia – a w tamtych czasach nikt inny, ani żadna religia nie rozumiała ludzki umysł tak dogłębnie, żeby zasugerować, że coś takiego jest możliwe. Uważam, że można powiedzieć, że psychologia zaczęła się razem z buddyzmem. Wtedy zaczęło się zrozumienie natury umysłu człowieka i skutecznych sposobów na poradzenie sobie z bólem i problemami z przeszłości. To mnie zainspirowało. Ale jak to się robi?

Kiedy prowadzę te spotkania, lubię przytaczać anegdotki z życia, żeby pokazać jak te idee działają w życiu codziennym. Bo ludzie często słuchają nauk i mówią, że tak, to brzmi pięknie i inspirująco, ale my żyjemy w prawdziwym świecie; jak to się przekłada na życie? Więc przytaczam przykłady z życia.

Miałem bardzo dobre dzieciństwo, więc nie mogę użyć go jako przykładu, ale mogę za to opowiedzieć o moim ojcu. Już o tym opowiadałem, ale to bardzo mocna historia. Mój ojciec urodził się w Liverpoolu, tuż po pierwszej wojnie światowej. Dorastał w czasach wielkiego kryzysu. Globalny kryzys, który mamy teraz to nic w porównaniu do tego, co się wtedy działo: ludzie dosłownie nie mieli co jeść. Dosłownie głodowali. I kiedy szli do pracy, to mieli szczęście, jeśli jej tego dnia nie stracili. Mój ojciec i dziadek opowiadali, że życie w kryzysie oznaczało ciągłą niepewność, nie było pomocy socjalnej i niektórzy umierali. Ludzie nie mieli co jeść i gdzie mieszkać. Ludzie mieli dzieci, które urodziły się w lepszych czasach, a później nie mieli pieniędzy, żeby je utrzymać. Było naprawdę bardzo ciężko. Mój ojciec, który dorastał w tamtych czasach, opowiadał mi o swoim ojcu, moim dziadku, który miał pracę: był hydraulikiem. W takim zawodzie zawsze znajdzie się jakaś praca. Zarabiał, ale życie było tak dołujące i bez żadnej nadziei na przyszłość, i dzieci które miał ze swoją żoną oznaczały tylko kolejną osobę do wyżywienia w domu. A w tamtych czasach nie było antykoncepcji. Więc jego życie polegało na chodzeniu do pracy, a po pracy do pubu, a potem do domu, po pijanemu. I tak prawie każdego dnia. Mój ojciec opowiadał, że jak tylko słyszał kroki swojego ojca, to się chował, bo dziadek zdejmował pas i bił dziecko, które stanęło mu na drodze. A potem bił matkę, która nie mogła się przed nim schować. To była straszna przemoc w domu alkoholika, który stracił nadzieję. Tak mój ojciec opisywał swoją młodość. Zabrało mi wiele lat zanim to z niego wyciągnąłem. To normalne, że dziecko chce wiedzieć, jacy byli rodzice jego rodziców. Byłem ciekaw swoich korzeni. Ale zajęło mu wiele lat, zanim mi powiedział, w jakich warunkach dorastał.

Pamiętam, jak kiedyś opowiedział o tym, jak dostawał lanie, mimo, że nic nie zrobił; nie zasługiwał na karę, ale jego ojciec był pijany i stracił wszelką nadzieję. Ojciec powiedział, że powziął postanowienie: za każdym razem, kiedy ten pas go uderzał, myślał o tym, że pewnego dnia być może sam będzie miał dzieci, i że jeśli tak się stanie, to nigdy, przenigdy nie będzie ich tak traktował. Wiele lat później spotkał moją matkę; ja byłem jednym z dwójki dzieci które razem mieli. Był jednym z najbardziej łagodnych ludzi jakich znałem. Nawet, kiedy byłem niegrzeczny, nie był w stanie mnie uderzyć. Wtedy nie wiedziałem dlaczego tak było, ale teraz rozumiem. To było jego postanowienie. Wiedział, jak to boli. Nie tylko fizycznie – również emocjonalnie. Zdał sobie sprawę, że nie tak powinno się wychowywać dzieci. Chyba wyrosłem na ludzi. Takiego właśnie miałem ojca. Po prostu nie stosował wobec mnie przemocy, ani wobec mojego brata. On jest kilka lat starszy ode mnie, i jest naprawdę dobrym człowiekiem; teraz jest już na emeryturze.

Mój ojciec doświadczył przemocy, ale nigdy nie przeniósł jej na swoje dzieci. Ta przemoc nie została przekazana kolejnemu pokoleniu. Dlaczego? Bo przyjrzał się tej przemocy, przyjął do wiadomości, że się wydarzyła i miał na tyle mądrości i współczucia, że powiedział sobie, że nigdy nie potraktuje tak drugiego człowieka. Kiedy my doświadczamy przemocy i jesteśmy ranieni, czy nie możemy zrobić tego samego? Wiedząc, jak to boli, jak rani, jak to niszczy zaufanie kiedy ktoś, kogo kocham tak bardzo mnie krzywdzi. Czy nie możemy się z tego nauczyć? I zamiast przekazywać cierpienie dalej: „oni mnie zranili, więc ja zranię kogoś innego” powiedzieć sobie: „nigdy nikogo tak nie skrzywdzę. Znam to uczucie, wiem jak to boli; nigdy tego nie zrobię.”

To, co się wtedy dzieje, to jedna z podstawowych nauk buddyzmu: uznajemy ból. I wybaczamy. Nie chcemy karać. Ale uczymy się z niego. Uczymy się i wzrastamy, i stajemy się o wiele lepszymi ludźmi. Mój ojciec rozumiał miłość i okazywał mi ją. Nauczył mnie kochać, mimo, że miał taką straszną przeszłość. Praktykował nauki buddyzmu. „Zranił mnie, znęcał się nade mną, oszukał mnie” – tak myślał o swoim ojcu – „ale moja nienawiść nie zniknie jeśli będę o tym myślał”. I uwolnił się od tego, i dzięki temu nigdy nie stosował wobec mnie przemocy.

