Na podstawie wykładu wygłoszonego w klasztorze w Chithurst w lipcu 1989 roku.

Buddyjskie koncepcje mogą nam pomóc.
Mogą przebudzić nas do pewnych rzeczy w ludzkim doświadczeniu,
które musimy zrozumieć, po to by być wolnymi.
Nie są one jedynie ideami, które się odkłada, aż do następnego egzaminu z buddyzmu –
są to zasady i koncepcje poprzez które patrzymy na życie jak przez mikroskop.

Dla mnie życie klasztorne jest wzorem zaproponowanym nam przez Buddhę, żebyśmy wszyscy mogli praktykować. Czasem ludzie świeccy pytają: „Ale jak mam praktykować jako świecki?”. Życie świeckie jest tak zróżnicowane. Życiowe sytuacje różnią się bardzo – niektórzy mają rodziny, inni nie. Jest mnóstwo stylów życia i trudno jest ustanowić jakiś konkretny model.

Pewne ogólne sugestie zostały przedstawione, jeśli chodzi o świecką praktykę: utrzymywać wskazania, żyć w sposób moralny, praktykować hojność. Zaleca się Właściwą Mowę (sammā vācā), Właściwe Działanie (sammā kammanta) i Właściwy Sposób Życia (sammā ājīva), ale świecka praktyka musi być twórcza w używaniu życia samego w sobie jako środka wiodącego ku wolności i jest to bardzo zindywidualizowane. Życie klasztorne jest bardziej zuniformizowane, ponieważ żyjemy tu zgodnie z regułami (zakonnymi) – jako świeccy praktykujący możecie zastanowić się, jak wzór ten służy refleksji i kontemplacji.

Podstawowym, fundamentalnym wymogiem życia klasztornego jest wyrzeczenie, poddanie się pewnej formie i dyscyplinie. Przyjmujemy wskazania i akceptujemy ten styl życia – jest to nasz wybór. Wtedy jednak staje się to sytuacją, w której nie mamy już tylu możliwości wyboru. Żyjemy w pewnej hierarchii. Mamy odpowiedni sposób odnoszenia się do mężczyzn i do kobiet. Mamy reguły dotyczące dbania o nasze szaty i o wyposażenie klasztoru. Mamy zasady określające dzielenie się rzeczami. Mamy tez różne sposoby upominania i wyświęcania, procesy prawne. Jako zakon poddajemy się tej formie, temu rodzajowi treningu.

Niektórzy myślą, że zasady są pogwałceniem wolności, ale tak naprawdę poddanie się czy poświęcenie daje możliwość obserwowania, zamiast jedynie korzystania z wolności i robienia zawsze tego, co nam się podoba. Zanim zostałem wyświęcony na mnicha mieszkałem jakiś czas w Indiach i cieszyłem się niesamowitą wolnością w sensie fizycznym. Byłem w stanie przeżyć miesiąc za kilka dolarów. Nie doświadczałem skrępowania mojej własnej kultury i wynikała z tego niebywała wolność.

Stałem się jednak bardzo pomieszany. Ten mętlik wynikał z ciągłego myślenia, że robiąc, co mi się podoba, osiągnę jakieś spełnienie. Stwierdziłem jednak, że wręcz przeciwnie – robienie tego, co mi się podoba sprawiało, że byłem jeszcze bardziej pomieszany, ponieważ nie zaprzestałem pragnąć. Nie zakończyłem tego podstawowego rozkojarzenia, które próbowałem przezwyciężać poprzez gromadzenie doświadczeń – podróże, związki czy cokolwiek innego. Ten rodzaj wolności był zabawny przez jakiś czas, ale prowadził do rozpaczy, im częściej rzucałem się w wir sytuacji i wydarzeń, tym bardziej uświadamiałem sobie, że to nie działa. Wtedy jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się zostać mnichem. Bynajmniej nie było to łatwe, ale nie o to chodzi. Pierwszy rok życia klasztornego był nad wyraz frustrujący, drugi był pełen frustracji, a trzeci… też był pełen frustracji! Tym razem byłem tylko pionkiem. Nie mogłem pójść do klasztoru, do którego chciałem. Chodziłem do Ajahna Chaha i mówiłem: „Luang Por, chciałbym udać się do takiego i takiego klasztoru”. On odpowiadał: „A co ci się tu nie podoba? Nie lubisz mnie?”. Styl Ajahna Chaha polegał w dużym stopniu na „frustrowaniu pragnienia” i był przy tym bezkompromisowy. Nie przeszkadzało mu, że jego uczniowie wściekali się na niego! W taki sposób demonstrował swoje współczucie – współczucie polegające na wywoływaniu frustracji.