W taki sposób radzimy sobie z przeszłością: nie ukrywamy jej, nie zaprzeczamy, że się wydarzyła. Najważniejsze jest uznanie, że coś się wydarzyło. Nic nie ukrywamy. Prawda i szczerość to pierwszy krok na jakiejkolwiek duchowej ścieżce. Nie ma religii opartej tylko na fantazjach i historiach, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. To jest kolejna rzecz, którą bardzo cenię w buddyzmie: prawda jest ważniejsza niż to, czy ktoś ma rację. Czasami ludzie myślą, że to, że ktoś jest szefem, przywódcą, ja tu rządzę, ja mam rację. I czasami osoby posiadające władzę stoją na drodze prawdzie. Prawda nie ma nic wspólnego z posiadaniem racji. Prawda polega na patrzeniu głębiej; jeśli automatycznie zakładasz, że ktoś ma rację, to znaczy, że nie patrzysz głębiej. Nad prawdą trzeba ciągle pracować; racja to coś, co się wydarza i już. Żadnych pytań, żadnej dyskusji. Masz rację i już. Ale prawda to coś, do czego nigdy nie docieramy, w tym sensie, że nie możemy mieć racji. Zawsze można spojrzeć głębiej, znaleźć coś więcej, więcej zrozumieć. Od myślenia, że ma się rację, zaczynają się dogmaty. Poszukiwanie prawdy polega na patrzeniu głębiej, znajdywaniu więcej i uczeniu się na nowo.

W buddyzmie uznajemy to co się dzieje, docieramy głębiej, do sedna tego co się dzieje. Niczego nie ukrywamy. Zaprzeczanie nie ma nic wspólnego z buddyzmem. Jesteśmy szczerzy. Czwarte wskazanie nie oznacza tylko powstrzymywanie się od mówienia nieprawdy innym ludziom, ale też sobie samemu. Oznacza życie w prawdzie wobec tego kim się jest, najbardziej jak się potrafi, i patrzenie głębiej. Skoro już staniemy wobec prawdy, to jest nasz pierwszy krok.

Kiedyś musiałem wygłosić mowę – bo ludzie wybierają dla mnie tematy; wolę jeśli ludzie proszą o spotkanie i żebym omówił jakiś konkretny temat. Bo po pierwsze to żadne wyzwanie mówić o czymś co się samemu wybrało, a po drugie jeśli mówię o tym, o czym ja chcę mówić, to to nie łączy mnie z ludźmi. W Malezji poproszono mnie, żebym przemówił na temat o którym nic nie wiedziałem, bo nie rozumiałem słowa, którego użyli w opisie. Miałem przemawiać przez trzy godziny na temat, którego nie rozumiałem, więc pierwszą rzeczą o którą zapytałem, było co oznacza temat mojej prelekcji. Okazało się, że to Malezyjskie słowo oznaczające harmonię i zjednoczenie różnych społeczności zamieszkujących Malezję, bo w Malezji są cztery duże społeczności: Malezyjczycy, Chińczycy, Hindusi i inne nacje, głównie rdzenni mieszkańcy tego regionu. I jeszcze parę procent ludzi z Zachodu i z innych części świata. I jeśli śledzi się malezyjską politykę albo rozmawia z ludźmi, którzy się tam wychowali, to widać, że pomiędzy tymi grupami społecznymi panuje napięcie, które raz na jakiś czas wybucha. Ludzie pytali jak można połączyć i zharmonizować te cztery społeczności, i jedną z pierwszych rzeczy, które powiedziałem, to to, żeby ludzie byli szczerzy co do tego dlaczego nie lubią innych nacji. Powiedziałem im, żeby zapisali to na kartkach: dlaczego nie lubią Malajczyków, Hindusów, wreszcie Chińczyków – większość z nich to byli Chińczycy, więc pytałem dlaczego nie lubią siebie samych. Powinniśmy być otwarci na własne wady i słabości.

Potem poprosiłem, żeby zapisali za co lubią te grupy; za co szanują Malajczyków, Hindusów – wiecie, za co najbardziej szanuję Hindusów w Malezji? Robią świetną herbatę. Indyjska herbata jest mocna, aromatyczna, ze skondensowanym mlekiem, bardzo ją lubię. No i spisali to wszystko; byli szczerzy, i zachowali harmonię. I właśnie dzięki harmonii możemy poradzić sobie z przeszłością.

Mój dziadek bił mojego ojca. Ale również go karmił, ochraniał i wychowywał. Ta historia ma drugą stronę. Jest w niej nie tylko ból, ale też radość, i to jest ważny element uwalniania się od przeszłości. „Skrzywdził mnie, znęcał się nade mną, oszukał mnie” – ta negatywność, złość, poczucie winy nigdy nie odejdą jeśli będziesz myśleć w ten sposób. Więc jak się uwalnia? Mówisz otwarcie co się stało, ale widzisz też drugą stronę. „Bywał dla mnie dobry. Opiekował się mną. Poza tym, że mnie bił.” I wtedy uwolnienie staje się możliwe. Bo zdajesz sobie sprawę, że warto się uwolnić. Ludzie nieraz pytają jak można komuś wybaczyć. Gdyby ktoś z twojej rodziny zginął w World Trade Center jedenastego września; gdyby to była twoja matka albo dziecko, które poszło tylko do pracy, które nie zrobiło nic, nie miało nic wspólnego z polityką, nie było muzułmaninem ani chrześcijaninem; które poszło do pracy i zginęło przez tego okropnego Osamę Bin Ladena. Można wtedy zrozumieć dlaczego niektórzy ludzie ucieszyli się z jego śmierci - ponieważ nie widzą całości. Chcą zemsty. Nigdy nie wybaczyli. Dla takich ludzi nawet śmierć Osamy Bin Ladena niczego nie kończy; chcą, żeby wszyscy zginęli.

Czy zauważyliście, że sprawiedliwość w formie zemsty nigdy niczego nie kończy i nie rozwiązuje. Jeśli twoje dziecko zginęło, i znaleziono i stracono zabójcę, to twój ból się nie skończył. Nadal trwa. Ludzie myślą, że skoro wymierzono sprawiedliwość, to teraz mogą iść dalej. Nie, nie mogą. To nie tak działa.

Inna ścieżka to wybaczenie. Ludzie często mnie pytają jak to robię, że przebaczam, jeśli ktoś mnie bardzo zranił, zniszczył moje życie; inna ścieżka to bycie szczerym, o wiele bardziej niż wcześniej, i dostrzeżenie pozytywnej strony tej osoby. Dostrzeżenie w niej dobra.

Niestety, nie czytamy o takich rzeczach w gazetach. To by było niesamowite, gdyby ktoś zrobił listę dobrych rzeczy, które zawdzięcza w życiu Osamie Bin Ladenowi. Dobroć i miłość, którą okazywał swoim dzieciom. Jestem pewien, że to robił. Każdy ma to w sobie. Trudno tak na niego spojrzeć, bo myślimy o nim stereotypami i osądzamy mając za mało informacji. Już postanowiliśmy: ta osoba jest zła i nie ma żadnych dobrych cech. A takie osądzanie uniemożliwia wybaczenie. Żeby wybaczyć i pójść dalej, musimy dostrzec w naszym wrogu coś dobrego i pięknego, co możemy szanować. Jak tylko zrobimy ten trudny krok, reszta pójdzie łatwo. Zdamy sobie sprawę, że to nie był taki straszny człowiek. Zrobił naprawdę straszne rzeczy, ale istniała też część jego, której się nawet nie domyślałeś. Kiedy to dostrzeżesz, możesz się uwolnić. Kiedy dostrzeżesz inną część osoby, która cię skrzywdziła lub oszukała, to wtedy możesz wybaczyć.

Wybaczenie nie zabiera bólu przeszłości; wybaczenie cię od niego uwalnia. Innymi słowy, możesz dzięki niemu uczyć się, rozwinąć się i zrozumieć dlaczego takie rzeczy się dzieją. Dlaczego był człowiek, który bił mojego ojca bez powodu? Dlaczego był człowiek, który myślał, że to dobry pomysł, żeby wysadzić ludzi w imię jakiejś ideologii? Dlaczego ludzie cię oszukali, dlaczego twój partner cię zdradził, dlaczego ludzie oskarżyli cię o coś, czego nie zrobiłeś i zniszczyli twoją reputację? Jak tylko zrozumiesz dlaczego, możliwe jest wybaczenie. A kiedy wybaczasz, jesteś wolny od przeszłości.

I nie chodzi o wybaczanie tylko tym, którzy skrzywdzili ciebie. Chodzi też o wybaczenie samemu sobie, bo jedno łączy się z drugim. Ludzie złoszczą się na innych i czują się winni. Ileż razy to widziałem. Przychodzą tutaj dzieci i mówią, że są złe i bezwartościowe; niektóre mają myśli samobójcze. Ja i Dennis rozmawialiśmy o tym niedawno: dlaczego dzieci mają takie problemy? To przez nasze społeczeństwo, które chce wymierzać sprawiedliwość i mścić się, które myśli, że niektórzy są źli i trzeba ich zniszczyć, więc jeśli patrzysz na samego siebie i myślisz, że jesteś zły, to stwierdzasz, że musisz zniszczyć samego siebie. Takie myślenie generuje mnóstwo bólu. Pewnie większości z was zdarzyło się pomyśleć, że coś jest z wami nie tak, że jesteście źli. Dlaczego? Bo przytrafiły wam się różne rzeczy. „Muszę być zły, muszę być okropny; inaczej dlaczego by mi się to przytrafiło?” I oczywiście ten gniew i przygnębienie tworzą poczucie winy. Ze wszystkich dołków, w które ludzie wpadają, czucie się winnym przez coś, co się zrobiło jest najgłupsze. Dlaczego to robimy?

Po pierwsze, to nie ma żadnego sensu. Jestem racjonalistą, kiedyś byłem naukowcem. Kiedy czujemy się winni, powtarzamy: „co ja zrobiłem, powinienem był to zrobić inaczej”. Czasami nie wiesz, że mogłeś coś zrobić inaczej; nie wiesz, co by się stało, gdybyś to tak zrobił. Nie wiesz, jak by się to skończyło. Bardzo możliwe, że to co zrobiłeś było lepsze.

Przypomnę pewną starą historię; opowiadałem ją już kilka tygodni temu. To dobra historia, i można jej używać w codziennym życiu i pomóc ludziom rozwiązać różne problemy. To historia, która pojawiła się w „Good? Bad? Who Knows?”, o królu, który pojechał na polowanie i skaleczył się w palec. W jego świcie był lekarz, więc król poprosił go, żeby obejrzał ten palec. Lekarz obejrzał jego palec i założył mu opatrunek. Król zapytał: „i wszystko będzie dobrze?”. Lekarz odpowiedział: „dobrze, źle - kto to wie?”. To mądra myśl, ale król nie był zadowolony i kiedy wrócił do pałacu po polowaniu, jego palec był czerwony, bo wdała się infekcja. Król zawołał lekarza: „zobacz, z moim palcem jest coś nie tak”. Lekarz zdjął bandaż, posmarował palec maścią i założył nowy opatrunek. Król znowu zapytał: „czy wszystko będzie dobrze?” A lekarz znów odparł: „dobrze, źle - kto to wie?” Królowi nie podobała się ta odpowiedź, ale miał dużo pracy i kazał głupiemu lekarzowi odejść.

Kilka dni później jego palec wyglądał już tak źle, że lekarz musiał go amputować. Jeśli wam by się to przydarzyło, pozwalibyście lekarza. Poszlibyście do sądu i dostali jakieś odszkodowanie. Ale wtedy nie było odszkodowań, więc król wtrącił lekarza do lochu pod pałacem, krzycząc: „ty głupcze, zobacz co się stało z moim palcem przez to twoje ‘dobrze, źle - kto to wie?’ Co teraz powiesz?” I wiecie, co powiedział lekarz? „Dobrze, źle - kto to wie?” Król stwierdził, że to wariat i zostawił go, żeby zgnił w lochu.