Wymagało to wiele odwagi, nieprawdaż? Stwierdziłem więc, że jeśli kiedykolwiek będzie mi dane chociaż zbliżyć się do nauk wskazanych przez Buddhę, to muszę się zatrzymać i przyjrzeć się temu. Nie mogłem już więcej przestawiać rzeczy zgodnie ze swoimi upodobaniami. Już to przerabiałem i wiedziałem, że to nie działa. Wybrałem ten wzór, ten „pojazd” nie po to, by się bawić ani nie po to, żeby coś przez to osiągnąć. Zrobiłem to po to, żeby być w stanie obserwować naturę zarówno frustracji z powodu pragnienia, jak i frustracji z powodu spełnienia pragnienia. To podstawowe poddanie się tej dyscyplinie daje wolność obserwowania. Czy możecie to przełożyć na swoje własne życie? Na przykład w rodzinie, pracy, w społeczności – to może być środkiem prowadzącym do zrozumienia duchowego, jeśli tylko zaakceptujecie fakt, że wewnątrz zawsze będzie frustracja i jeśli zaprzestaniecie ciągłych prób zmiany sytuacji w celu zaspokojenia swoich osobistych pragnień i potrzeb. Oczywiście, jeśli sytuacja jest groźna w jakiś sposób, to musicie coś zmienić. Zwyczajny kołowrót, nudne, dokuczliwe sprawy w życiu mogą być czynnikiem przebudzenia, jeśli tylko mamy wolę zaobserwowania, jak to działa.

Poddanie się jest więc bardzo ważne. Takie jest znaczenie noszenia szaty – to symbol poddania się. Odpowiedzialność może być użyta do poddania się albo może być postrzegana jako brzemię. Mogę wziąć odpowiedzialność bycia starszym mnichem i mieć z tego powodu syndrom męczennika: „Ach, mam za swoje, muszę być naczelnym mnichem…”. Mogę też być rozanielony: „Aha! Popatrzcie, jestem naczelnym mnichem…” albo mogę traktować to, jako pewną konwencję: „Jestem naczelnym mnichem. Wolałbym być szarą myszką, ale cóż – oto jestem naczelnym”. Mogę obserwować wtedy, jak to na mnie działa, czy jest „lubię” czy jest „nie lubię”, czy jest uczucie, że robię to dobrze, czy też, że jestem beznadziejny. Mogę zacząć raczej obserwować, jak funkcjonuje umysł w każdej sytuacji, niż starać się ciągle przystosowywać sytuacje do swoich osobistych opinii.

Stosując to do własnych warunków, możesz sam siebie zapytać: „Co się dzieje ze mną w pracy?”, „Co się dzieje ze mną w domu?”. Praca po prostu nie zawsze daje zadowolenie. Może być nudna, interesująca albo irytująca, ale zawsze można użyć tego poddania się. Jeśli zawsze zmieniamy zdanie w zależności od naszego osobistego pragnienia, to nigdy nie zrozumiemy, jak to się rozgrywa w umyśle. Poddanie się jest zasadniczą sprawą, jeśli chodzi o zrozumienie ludzkiego umysłu. Jeśli zaś chodzi o poddanie się, to zauważam, że trzy czynniki są bardzo pomocne w mojej własnej praktyce: odkrywanie, trening i oczyszczenie. Odkrywanie (czasem zwane vipassaną) ma znaczenie podstawowe, jako że droga buddyjska jest drogą budzenia się. Nie jest to droga pozbywania się czegoś albo osiągania czegoś w przyszłości – to są sprawy związane z ego, z tym co nazywamy „poglądem o istnieniu ego”. Przebudzenie się jest zawsze czymś natychmiastowym: budzimy się…

Do czego się budzimy? Do rzeczy, których nie widzieliśmy wcześniej. Odkrywamy rzeczy, których nie widzieliśmy wcześniej. Nauki Buddhy wskazują jedynie na rzeczy, które były od dawna, ale być może nie dostrzegaliśmy ich dotąd. W taki oto sposób buddyjskie koncepcje mogą nam pomóc. Mogą przebudzić nas do pewnych rzeczy w ludzkim doświadczeniu, które musimy zrozumieć, po to by stać się wolnymi. Nie są one jedynie ideami, które się odkłada aż do następnego egzaminu z buddyzmu – są to zasady i koncepcje poprzez które patrzymy na życie jak przez mikroskop.