Kilka tygodni później, kiedy jego palec się zagoił, wrócił do swojej ulubionej rozrywki, czyli polowania. Tym razem zapędził się daleko w pogoni za jakąś zwierzyną, zgubił swoją świtę i nie wiedział jak wrócić. Błąkał się po lesie, aż został złapany przez ludzi, którzy tam mieszkali. Nie wiedzieli, że jest królem, złapali go tak po prostu. To było w jakieś ich święto, więc zabrali go do kapłana, żeby złożył go w ofierze ich bogom. Związali go i kapłan zaczął odprawiać czary, potem wyjął nóż do składania ofiar i już miał poderżnąć królowi gardło, ale w ostatniej chwili kapłan zauważył, że król nie ma jednego palca. Kazał wszystko przerwać. Powiedział: „jeśli składamy ofiarę bogom, to to nie może być ktoś niedoskonały. On nie jest doskonały; nie ma jednego palca. Uwolnijcie go.” Dlatego, że stracił jeden palec, nie był doskonały i nie mógł zostać złożony w ofierze. Uwolnili go, i wtedy pomyślał: „cóż za przemądry człowiek z tego lekarza! Straciłem palec i myślałem, że to źle, ale tak naprawdę to było coś dobrego, bo gdybym miał dziesięć palców, to już bym nie żył!”

Jak tylko wrócił do pałacu, skierował się prosto do więzienia, do celi lekarza, otworzył drzwi i powiedział: „jesteś wolny!” i zaczął przepraszać, mówiąc, że lekarz miał rację i opowiedział mu, co mu się przytrafiło i przyznał, że to dobrze, że stracił palec, bo inaczej zostałby złożony w ofierze i już by nie żył. Król czuł się źle przez to, jak go potraktował, więc poprosił go o wybaczenie, mówiąc: „wybacz mi, źle zrobiłem wtrącając cię do lochu”. Lekarz na to: „jak to źle zrobiłeś? Dobrze, że siedziałem w lochu. Bo gdybym nie był w więzieniu, byłbym na tym polowaniu, też zostałbym złapany, a ja mam dziesięć palców!”

Opowiadałem już tą historię; czy nie jest prawdziwa? „Dobrze, źle – kto to wie?” Coś przytrafiło ci się w przeszłości, i obwiniasz się albo złościsz, jeśli ktoś inny coś ci zrobił – po co to robisz? Jeśli jesteś mądry i zrozumiałeś tę historię to wiesz, że nie jest ważne co zrobiłeś – dobrze, źle – kto to wie? Co by się stało, gdybyś poszedł inną ścieżką? Co by się stało gdyby ktoś cię nie zdradził? Co gdyby moja dziewczyna znalazła innego chłopaka? To okropne: moja dziewczyna powiedziała, że spodobał jej się inny chłopak. Czy to źle? Wtedy tak właśnie myślałem. Ale teraz wiem, że to było coś dobrego. Ledwo się wywinąłem. Niewiele brakowało! Mogłem być teraz żonaty po raz trzeci, mieć dzieci i bóle głowy; zamiast tego jestem mnichem i jestem wolny! Jeśli kiedyś spotkam jeszcze tą dziewczynę, podziękuję jej za to, że mnie rzuciła.

Na wszystkie te rzeczy które wywołują nasz gniew - przemoc, zdrada – można spojrzeć inaczej: dobrze, źle, kto to wie? Gdyby nie tamto cierpienie, to być może nie stałbym się tym, kim jestem dzisiaj? Nie rozwinąłbym się, nie miałbym okazji do wzrostu i do głębokiego zrozumienia życia. Mądrzy ludzie nie mają łatwiej niż inni; mądrość tak naprawdę rodzi się w bólu życia. Stajemy się mądrzy przez trudności i problemy. To piękna nauka: jak wybaczać, jak kochać bezwarunkowo; cały ból przeszłości, wszystkie trudności, cała trauma to nawóz, na którym rośnie prawdziwa, współczująca miłość.

Buddha porównał to do pięknego, białego lotosu, który w tradycji buddyjskiej był uznany za najpiękniejszy kwiat, symbol czystości. Lotos wyrasta z błota na dnie sadzawki. Ze śmierdzącego błota wyrasta przepiękny kwiat lotosu. Niektóre lotosy nie wyrastają, bo zostają w błocie; tak samo wielu ludzi zostaje w swojej przeszłości i bólu. Nie wiedzą jak użyć ich jako nawozu, żeby wyrosnąć w mętnej wodzie i piąć się w stronę słońca. To piękna, stara, buddyjska metafora tego jak można tkwić w brudzie życia i się z niego wydostać, stając się pięknym, białym kwiatem lotosu. To, co piękne i mądre rodzi się w błocie i gnoju przeszłości. W ten sposób możemy dostrzec wartość w tym, co się wydarzyło. A kiedy jest wartość, jest też cel. A to odpowiada na pytanie, które ludzie sobie zadają, kiedy przytrafia im się coś złego: „dlaczego ja?” „Dlaczego straciłem dziecko, dlaczego popełniło samobójstwo, dlaczego straciłem pracę, dlaczego mój mąż mi to zrobił?” To pytanie jest źródłem cierpienia. A teraz znacie odpowiedź. Dlaczego komórki zaczynają dzwonić? Teraz już wiecie. To normalne, że dzwonią, po to je robią. I nie wszyscy je wyłączą. Ile jest osób w tej sali? W tym tygodniu ktoś zapomniał wyłączyć telefon, a w przyszłym tygodniu może to będziesz ty. Czy czujecie się głupio kiedy robicie coś takiego? Nie przejmujcie się, to się zdarza.

Nie obwiniajcie się; wiele osób to robi: czują się winni i biczują się za błędy, które popełnili, a to wpędza ich jeszcze bardziej w poczucie winy. A to miało się wydarzyć, więc dziękuję, że to zrobiliście. Tak samo jak dziękuję mojej dziewczynie za to, że mnie rzuciła. Dziękuję, że nie jesteście bardzo bogaci, bo inaczej nie mielibyście w życiu wystarczająco cierpienia i rozczarowań, żeby tu przyjść.

Większość z was przyszła nie dlatego, że wszystko dobrze wam idzie, ale dlatego, że jesteście zdesperowani; i ktokolwiek wpędził was w tą traumę i desperację, wróćcie do niego i powiedzcie: „dziękuję”. Usłyszałem kiedyś coś podobnego w Tajlandii: „do świątyni przychodzi się tylko wtedy, kiedy są jakieś problemy”. I ludzie bali się przychodzić do świątyni, bo największe cierpienie w życiu jest w związkach, i kobiety w Tajlandii bały się, że jeśli pójdą do świątyni, to ich koleżanki to zobaczą i pomyślą, że mają jakieś problemy, pewnie z mężem, czyli pewnie mąż sypia z inną. Wiecie, jak rodzi się plotka. Te kobiety nie chciały chodzić do świątyni, bo wtedy w wiosce myśleliby, że mąż sprawia kłopoty.

Ale niektórzy przychodzą właśnie dlatego, że coś się stało; to bardzo dobrze. Zamiast złościć się na przeszłość, bądźmy z nią szczerzy, akceptujemy ją, ale nie zabieramy ze sobą bólu. Ból to właśnie to, od czego się uwalniamy. Przyznajemy, że tak, to miało miejsce. Ale ból, złość, pragnienie wymierzenia sprawiedliwości, odwetu, ukarania – to zostawiamy za sobą. Pragnienie ukarania Bin Ladena, albo kogokolwiek, kto sprawił nam ból. Pragnienie, żeby były więzienia, które są tylko po to, żeby się mścić: ukarzmy tych, którzy zrobili tyle zła na świecie. Niestety, za każdym razem, kiedy czytam w gazetach o tym, jak ludzie cieszą się, że ktoś dostał dwadzieścia czy trzydzieści lat; albo mówią, że powinien dostać więcej; albo mówią, że za dziesięć lat ten ktoś wyjdzie i nadal będzie żył, a mój syn czy córka już nie wrócą. To nie fair.

Dlaczego żyjemy w takim okrutnym społeczeństwie, które ciągle chce karać? To niczego nie rozwiązuje. Jest taki dokument, który bardzo dobrze opisuje to, jak kara jest w naturze niektórych społeczeństw, i jak w innych społeczeństwach kara jest zastąpiona bardziej postępowymi rozwiązaniami. Jednym z przytaczanych przykładów były straszne wydarzenia, które miały miejsce w północnej Anglii wiele lat temu. Sześcio- czy siedmioletni chłopiec został porwany, również przez dzieci, w centrum handlowym; był torturowany i zabity przez dwójkę innych dzieci, które miały po dziesięć lat. O tej historii długo mówiło się w mediach. Dzieci, które to zrobiły zostały skazane na więzienie, ale jak tylko osiągnęły pełnoletniość wyrok dobiegł końca i wyszły na wolność. Media mówiły, że tych ludzi nie powinno się wypuszczać; to, co zrobili było zbyt okropne. Przetoczyła się wielka fala gniewu i chęci zemsty, szczególnie ze strony rodziny zamordowanego dziecka.

Ale w tym samym czasie coś bardzo podobnego wydarzyło się w Norwegii, w okolicy Trondheim. Grupka dzieci brutalnie zabiła dziewczynkę. To była bardzo podobna historia: starsze dzieci zabiły młodsze dziecko. Ale reakcja była zupełnie inna; to, jak zareagowali ludzie w Norwegii było bliższe buddyzmowi. Dzień po tym, jak złapano sprawców, te dzieci były z powrotem w szkole, pod okiem psychologów i pracowników socjalnych. Rodzina zamordowanej dziewczynki nie myślała o zemście. Rozumieli, że to były dzieci, więc ich mózgi nie mogły za to odpowiedzieć tak samo jak gdyby byli dorośli, bo o wiele mniej rozumieli co robią. Rodzina tej dziewczynki nie chciała, żeby sprawcy tego zabójstwa poszli do więzienia. Odrzucili zasadę „oko za oko, ząb za ząb”. Tamte dzieci potrzebowały ogromnego wsparcia psychologicznego.

I wiele lat później, kiedy rodzice tego chłopca z Anglii wciąż cierpieli, rodzice tej dziewczynki żyli dalej, wolni od bólu przeszłości. Kiedy chcemy karać i kierujemy się złością i poczuciem winy, kiedy nie chcemy się od czegoś uwolnić, bo pragniemy wymierzyć sprawiedliwość, to nie ma wolności.

Piękne w tych dwóch historiach jest to, że wydarzyły się prawie w tym samym czasie, i różne reakcje na te podobne wydarzenia pokazują nam, co powinniśmy robić z bólem z przeszłości. Jeśli chcesz karać, jeśli się obwiniasz, jeśli chcesz skrzywdzić osobę która cię skrzywdziła, albo siebie, za coś co zrobiłeś, to nigdy nie będziesz wolny od bólu. To niemożliwe. Buddha powiedział to dwadzieścia sześć wieków temu. Inne religie są oparte na karze: Bóg karze złych ludzi. A w buddyzmie nie mamy nawet takiego słowa jak „zło”. Mamy słowo „głupota”, ale nie „zło”. Widzicie różnicę? Głupotę można wyleczyć; zło trzeba spalić na stosie. Dawniej tak robili. A głupota? Można pokonać ją przez współczucie, naukę, wzrastanie. W ten sposób zaczynamy inaczej rozumieć to, co się stało, i widzimy drogę wyjścia z bólu przeszłości.

Wielu z was przyszło tu, bo miało jakiś ból w swojej przeszłości; jesteście kochani, otrzymujecie wybaczenie i troskę, i zachęca się was do tego, żebyście zrobili to samo wobec siebie i wobec innych, dzięki czemu ból przeszłości może odejść. Bo właśnie w ten sposób się od niego uwalnia. Nieważne co zrobiłeś albo co ci się przytrafiło w przeszłości. Zaakceptuj to i wybacz. Nie karz. Ucz się z tego i wzrastaj.