Weźmy dla przykładu intelektualną koncepcję, która mówi o trzech cechach egzystencji: niestałości, braku satysfakcji i braku istoty (anicca, dukkha, anattā) i zbadajmy, jak można ją odnieść do własnego życia. Anattā (dosł. nie-ja) to nauka o tym, że umysł i ciało nie są mną. Jeśli jednak nie jestem tym ciałem i tym umysłem, to kim jestem? Umysł zaczyna się zastanawiać. To zastanawianie się ukierunkowuje umysł, zaczyna nas budzić. Piękno nauk Buddhy polega na tym, że pozwalają wątpić i używają tego wątpienia do wyzwolenia umysłu. Jeśli zaś chodzi o anicca: „To, co ma naturę pojawiania się, ma też naturę zaniku”. Zacznijmy patrzeć przez to na życie. Doświadczenia życiowe są rozmaite, więc jeśli ciągle jestem uwikłany w doświadczanie, to może być to bardzo dezorientujące. Jeśli jednak użyję tych nauk jako mikroskopu, by się temu przyjrzeć, to zobaczę, że to, czego naturą jest pojawianie się, ma też naturę odchodzenia i nie jest to niczym osobistym. Zaczynam w ten sposób odkrywać naturę mojego świadomego doświadczenia, ponieważ nie jestem już do tego przywiązany. Zaczynam odkrywać rzeczy związane z doświadczaniem, których wcześniej nie dostrzegałem. Na przykład myśl pełna gniewu nie jest moja, jest uwarunkowaniem natury, pojawia się i znika. Być może zacznę w końcu uwalniać poczucie winy, gniew i tego rodzaju rzeczy, widząc, że nie są niczym osobistym. Coś odkryłem. Często mówimy o dukkha (niespełnieniu) jako o konflikcie. Każdy w swoim życiu przeżywa jakieś konflikty, ale zanim spotkałem się z tą nauką zawsze starałem się ich pozbyć: być miłym gościem, kiedy byłem zły; pozbyć się chciwości, kiedy byłem obsesyjnie chciwy; zająć czymś umysł, gdy byłem znudzony. Były to swego rodzaju nieuporządkowane próby obejścia tego w jakiś sposób. Kiedy jednak usłyszałem, że konflikty mają przyczynę, zacząłem zadawać pytania i odkrywać przyczynę cierpienia. Złudzenie w życiu polega właśnie na tym, że mamy tendencję popadania w fascynację poszczególnymi rodzajami doświadczenia. Jeśli złoszczę się na spóźniony autobus, zaczynam myśleć, że to problem kierowcy albo mój. Zawsze szukam na zewnątrz, próbując określić dany problem, ale nigdy nie patrzę na gniew sam w sobie. Nauka, jaką tu wykorzystujemy jest bardziej obiektywnej natury: „OK, to jest doświadczenie gniewu, ale jest to coś, co powstaje i odchodzi. Co jest tu przyczyną cierpienia?”. Oddzielamy się więc od tej pozornej natychmiastowości, złożoności i fascynacji naszym doświadczeniem. W tym procesie nie jest istotne na co jesteśmy źli. Chodzi tu o to, by przyjrzeć się dokładniej tym podstawowym mentalnym schematom, żeby móc je zrozumieć.

Jeśli zechcemy przyjrzeć się naszym konfliktom i otworzyć umysł na któryś konkretny, możemy coś odkryć, nieprawdaż? Kiedy jednak sądzimy, że powinniśmy być kimś, kto nigdy się nie boi, czy nie złości, powinien zawsze być błyskotliwy i czarujący, to gdy przytrafia się coś wręcz odwrotnego, próbujemy to wypierać. Nie ma wtedy refleksji. Jest jedynie jakiś rodzaj wyobrażenia albo oczekiwania, do którego się przywiązujemy i frustracja, gdy nie można tego osiągnąć. Jeśli natomiast podejdziemy do tego w inny sposób, to zobaczymy, że doświadczenie jest jedynie procesem i że w tym procesie jest coś, co można odkryć, coś, czemu można się przyjrzeć. Musimy zrozumieć, co jest przyczyną konfliktu. Okazuje się więc, że doświadczenie to nie problem, pożądanie nie stanowi problemu, lęk czy nuda nie są problemem. Problem tkwi w przywiązaniu do wyżej wymienionych. Co oznacza samo słowo przywiązanie? Co to jest przywiązanie? Przywiązanie zawsze wynika z poczucia „ja”. Uwolnienie natomiast jest otwartą akceptacją tej chwili, taką jaką jest. To właśnie powinniśmy odkryć, zobaczyć to całkowicie przejrzyście. Jest to droga wglądu.