Medytowałem przed spotkaniem, kiedy postanowiłem, że dziś będę mówił właśnie na ten temat; w przeszłości może być jakieś napięcie. Tak samo jak w ciele, kiedy zaczyna się medytować. Ale ciało można zrelaksować, krok po kroku, przez świadomość i życzliwość. Świadomość i współczucie wobec ciała, i wobec chwili obecnej. Jesteś w chwili obecnej, jesteś wobec niej życzliwy i wszystko się rozluźnia, i masz poczucie pięknej wolności. I to samo można zrobić z przeszłością. Bądź świadom, skup uwagę na tej przeszłości, bądź wobec niej życzliwy i współczujący. I zauważysz, że napięcie w ciele, które czasem czujesz, ból, stres i napięcie zakorzenione w przeszłości zaczyna się uwalniać. Ten kłębek cierpienia z przeszłości rozluźnia się, a ty razem z nim. To określenie bardzo pasuje: rozluźnianie przeszłości, tak samo jak rozluźnianie ciała i umysłu. Jak już się rozluźnimy, czujemy się swobodnie. Patrzcie, znowu spadła mi szata, taki jestem rozluźniony.

Prowadziłem kiedyś spotkanie w Crawley; mają tam klub jachtowy. Lubię prowadzić spotkania w różnych miejscach, w których jeszcze nie byłem; to fajne w byciu mnichem: bywa się w ciekawych miejscach. Prowadziłem spotkanie z grupą biznesmenów, którzy raz na miesiąc spotykają się w Perth w tym klubie na kolacji; nigdy nic dla mnie nie zamawiali, i dobrze, bo i tak nie mógłbym tego zjeść ani wypić. Po mowie na temat buddyjskiego stylu życia podeszła do mnie jedna z nich i powiedziała: „to co pan mówił było bardzo ważne i ciekawe, ale zwróciłem szczególną uwagę na pana szaty; są bardzo luźne i co chwilę spadają.” I dodała, że widzi to jako symbol buddyzmu, bo sama wychowała się w katolickim klasztorze, gdzie zakonnice miały wszystko mocno pozapinane, tak, że nic nie opadało. To miejsce było surowe i pozbawione swobody i luzu. Jeśli coś poszło nie tak albo spadło, zakonnice krzyczały, że tak nie może być! Ale jak tylko zobaczyła te swobodnie opadające szaty, pomyślała, że to właśnie buddyzm. Luz i swoboda. Jeśli coś opada, uczymy się z tego, akceptujemy to i po prostu zakładamy to z powrotem. A poczucie winy? Jestem mnichem od trzydziestu lat i nadal nie mogę powstrzymać opadającej szaty podczas spotkań? Jestem totalnie do niczego. Czy wy robicie błędy? Czy czujecie się winni, nie przyznajecie się do nich, albo powtarzacie, jacy jesteście okropni, i dlaczego wam się to przytrafiło? To nie jest buddyzm.

Wyluzuj się, bądź wolny; pozwól sobie na błędy. Ucz się na nich, napraw je i idź dalej. To taka piękna, prosta nauka, którą Buddha wygłosił tyle lat temu. Chciałem zacytować kilka sutt, bo czasem ludzie myślą, że Ajahn Brahm sam to wszystko wymyśla i nie ma to nic wspólnego z tym, czego nauczał Buddha. Ale on właśnie tego nauczał. Tylko ja nie mówię w Sanskrcie albo w Pāḷi; mówię po angielsku i przedstawiam jego nauki w kontekście współczesności. Jest jedna z sutt, Bhaddekaratta Sutta, która mówi wprost: uwolnij się od przeszłości i przyszłości, bądź życzliwy wobec chwili obecnej. Dwadzieścia sześć wieków temu ten facet mówił o tym w starożytnych Indiach: uwolnijcie się od przeszłości. Jak? Przez życzliwość. Vinaya, czyli nauka, którą przekazał mnichom, mówi, że jeśli my robimy jakiś błąd, łamiemy zasady, to co mamy zrobić? Przyznać się i wybaczyć; nie karać. Nauczyć się z tego błędu, żeby już go nie popełniać, albo popełniać go rzadziej. Tego się uczy mnichów; słów Buddhy sprzed dwudziestu sześciu stuleci. To niesamowite, bo to działa i tworzy piękną społeczność ludzi, którzy mogą i nie boją się robić błędów. Bo nie stosujemy kar. Czy boicie się popełniać błędy? Czy boicie się opadającej szaty?

Jeśli boicie się robić błędy, jesteście tak spięci, że robicie więcej błędów. Ale jeśli się zrelaksujecie i poczujecie, jak wasze ciało i umysł się rozluźniają, jak wasza przeszłość się rozluźnia – a nawet przyszłość! Martwicie się czasem o przyszłość? O wyniki biopsji, które dostaniecie w poniedziałek, o wyciąg z banku – o, boże, znowu za dużo wydałem, co tu zrobić? Czy stresujesz się przyszłością? Gdzieś na drodze przed tobą leży napięcie? Jeśli tak, to masz kłopot. Rozluźnij się. Otwórz się, włącz życzliwość i współczucie. Zawsze jest jakieś wyjście. Jeśli rzeczywiście zbankrutujesz, to jako mężczyzna, możesz zostać mnichem. Jeśli jesteś kobietą, możesz zostać mniszką. Zawsze cię nakarmimy. A po wielu latach w klasztorze, popatrzysz wstecz i pomyślisz: ach, tego dnia, kiedy popadłem w ruinę finansową i bank przejął mój dom i nie miałem gdzie się podziać i nie miałem pracy, Ajahn Brahm zabrał mnie do klasztoru i zostałem mnichem – wtedy myślałem, że stało się coś złego, ale teraz wiem, że to było dobre. Dobrze, źle – kto to wie?

Tak powinniśmy patrzeć w przyszłość. Czasami dostajemy przykre wiadomości albo przytrafia nam się coś okropnego, i myślimy, że to koniec świata. W tych wszystkich trudnych chwilach wydaje się, że nie ma z nich wyjścia, a jednak z nich wyszedłeś. To tylko wydawało się bez wyjścia. I to jest problem: to, jak oceniamy rzeczy, jak widzimy tylko negatywną stronę. Więc od teraz, cokolwiek wam się nie przytrafi, myślcie: dobrze, źle – kto to wie? To dobra filozofia życiowa. Dzięki temu przestajecie się złościć, bać, martwić o przeszłość. Cokolwiek się stało: dobrze, źle – kto to wie? Cokolwiek wydarzy się jutro: dobrze, źle – kto to wie? Cokolwiek dzieje się teraz: dobrze, źle – kto to wie? To mądra postawa, bo daje ci możliwość wyrosnąć jak kwiat lotosu z błota. I to, kiedy rozkwitnie w słońcu i da radość sobie i innym to tylko kwestia czasu. Dobrze, źle – kto to wie? O to tu właśnie chodzi. O pozwalanie, żeby w twoim życiu wyrósł kwiat lotosu, w błocie bólu i rozczarowań. Tak radzimy sobie z trudnościami w życiu. Nie przez rozwiązywanie przeszłości, bo przeszłości nie można rozwiązać – ona po prostu jest. Nawet nie przez zrozumienie przeszłości – w końcu to wszystko było tak dawno. Nie musisz rozumieć, co się stało i dlaczego. Zrobiłeś coś, co wtedy wydawało się dobrym pomysłem. Czy to nie podsumowuje naszego życia? Ja zostałem mnichem – wtedy wydawało mi się, że to dobry pomysł. Wziąłeś z kimś ślub? Wtedy wydawało się, że to dobry pomysł, ale – dobry, zły? Kto to wie?

Przyjmijcie postawę spokoju i noście życie jak luźną szatę: noś na sobie teraźniejszość i pozwól, żeby co jakiś czas się z ciebie zsunęła. Nie zapinaj wszystkiego na guziki. Wyluzuj się, bądź otwarty i życzliwy, a będziesz wolny. Tak należy radzić sobie z pofałdowanymi mnisimi szatami, i z zawirowaniami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Dziękuję za uwagę.

Sadhu, sadhu, sadhu.

Jakieś pytania? Proszę, słucham.

[Osoba z widowni zadaje pytanie]

AB: Pytasz, czy śmierć Ben Ladena mogła nie być podyktowana chęcią zemsty. Mogła, bo żołnierze po prostu wykonywali rozkazy, prawie jak roboty, generałowie też mieli swoje powody, Obama chciał wygrać wybory. To niekoniecznie musiało być zrobione z zemsty. Ale większość ludzi zareagowała tak, jakby dokonała się sprawiedliwość. Nie mówię o osobach, które faktycznie to zrobiły; raczej o tym, że Zachód odebrał to w kategoriach zemsty i sprawiedliwości. Nie wiemy, co się dokładnie stało ani co myśleli ludzie, którzy to zrobili, ale zbyt wiele osób patrzy na to w kategoriach zemsty i sprawiedliwości, w kategoriach zła, które zostało usunięte ze świata. To bardzo judeochrześcijańskie spojrzenie; buddyści powinni interpretować to, co się stało zupełnie inaczej.

Niestety, większość zachodniego świata jest zdominowana filozofią „oko za oko, ząb za ząb” – ta postawa nadal funkcjonuje w białych rękawiczkach. Okradłeś mnie? Pójdziesz do więzienia. Zgwałciłeś kogoś? Pójdziesz do więzienia i już z niego nie wyjdziesz. To nie jest mądre; to zemsta, nie sprawiedliwość.

Skupiłem się dziś na właśnie tym aspekcie tej sytuacji; nie na tym, co się stało, ale na reakcjach ludzi w mediach na całym świecie. A one były smutne. Problemem jest to, w jaki sposób my reagujemy.

[Osoba z widowni zadaje pytanie]

AB: Zgadzam się z tym; ta myśl pochodzi od pewnego chrześcijańskiego duchownego, i jak najbardziej się z nią zgadzam. Ale to nie z takim chrześcijaństwem zazwyczaj się stykamy.

[Osoba z widowni zadaje pytanie]

AB: Tak, zgadzam się. To właśnie takiego chrześcijaństwa potrzebujemy – i islamu, i judaizmu. Ale czasem – czytałem ostatnio w gazecie o dziewięćdziesięcioletnim mężczyźnie w Niemczech, który stanął przed sądem za to, że był strażnikiem w obozie koncentracyjnym w czasie drugiej wojny światowej. Nadal chcieli go ukarać! Dla mnie to nie ma żadnego sensu. Nasz system sprawiedliwości – wsadzenie ludzi do więzień za karę, ta potrzeba, żeby zrobić krzywdę złym ludziom – to jest zakorzenione w naszym społeczeństwie. Byłoby cudownie, gdyby większość chrześcijan, Żydów i buddystów połączyła siły i ogłosiła, że to nie tego nauczają te religie. Tak powinni się zachowywać chrześcijanie, ale bardzo niewielu się to udaje.

Czytałem wypowiedź Dalajlamy, który też powiedział, że nie powinniśmy zabijać takich ludzi jak Osama. Na pewno zostanie za to mocno skrytykowany, ale ja się zgadzam z tym podejściem; zgadzam się z postawą wybaczenia i zrozumienia. Niektórzy to krytykują i mówią, że jestem niepraktyczny, i że jeśli po prostu odpuścimy takim ludziom, to będzie jeszcze więcej przemocy, i ci ludzie odbiorą to jako naszą słabość. Nie: chodzi o to, żeby wybaczyć i zrobić coś, żeby dana rzecz się nie powtórzyła. Potrzebna jest strategia, którą zastosujemy wraz z pokojem i wybaczeniem.