Trening (bhāvanā) wymaga od nas wysiłku. Czasem to nauczanie o uwalnianiu może brzmieć jak zachęcanie do naiwnej akceptacji. Mógłbym na przykład przyłożyć komuś w nos i powiedzieć sobie: „Już w porządku, po prostu puść to. Nie ma sprawy!”. Następnie znowu rozzłościć się na kogoś, przyłożyć mu w oko i powiedzieć: „Jestem złym człowiekiem. Tak to już ze mną jest!”. Nie o to jednak chodzi, nieprawdaż? Nie to mieliśmy na myśli, mówiąc o uwalnianiu. Trzeba przejść trening.

Dwie rzeczy, które moim zdaniem są bardzo pomocne w treningu, to dostrzeganie przyczyny i skutku oraz intencji. Zawsze można mieć refleksję na temat przyczyny i skutku, pytając na przykład: „Jaki jest skutek mojej praktyki? Jak długo już praktykuję i z jakim skutkiem? Czy jestem bardziej pogodzony z życiem po tych dziesięciu latach, czy po roku? Może jestem bardziej spięty? Jeśli jestem bardziej spięty, to muszę zastanowić się nad swoją praktyką. Jeśli jestem bardziej rozluźniony, to też powinienem brać pod uwagę praktykę”.

Przyglądamy się więc przyczynom i skutkom, pytając wprost: „Do czego prowadzi moje życie, sposób w jaki żyję?”. Nie jest to żadne osądzanie na zasadzie „No znowu! Ciągle ulegam irytacji!”. Taka postawa nie ma nic wspólnego z refleksją. Zamiast tego zauważmy: „Sposób, w jaki mówię – jaki jest tego skutek? Sposób, w jaki chłonę elementy świata zmysłów – czy są to idee z książek, czy kanapki z szynką – jaki jest tego skutek? Jaki jest skutek mojej siedzącej medytacji? Jak to oddziałuje na mój umysł i ciało, na moje otoczenie?”. Można to kontemplować. Jest to proste, ale bardzo istotne – zobaczyć, co się sprawdza, a co wręcz przeciwnie.

Popełniamy błędy, bo nie rozumiemy, cała sztuka polega więc na tym, żeby popełniać jak najmniej błędów, a przynajmniej nie popełniać ciągle tych samych. Czasem jednak dopada nas ta ślepota i nie mamy pojęcia dlaczego cierpimy w naszym życiu. Ignorancja zaślepia. Co można wtedy zrobić? Gdziekolwiek jest cierpienie czy pomieszanie, można spróbować przyglądać się schematom powielanym w naszym życiu. Jeśli im się przyjrzymy, być może odkryjemy przyczyny cierpienia i postanowimy nie dopuszczać, by pojawiały się ciągle od nowa.

Powiedzmy, że jestem kimś, kto zawsze musi inteligentnie dociąć innym. Patrzę, jak inni zaczynają się odsuwać, nikt mnie nie lubi i w końcu sam siebie nienawidzę. Pojawia się więc refleksja: ten rodzaj mowy skutkuje wyrzutami sumienia i żalem. Ten styl mowy powoduje, że inni cierpią. Zaczynam dostrzegać: „Aha, taki jest skutek. Co mogę z tym zrobić?”.

Dobrze jest w takiej chwili umieć odróżnić wstyd od poczucia winy. Wstyd to zdrowa reakcja na niewłaściwe działanie, mowę lub myśl. Jest to zdrowe, bo pokazuje mi: „To jest bolesne”. Większość z nas zamienia to jednak na poczucie winy. Jest wstyd, lecz także nieproporcjonalna ilość „samobiczowania”. Tak wygląda niezdrowe poczucie winy.

Wydaje mi się, że poczucie winy jest przykrywką dla bólu. Łagodzę ból, przykrywając go myślami pochodzącymi z poczucia winy: „Tak, jesteś zepsuty do szpiku kości Viradhammo!”. Jest to jednak działanie ego. Jak to jest, gdy po prostu staniemy twarzą w twarz z bólem? Jeśli powiem komuś coś niemiłego, a potem widzę, że go zraniłem, myślę: „No nie, znowu to zrobiłem!” – i o to właśnie chodzi. Jest ból. To skutek mojego działania.

Medytacja jest tak ważna, ponieważ gdy siedzimy, widzimy jasno czym skutkuje nasze życie. Czasem zbyt trudno jest siedzieć, gdy cierpimy, bo pragniemy uciec od tego cierpienia. Jeśli jednak siedzimy i rzeczywiście czujemy ból, bez osądzania, naprawdę odczuwamy fizyczne i emocjonalne stany, to możemy wtedy kontemplować: to jest skutek tego. Gdy jest to, pojawia się tamto. Widzimy współzależne powstawanie – pojawienie się określonego uczucia zależne jest od określonych działań lub warunków. Jeśli naprawdę poczujemy ból rejestrowany przez umysł, w intuicyjny, najbardziej podstawowy sposób, zrozumiemy, że jeśli będziemy robić pewne rzeczy, to zaczniemy cierpieć. Uświadomimy sobie przyczynę i skutek.

Co w takim razie możemy zdziałać? No cóż, zamiast poddawać się myśleniu zakorzenionemu w poczuciu winy, można myśleć „zręcznie”. Możemy powiedzieć: „Od dzisiaj nie będę mówił w ten sposób”. Możemy uczynić postanowienie, którego utrzymywanie w umyśle pomoże nam być bardziej uważnymi. Pięć dni później, gdy znowu powiem coś takiego, zamiast myśleć “Znowu to samo! Nic z ciebie nie będzie! Jesteś kompletnym dnem!”, mogę zawrócić i przyjrzeć się temu. „Czym to skutkuje? Boli, naprawdę boli! Czuję to”.

Ten ból może mnie nauczyć: pojawiło się takie uwarunkowanie – powstało więc to, ale gdy się nie pojawia, nie otrzymujesz tamtego. Jeśli będę przechodził ten proces ciągle od nowa, przyglądając się nawykowym schematom cierpienia, w końcu zacznę dostrzegać pojawianie się tych niewłaściwych warunków. Pojawi się uważność.

Uważność jest niezwykle skuteczna. Jest jak rozważanie czy pamiętanie. Widzimy na przykład: „Aha, znowu… ten impuls, żeby komuś dociąć… nie będę jednak na to reagował. Nie pójdę za tym. Zacisnę zęby i nic nie powiem”. Pojawia się wtedy radość: „Nie zrobiłem tego! Nie dałem się wciągnąć”. Serce uwolniło się od tego szczególnego nawyku.

Nie było już w tym wszystkim nienawiści. Była intencja, ale niezwiązana z działaniem ego, nie było tu działania pod wpływem pragnienia. Nie staram się być kimś, kto tego nie robi. Nie ma tu działania pod wpływem awersji. Jest jedynie uważność, przytomność. To jest trening, czyli działanie z ciągłą uważnością i postanowienie sobie: będę przytomny, nie będę się niczym stawał, po prostu będę postrzegał rzeczy takimi, jakimi są.

Oczyszczenie, trzeci rodzaj rozważań, który uważam za pomocny, jest być może najtrudniejszy, dlatego że jest tak nudny. Wypowiadać się mogę oczywiście jedynie na temat życia klasztornego, ponieważ nigdy tak naprawdę nie prowadziłem treningu jako osoba świecka. Wiem, że życie w klasztorze to nic zabawnego – nie na tym zresztą ono polega. Chociaż kocham zgromadzenie zakonne i sądzę, że mnisi są inspirujący, czasem po prostu nie lubię ludzi, czuję się zirytowany, poniżany lub mam zwyczajnie dość. Jednak mam możliwość obserwowania tego, co jest właśnie oczyszczaniem.

Trzeba mieć niezwykłą cierpliwość. Moje ulubione powiedzenie to: „Nieskończona cierpliwość, bezgraniczne współczucie”. Na tym polega praktyka. Kiedy to wszystko zaczyna się ujawniać, kiedy denerwuje cię twoje mieszkanie albo małżeństwo, albo masz dość własnych dzieci, pragnienie manifestuje się jako frustracja. Wtedy jednak, jeśli wytrzymamy z tą frustracją bez osądzania, przechodzimy oczyszczenie. Pozwalamy więc, żeby te sprawy dotarły do świadomości – musimy sprawić żeby „śmieci” stały się świadome.

Nauki o anattā i anicca, braku istoty i ciągłej zmianie są tak ważne, dlatego że gdybyśmy ich nie znali, bralibyśmy wszystko do siebie. Im bardziej jednak kontemplujemy to nauczanie i odkrywamy, że jest prawdziwe, tym więcej odwagi mamy, żeby to wszystko dopuszczać do świadomości, tym więcej mamy cierpliwości, żeby to znosić, tym bardziej uświadamiamy sobie tło tego wszystkiego – spokój umysłu.

Ten spokój nie jest czymś, co zdobywamy, stając się kimś. Pojawia się on raczej poprzez „odpuszczanie”, pozwalanie, żeby sprawy same odeszły. Dlatego właśnie tak dużo mówimy o zaniku. Powiedzmy, że gdy jestem, na przykład, w zrzędliwym nastroju, powinienem pamiętać nauki: „To się zmieni, nie rób z tego problemu”.

Pozwalam więc sobie na bycie zrzędliwym, co nie jest folgowaniem sobie, nie rzutuje na innych mnichów, nie jest też wypieraniem. Po prostu uznaję, że to, co ma naturę pojawiania się, ma też naturę zanikania – mogę się do tego przebudzić i wtedy rzeczywiście znika. Uświadamiam to sobie coraz bardziej i staje się to wówczas ścieżką odwagi i pewności siebie. Z ufnością pozwalam, żeby rzeczy się pojawiały i stawały się w pełni uświadomione – żeby lęk, gniew, czy cokolwiek, były w pełni uświadomione.

Tendencja do wypierania nieprzyjemnych rzeczy jest niezwykle silna. Panikujemy pod wpływem pewnych uwarunkowań, a one stają się wtedy prawdziwym zagrożeniem. Próbujemy je gdzieś zepchnąć, ale one wracają. Jeśli więc stwierdzimy, że to ciągle wraca musimy się zastanowić: „Czy ja naprawdę pozwalam temu dotrzeć do świadomości, czy jedynie to spycham?”. Trudno uchwycić tę granicę między folgowaniem sobie, a wypieraniem, chociaż właściwie to bardzo proste – należy się przebudzić do tego, co jest tu i teraz.

To naprawdę natychmiastowa praktyka, więc gdy pojawia się pytanie „Czy ja wypieram czy folguję sobie zbytnio?”, traktuj to jako wątpienie – po prostu uwarunkowanie umysłu. „Jest jak jest. Tak czuję się w tej chwili” – budzenie się, dopuszczanie do świadomości. Zauważcie, że nie ma w tym ani pragnienia, ani awersji. To nie pochodzi ani z pragnienia stawania się czymś, ani z chęci pozbycia się czegoś. Nie ma odejścia od tej chwili do chwili następnej. Jest bezczasowe. Natychmiastowe. To budzenie się tu i teraz.

O autorze

Viradhammo.jpg

Viradhammo Ajahn
zobacz inne publikacje autora

Czcigodny Ajahn Viradhammo urodził się w Esslingen, w Niemczech w 1947 roku, w rodzinie łotewskich emigrantów. Wyjechał z rodzicami do Kanady, gdy miał pięć lat. Studiował inżynierię na Uniwersytecie Toronto, jednak życie akademickie go rozczarowało, więc w 1969 roku przerwał studia i wyjechał do pracy w Niemczech, by następnie rozpocząć podróżowanie, żeby poznać świat i doświadczyć innych kultur. W późniejszym czasie, kiedy mieszkał w Indiach, zetknął się z buddyzmem, dzięki temu, że spotkał sāmaṇerę Bodhesako, który zapoznał go z pismami czcigodnego Ñāṇavīry. Dotarł w końcu do Tajlandii, gdzie w 1973 roku został nowicjuszem w Wat Mahathat, a w roku następnym przyjął pełne święcenia w Wat Pah Pong od Ajahna Chaha. Był jednym z pierwszych mieszkańców w innym klasztorze – Wat Pah Nanachat.

Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: Facebook

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL: Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.

gnu.svg.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0

cc.png

Oryginał można znaleźć na tej stronie: http://www.buddhamind.info/stillness/

Źródło: Viradhammo Bhikkhu 2005

Tłumaczenie: Zbigniew Molski
Współpraca: Maciej Królikowski
Redakcja: Alicja Brylińska

Image0001%20%281%29.png


Redakcja portalu tłumaczeń buddyjskich: http://SASANA.PL/