Wybaczenie – tak, ale to nie koniec. Jeśli ktoś cię skrzywdził, a ty poprzestaniesz na wybaczeniu, to sytuacja się powtórzy. Dlaczego to się stało? Poszukaj głębszego sensu. Ktoś cię okradł bo tak został wychowany, czy dlatego, że jest biedny i kradł z desperacji? W „Nędznikach” jest historia bohatera o imieniu Jean… a, tak Jean Valjean, który ukradł bochenek chleba, bo jego rodzina głodowała. Poszedł za to do więzienia. Ta książka ma niezwykle mocne przesłanie. Autor nie mówi, że kradzież jest ok, ale pomaga zrozumieć, dlaczego do niej dochodzi, i jak bardzo mściwe było wtedy prawo.

Ktoś chce ukraść bochenek chleba, bo jest głodny? Znajdźmy jakiś sposób, żeby dać mu ten chleb, zamiast karać go za kradzież. Chyba wiesz, co chcę powiedzieć. Proszę, kolejna osoba z tyłu.

[Osoba z widowni zadaje pytanie]

AB: Ktoś pyta o ludzi, którzy mówią po prostu, że trudno, życie jest ciężkie, i często noszą w sobie ból, który wyrzucają na innych ludzi.

Myślę, że jednym z powodów jest to, że w naszym społeczeństwie nie oferuje się alternatywnych sposobów radzenia sobie z bólem i traumą. Poza tym czasem ludzie oczekują od nas gniewu. To mi przypomina kolejną anegdotę – przytoczę ją szybko.

Piętnaście lat temu prowadziłem pewne zajęcia. Po spotkaniu jedna z uczestniczek poprosiła o prywatną rozmowę. Ktoś powiedział, żebym z nią porozmawiał, bo ma naprawdę poważny problem. Jej problemem było to, że tego dnia dowiedziała się, że jej mąż molestował seksualnie jej dzieci, jedenastoletnie bliźnięta. Sprawa wyszła na jaw dzięki szkole i nauczycielce, która była na tyle mądra, że zauważyła, że z tymi dziećmi jest coś nie tak. Po rozmowie z psychologiem szkolnym okazało się, że dzieci były gwałcone przez ojca. Matka była straumatyzowana, bo to były jej dzieci, kochała je, opiekowała się nimi; jak mogła pozwolić, żeby do tego doszło? Winiła siebie. Poza tym chodziło tu o człowieka, którego kochała i któremu ufała, i do tamtej pory myślała, że mieli udany związek. A teraz jej cały świat wywrócił się do góry nogami. I ona, i jej dzieci musiały przejść terapię. Ale tego dnia wysłuchała nauki podobnej do tej, którą wygłosiłem dzisiaj, i dzięki temu poznała alternatywny sposób na poradzenie sobie z tym wszystkim. Powiedziała mi, że już nigdy nie będzie kochać tego człowieka, ale nie chce go karać. Powiedziała, że chce iść dalej, dla samej siebie i ze względu na dzieci. I kiedy w końcu poszła na terapię – która zresztą była obowiązkowa – terapeuta nie pozwalał jej przestać chodzić na sesje, bo ciągle mówiła, że nie czuje gniewu. Terapeuta myślał, że tkwiła w zaprzeczeniu i nie była ze sobą szczera. Musiała przyjść do mnie, a ja musiałem napisać długi list do tego terapeuty, w którym wyjaśniłem, że ta kobieta poradziła sobie z tą sytuacją o wiele szybciej niż większość ludzi, i nie czuje żadnego gniewu wobec swojego męża; nie tkwi w zaprzeczeniu, jest otwarta i szczera, wie, co się stało, i nie chce, żeby to dalej raniło ją i jej dzieci. Poszła dalej. Tylko dzięki temu listowi pozwolono jej zakończyć terapię.

Nadal utrzymuję z nią kontakt; rok temu napisała do mnie list w Boże Narodzenie, ja wysłałem jej pocztówkę świąteczną. Jej dzieci dorosły, jedna z jej córek wyszła już za mąż i urodziła dziecko. Mają dobre życie.

Ale czasami czuła się przymuszana do złości, bo tego oczekiwało od niej społeczeństwo. Ludzie trzymają się takich reakcji, bo myślą, że nie ma innej opcji. Myślą, że wybaczenie – szczególnie samemu sobie – nie jest możliwe. Muszę czuć się winny.

Inna krótka historia: jeden z więźniów z gospodarstwa więziennego, który pomagał w Jhana Grove Center. Był tam przez dwa lata; był naprawdę świetnym człowiekiem, zresztą wielu z was go spotkało. Siedział za molestowanie seksualne. Podobno – ale nie jestem pewien czy to prawda – odmawiano mu wyjścia na przepustkę, bo nie okazywał wystarczająco dużo skruchy. Był buddystą, więc wiedział co zrobił, mówił o tym otwarcie, ale poszedł do przodu i nie odczuwał poczucia winy. Został za to ukarany przez system, który uznaje tylko jedną ścieżkę. Gdyby karał sam siebie poczuciem winy, to pewnie teraz byłby na przepustce. Takie ja to widzę. Rozumiecie? Wiele osób nie rozumie, że jest alternatywa. Skupiamy się na karaniu i obwinianiu. Gdyby chrześcijańscy księża, muzułmańscy mułłowie pamiętali, ile razy można przebaczyć człowiekowi: siedem razy siedemdziesiąt. „Bądź łaskawy, wybaczaj” – to też jest w Koranie. Czy to nie byłby piękny świat?

W każdym razie, jest taka opcja jak wybaczenie. Mam nadzieję, że otworzyłem wam oczy na tą możliwość. Poszukajcie innych rozwiązań niż poczucie winy, kara, przemoc – ale bądźcie tak życzliwi wobec przeszłości, że stanie się taka, jak szata mnicha: luźna, możliwa do zrzucenia, nie opinająca ciała.

Ok, to była dzisiejsza pożywka dla myśli, i chyba was zainteresowała, bo spotkanie przeciągnęło się, a wy nadal tu jesteście – normalnie większości już by nie było. Widać dzisiaj wam się podobało. Dziękuję za uwagę.


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na tej stronie: https://www.youtube.com/watch?v=pMWLk4NR3RI&index=122&list=UU6M_EhnSSdTG_SXUp6IAWmQ

Źródło: bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii