Tytuł: Zmiana

O autorze: Ajahn Brahmavamso

Wersja pdf: pdf2.jpg

zobacz źródło

print

Wersja epub: epub2.jpg

Plik z napisami do ściągnięcia STĄD (kliknij prawym przyciskiem myszy i wybierz "zapisz jako")

Jak zwykle, chciałbym odpowiedzieć na pytania, które zadano mi przed spotkaniem albo przysłano drogą e-mailową. Pytania, które otrzymałem dziś, podsunęły mi temat, który omówię dzisiejszego wieczoru. To temat mocno związany z buddyzmem: anicca - zmiana. Pomówię dziś właśnie o zmianach, przytaczając przykłady z życia, które usłyszałem od innych.

Zacznę od pytania, które dostałem przez internet: „są pewne prawa natury, prawa fizyki, które się nie zmieniają. Jednocześnie buddyzm naucza, że wszystko podlega zmianie. Czy mamy tu do czynienia ze sprzecznością? Szczególnie w kontekście starego paradygmatu zachowania energii.”

Mówiłem już o tym w Singapurze, jakieś dziesięć dni temu, na spotkaniu na temat ewolucji i stworzenia świata i tego, jak te dwie idee można ze sobą pogodzić. Byłem kiedyś naukowcem, zajmowałem się fizyką, a teraz jestem buddystą i rozumiem naturę umysłu ludzkiego. Dlatego też zastanawiałem się nad tym przez jakiś czas. Skąd się wzięła materia wszechświata? Zasada zachowania energii oznacza, że nic nie może powstać z nicości.

Odpowiedź na to pytanie jest prosta - nie ma tu sprzeczności. Czasami może nam się wydawać, że widzimy sprzeczność dlatego, że nie patrzymy na rzeczy z właściwej perspektywy. Jeśli spojrzymy pod trochę innym kątem, możemy zobaczyć, że sprzeczność wcale nie jest sprzecznością. Nauka udziela nam odpowiedzi na to pytanie. Masa wszechświata nie zawsze występuje w pozytywnej formie; istnieje też tak zwana negatywna energia. Dobrym przykładem tej energii jest energia potencjalna, o której wielu z was uczyło się w szkole. Nie będę wchodził w szczegóły, bo to nie ma być wykład z fizyki; wspominam tylko o tym w ramach wprowadzenia do dzisiejszego tematu. Potencjalna energia jest wtedy, kiedy mamy jakiś obiekt i jakieś pole siłowe, na przykład grawitacyjne, przez co powstaje negatywna energia; innymi słowy, żeby uwolnić się z pola grawitacyjnego Ziemi, potrzebna jest energia, więc będąc w tym polu, macie trochę negatywnej energii. W fizyce istnieje więc pojęcie negatywnej i pozytywnej energii. Pamiętam, jak wiele lat temu prowadziłem spotkanie z poprzednim opatem New Norcii i profesorem Davidem Blairem z UWA (University of Western Australia). Dyskutowaliśmy o religii i nauce, i pamiętam, jak odwróciłem się do profesora Blaira – który jest profesorem fizyki na UWA – i zapytałem, co by było, gdyby ilość negatywnej energii we wszechświecie zrównoważyła się z pozytywną energią – gdyby bilans wyniósł zero. Pamiętam, że odwrócił się i powiedział: - wow, jest pan na bieżąco, Ajahn Brahm. Omega równa się jeden – dodał. W nauce często używają greckich liter jako symboli różnych zjawisk w fizyce. Omega to stosunek energii negatywnej do pozytywnej we wszechświecie. Jeśli zbierzemy całą masę i energię wszechświata i zrównamy je, to wszystko się wyzeruje; wszystko, co istnieje, obróci się w nicość. Zero. Pustka. Czyli – według buddyzmu – w suññata.

Przyszliśmy więc z niczego, teraz jesteśmy niczym i zmierzamy w stronę nicości. Wszystko zmierza ku wyzerowaniu. Podoba mi się to. Kilka dni temu powiedziałem żartobliwie, mówiąc o programie telewizyjnym „Najwięksi przegrani”, że buddyści to najwięksi przegrani, bo nie przywiązują się do niczego. Wszystkiemu pozwalamy odejść, więc najwięcej przegrywamy. Witajcie w klubie dla przegranych. Tracimy wszystko, aż nic nie zostaje, ale od początku nie było niczego. Cały wszechświat pochodzi z nicości i jest tylko zbiorem plusów i minusów, które się nawzajem równoważą, ale są od siebie oddzielone – po to, aby w końcu zlać się w jedno i stać się pustką.

Tak jak świadomość. Ludzie często pytają, skąd bierze się świadomość. Z rozdziału między pozytywną i negatywną energią. Niektórzy myślą, że w ich świadomości jest więcej negatywnej energii niż pozytywnej. Jeśli będziecie wystarczająco dużo przychodzić do Towarzystwa Buddyjskiego, to ładnie wam to zbalansujemy. W końcu jednak energie się równoważą i stają się pustką. Na tym polega głęboki bezruch i pokój osiągany podczas medytacji; człowiek znika.

Wszystko pochodzi z nicości i dlatego może się zmieniać, a także całkowicie zniknąć. To jest odpowiedź na tamto pytanie: nie ma tu żadnej sprzeczności. Zmiana jest możliwa. Wszystko pochodzi z nicości i do niej zmierza. Rzeczy są w stanie ciągłej zmiany; nie są cały czas takie same.

Kiedy słyszy się o tym pierwszy raz, może to brzmieć trochę przerażająco, bo w naturze ludzkiej jest potrzeba stałości i jakiegoś miejsca, w którym można osiąść i odpocząć. Ludzie myślą, że w życiu potrzebne jest jakiś stały element, w którym można się zresetować. Dlatego chcemy być w stałych związkach i żeby ludzie, których kochamy, zawsze byli niedaleko nas. Zależy nam na poczuciu pewności co do stanu gospodarki kraju, żebyśmy mogli poczuć się bezpiecznie w jakiejś społeczności, wychowywać dzieci i czuć, że wszystko będzie dobrze – ale to nie leży w naturze wszechświata. Wszystko jest w stanie ciągłej zmiany. Kiedy sobie to uświadamiamy – że istnieje brak stałości w tym świecie, w tym kraju, w tej egzystencji – i musimy się z tym jak najszybciej pogodzić, to jak w ogóle się do tego zabrać? Jak pogodzić się z tym, że w naturze naszego życia leży zmiana?

Kiedy nie umiemy się z tym pogodzić, wpadamy w przywiązania i złudzenia; mamy ludzi, których kochamy i nie pozwalamy im się zmieniać. Gwarantuję wam, że wasz partner nie jest tym samym człowiekiem, którego poślubiliście kilka miesięcy temu. Zawsze będzie się zmieniać i nie możecie sprawić, że pozostanie taki sam. Czy nie byłoby wspaniale, gdyby twoja piękna żona nigdy się nie zmieniała? Ale niestety ona też się starzeje, siwieją jej włosy, a jej ciało robi się obwisłe; albo czy nie byłoby wspaniale, gdyby twój mąż był ciągle taki sam, jak wtedy, kiedy chodziliście na randki – uważający i dobrze ubrany. Ale teraz śmierdzi mu spod pachy i w ogóle się zestarzał.

To jest naturalne i musimy pozwolić tym rzeczom się dziać. Musimy też pozwalać ludziom odchodzić od nas, i umierać. To jedna z tych zmian i jeśli tego nie zrozumiemy i nie zaakceptujemy, to zawsze będziemy myśleć, że ludzie bliscy naszemu sercu zawsze będą przy nas. To jest problem. Jedno z najważniejszych powiedzeń Buddhy to: „wszystko to, co mam teraz i co sprawia mi radość pewnego dnia zostanie mi odebrane”. Staram się o tym nie zapominać. O co tu chodzi? O to, że cieszy nas obecność rzeczy, które kochamy. Cieszymy się nimi, ale wiemy, że pewnego dnia ich nie będzie. Jeśli naprawdę to zrozumiemy, to ta myśl nie budzi lęku – wręcz przeciwnie, budzi piękne uczucia. Zilustruję to za pomocą historii z życia Ajahna Chaha.

Ajahn Chah brał do ręki kubek – opowiadam tyle różnych przypowieści związanych z naczyniami, bo wszystkie rekwizyty, którymi dysponuję, to to, co leży obok mnie – i mówił: - czy widzisz pęknięcia na tym kubku?

Przyglądałem się, ale nie widziałem żadnych pęknięć, więc zastanawiałem się, do czego zmierza. Ajahn Chah mówił: - na tym kubku są pęknięcia, ale są mikroskopijnie małe. Nie widać ich. Ale któregoś dnia ktoś potrąci albo upuści tą szklankę i pęknięcie się powiększy, i szklanka się stłucze, bo w naturze szkła leży to, że są w nim pęknięcia, które powiększają się, jeśli je upuścisz. Jest kruche. I dlatego trzeba obchodzić się z nim ostrożnie. Jeśli to byłby plastikowy kubek, można by nim rzucać i kopać go, a nic by mu się nie stało; byłby niezniszczalny, więc nie trzeba by było się z nim ostrożnie obchodzić. Ale jest nietrwały, podlega zmianom, i dlatego trzeba otoczyć go troską. I tak samo jest z ludźmi: z naszymi dziećmi, partnerami, przyjaciółmi, albo psem czy kotem. Wiesz, że wciąż ulegają zmianom. Pewnego dnia zostaniesz bez nich; pewnego dnia pojawi się ta rysa i albo oni umrą, albo ty umrzesz, albo przeprowadzą się na drugą stronę świata. Pęknięcia czekają. Gdyby zawsze mieli być przy tobie – wiecznie młodzi, zdrowi, sprawni – troska byłaby zbędna, tak jak zbędna jest troska o wytrzymały plastykowy kubek. Musimy jednak się o nich troszczyć właśnie dlatego, że są podatni na pęknięcia.

Te słowa nie tylko pozwoliły mi dostrzec naturę zmian, ale też to, w jaki sposób sobie z nimi radzimy, i mądrość i współczucie, które przychodzą kiedy zrozumiemy, jak działają. Nie będziemy razem wiecznie, więc nie ma czasu się na siebie złościć, bo może przyjść dzień, kiedy nie będziemy już mogli powiedzieć „przepraszam”. Bo ta osoba już odeszła.

To okropne doświadczenie – wiem, bo sam to przeżyłem. Mój ojciec zmarł, kiedy miałem szesnaście lat. Wiele razy opowiadałem o tym, jak bardzo kochałem ojca i jak wielki wpływ na mnie wywarł – ale ja bynajmniej nie byłem idealnym synem. Robiłem czasem głupie rzeczy, a jedną z takich głupich rzeczy, przez które czułem się źle po jego śmierci i czułem, że powinienem był przeprosić była rywalizacja w kwestii gustu muzycznego. Mój ojciec uwielbiał Franka Sinatrę. Ja słuchałem Jimiego Hendrixa. I czasami, kiedy on włączał Sinatrę, ja włączałem Hendrixa. A Jimi Hendrix jest o wiele głośniejszy niż Frank Sinatra, więc zagłuszałem muzykę puszczaną przez mojego ojca. To było głupie, ale byłem czternasto- czy piętnastolatkiem, który rywalizował z innymi mężczyznami w domu. To normalne u dorastających chłopców. Robiłem to wiele razy, a potem ojciec zmarł i było za późno, żeby przeprosić. To nic wielkiego, ale czułem się z tym źle. Mogłem przecież pozwolić mu słuchać jego ulubionej muzyki. Miałem wyrzuty sumienia. To doświadczenie nauczyło mnie, żeby przeprosić, kiedy jeszcze jest czas, bo może przyjść dzień, kiedy to już nie będzie możliwe.

Przychodzą zmiany i nie możemy oczekiwać, że inni ludzie zawsze przy nas będą. To piękne, że kiedy uświadamiamy sobie konieczność zmian i to, że coś, co przyszło dziś nie przyjdzie znowu jutro, to zaczynamy korzystać z możliwości, żeby powiedzieć to, co naprawdę ważne.

Wszyscy mnisi i zakonnicy ze wszystkich tradycji i wszystkich religii, kładąc się do łóżka wieczorem, wiedzą, że mogą się już nie obudzić. Wszyscy wiemy, że łóżka to jedne z najbardziej niebezpiecznych miejsca na świecie – większość ludzi w nich umiera. Dlatego też mnisi spędzają w łóżku możliwie najmniej czasu. Inaczej wzrasta ryzyko zgonu. W każdym razie jesteśmy świadomi tego, że możemy nie obudzić się następnego ranka i to mógł być nasz ostatni dzień, więc staramy się być przygotowani na śmierć. A kiedy jest się przygotowanym na śmierć, zaczyna się naprawdę żyć. Każdy dzień staje się cenny, bo nigdy nie wiadomo, ile nam ich jeszcze zostało.

O tym też mówiłem w Singapurze; już dawno nie poruszałem tego tematu tutaj. Zanim zostałem mnichem, byłem naukowcem, fizykiem; matematyka jest częścią fizyki, więc umiem nieźle liczyć w pamięci i wiem, że w tym pomieszczeniu znajduje się około trzystu osób. Statystycznie przez następny rok około czworo z was umrze. Na to wskazuje statystyka. Które cztery osoby? Nie patrzcie tylko na starych, młodzi ludzie też umierają. Gwarantuję, że w ciągu roku czworo z was umrze. Może mniej, może więcej. Możesz to być ty… więc przeżyj ten rok jak najlepiej. Okazuje się, że jeśli przyjrzymy się tej myśli z bliska, to przestaje wzbudzać lęk. Przeciwnie – sprawia, że życie staje się ciekawsze. Człowiek zaczyna czuć, że żyje i nie marnuje tyle czasu. Wiemy, że szklanka w końcu się stłucze, więc otaczamy ją troską. A kiedy szklanka rzeczywiście się tłucze, nie opłakujemy jej, jakby stała się jakaś tragedia. Uświadamiamy sobie, że się tego spodziewaliśmy. To leżało w jej naturze.

Kiedy umiera kot, nie smucimy się, bo wiedzieliśmy, że to nastąpi od chwili, kiedy zamieszkał z nami jako mały kociak. To przeznaczenie: rysa istnieje, i pewnego dnia szklanka się stłucze. Jeśli opiekowaliśmy się tym kotem całe życie, to myślimy: jaki to był wspaniały czas. Dziękuję. Kiedy umiera człowiek, też możemy pomyśleć, że spędziliśmy razem piękne chwile i czuć, że na nic nie zamienilibyśmy tego doświadczenia. Kiedy rozpada się związek, dlaczego cierpimy? Przecież przeżyliśmy razem wspaniałe chwile. Wiele tygodni, miesięcy, może nawet lat. Lat pełnych miłości, zabawy, radości. Cóż za piękny czas - dziękuję. Dlatego właśnie myślę, że rozwody powinny odbywać się inaczej: powinno się z tej okazji organizować przyjęcie. „Dziękuję za czas, który razem spędziliśmy. Nadszedł czas, abyśmy poszli każde w swoją stronę, ale przeżyliśmy razem dużo pięknych chwil.” Ludzie czasem patrzą na rzeczy w bardzo dziwny sposób.

Częścią zmian jest pozwolenie rzeczom, aby odeszły. Trzeba pozwolić tej szklance się stłuc. Dlaczego ludzie noszą ze sobą fragmenty przeszłości? Znowu coś, o czym mówiłem też w Singapurze: wielu z was prowadzi albumy ze zdjęciami. Wszyscy robimy zdjęcia, ale chyba fotografujemy nie to, co powinniśmy. Fotografujemy szczęśliwe chwile: śluby, dzieci, które skończyły szkołę albo studia. A może powinniśmy też robić zdjęcia rozwodów i wieszać je w ramkach na ścianie? „To ja i moja była żona u prawnika”. Macie zdjęcia z wakacji na Bali – czemu nie fotografować się na fotelu dentystycznym? To by było coś. Robimy zdjęcia na plaży – czemu nie w kostnicy? Albo przy wynoszeniu śmieci? Nigdy nie widziałem, żeby ktoś to robił. My też wynosimy śmieci z klasztoru do punktu recyklingu, ale nigdy nie widziałem, żeby ktoś tam pozował do zdjęć, a potem wieszał te zdjęcia na ścianie. Zamiast tego fotografujemy piękne rzeczy i dobre wspomnienia. I to właśnie wkładamy do albumu. A co się znajduje w albumie w naszej głowie? Tam właśnie wstawiamy wszystkie zdjęcia ze śmietnika, rozwodu i negatywnych wydarzeń z naszego życia. To niezwykłe: w prawdziwym albumie trzymamy tylko te pozytywne rzeczy, ale w albumie w głowie ciągle są te brzydkie zdjęcia. To głupie.

Ponieważ wszystko się zmienia nie trzymam zdjęć. Ludzie dają mi je, więc zachowuję je przez jakiś czas, a potem je wyrzucam albo palę. Po co trzymać fotografie? Życie przecież wciąż się zmienia. Dlaczego chcemy łapać chwile i utrwalać je? O wiele lepiej jest uwolnić się od przeszłości i po prostu żyć wśród zmian, pozwalając rzeczom płynąć, zamiast ciągle trzymać się przeszłości. Jeśli ciągle trzymasz się przeszłości, nie jesteś wolny i nie możesz być w chwili obecnej. Rozmawiałem ostatnio z kimś, kto martwił się o dzikie konie w Kimberly, które miały być odstrzelone. To piękne, zdrowe, wolne zwierzęta, które cieszą się życiem wśród dzikiej przyrody. Patrzenie, jak biegną, niczym nie ograniczone, nie tresowane przez człowieka, podążające za głosem natury daje inspirujące poczucie wolności – ale niestety, jest ich trochę za dużo i wydano nakaz odstrzału. Jako buddysta – zresztą nie tylko jako buddysta, w ogóle jako człowiek – myślę, że jest w tym coś wstrętnego. Po co w ogóle to robić? Jeśli chcemy zmniejszyć liczebność jakiegoś gatunku, to może zacznijmy od ludzi? Jest nas za dużo na tej planecie i to przez nas są problemy. Wyobraźcie sobie, że ktoś wpada na pomysł, żeby odstrzelić część populacji Perth. Konie – ok, kangury – ok, króliki – ok, ale ludzie? A przecież to my jesteśmy największym szkodnikiem na Ziemi, jeśli spojrzeć na to, ile szkody wyrządzamy.

W każdym razie, kiedy pojawia się taki problem, trzeba zadać sobie pytanie, czy można go jakoś rozwiązać. Czy można coś zrobić w danej sytuacji? Kiedy martwimy się o rzeczy, na które nie mamy wpływu, zaniedbujemy chwilę, w której jesteśmy, a w której są rzeczy, na które mamy wpływ. Martwiąc się o ludzi głodujących w Afryce albo na Haiti, odwracasz swoją uwagę od rzeczy, które możesz zrobić tu i teraz – jak na przykład pomóc domowi dziecka w Bangladeszu. To jest coś, na co możesz mieć wpływ.

Byłem idealistą, kiedy zostałem mnichem i pozostałem idealistą. Trzymam się tego, w co wierzę. Dzisiaj nawet rozmawiałem z kilkoma mnichami o zasadach, których się trzymałem przez całe życie. To daje satysfakcję i poczucie siły. Pamiętam, jak wspierałem społeczność osób nieheteroseksualnych i w „Sunday Telegraph” pojawił się artykuł cytujący wypowiedź Dalaj Lamy, który powiedział, że nie można być gejem i buddystą jednocześnie. Stwierdziłem, że to nieprawda i nie mogłem tego zignorować, więc napisałem list do tej gazety. List został wydrukowany i pojawiło się parę komentarzy, że nie można krytykować Dalaj Lamy - ale to nieprawda. Każdego można krytykować – mnie też, przecież nie zawsze mam rację. Nie ma na świecie ludzi, których nie można skrytykować. Krytyka nie oznacza braku szacunku, bo prawda i współczucie są ważniejsze od człowieka. Nie czcimy ludzi, ale idee. Okazałem więc wsparcie mniejszościom seksualnym i było to bardzo satysfakcjonujące; pojawiło się parę negatywnych komentarzy, ale otrzymałem też nagrodę od tej społeczności. Byłem z tego bardzo dumny. Pamiętam, że poszedłem tam i wygłosiłem krótkie przemówienie. Powiedziałem, że na tym spotkaniu wszyscy są homo, ale to ja tu jestem największym dewiantem, bo jestem w celibacie. A to – zupełny brak seksu – jest widziane jako coś jeszcze dziwniejszego niż homoseksualizm. Ludzie myślą, że to takie dziwne, że jeśli człowiek jest w celibacie, to na pewno jest z nim coś mocno nie w porządku.

Wszystko ze mną w porządku, a wręcz czuję, że powinienem wspierać prawa osób będących w celibacie. Chciałbym któregoś roku mieć swoją własną platformę na Mardi Gras organizowanym przez gejów i lesbijki – platformę celibatu. Wolność dla celibatu! Trzeba walczyć o zmianę. Społeczeństwo zawsze będzie się zmieniać i ewoluować. To tkwi w naszej naturze i musimy iść ze zmianami; czasem też trzeba im trochę pomóc – tak jak w tej historii z bhikkhunī. Jesteśmy w Australii, w dwudziestym pierwszym wieku, nie możemy tkwić w przeszłości. Dlaczego ma nie być równości pomiędzy mężczyznami i kobietami? To nie ma sensu. Dlatego możemy trochę pomóc zmianie w społeczeństwie. Rzeczy muszą się zmieniać, a my musimy współpracować z tymi zmianami.

Czasami jednak – tak jak w przypadku koni w Kimbley – zużywamy energię na rzeczy, na które nie jesteśmy w stanie wpłynąć. Marnujemy mnóstwo energii i wysiłku, i kiedy pojawia się coś, co możemy zrobić, przegapiamy to. Mądrość polega między innymi na umiejętności odróżnienia, gdzie jesteśmy w stanie coś zmienić, a gdzie musimy po prostu pozwolić rzeczom się dziać.

Jest taka historia, którą opowiedzieli mi inni mnisi – pojawia się też w „Otwierając wrota twojego serca” – to historia mnicha z Nowej Zelandii, który podróżował po tym kraju wraz ze swoim przyjacielem. Pewnego bardzo gorącego dnia, po całodziennej wędrówce, dotarł do dziewiczej plaży, chyba gdzieś na południu. To była piękna plaża, zupełnie pusta; jedna z tych plaż, na których budują resorty turystyczne, jeśli znajdują się odpowiednio blisko cywilizacji. To miejsce jednak było zupełnie dzikie. Mnich i jego kolega byli tam sami, a było bardzo gorąco, więc postanowili popływać. Rozebrali się – w końcu nikogo poza nimi tam nie było – weszli do wody i zaczęli pływać. Wtedy właśnie mnich uświadomił sobie, że popełnił błąd. W tym miejscu w morzu był bardzo silny prąd. Przeżył, dzięki czemu mogliśmy poznać tą historię, ale powiedział, że podobno wiele osób w tym miejscu zginęło. Nie wiedział, że jest tam tak niebezpiecznie. Jak udało mu się przeżyć? Skorzystał ze świetnej strategii – myślę, że ma to jakiś związek z tym, że jest buddystą; buddyjskie nauki uratowały wtedy jego życie. Kiedy ściągał go ten prąd, poczuł, że był tak silny, że nie było sensu z nim walczyć, więc kompletnie się rozluźnił i nie próbował nic robić. Pozwolił, żeby morze odciągnęło go daleko od plaży, bo wiedział, że ten prąd w końcu się zatrzyma. Nie był permanentny i musiał w końcu osłabnąć. I tak się stało. Wtedy mnich zaczął płynąć do brzegu. Zaczął walczyć dopiero, kiedy rzeczywiście mógł coś zmienić. Udało mu się dopłynąć do brzegu; był wyczerpany, ale przeżył. Powiedział mi, że gdyby walczył z tym prądem, zostałby odciągnięty na taką samą odległość, ale byłby zbyt zmęczony, żeby popłynąć z powrotem i zginąłby. Wiedza o tym, kiedy walczyć, a kiedy odpuścić uratowała mu życie. Co równie ważne, miał w sobie odwagę, żeby poddać się okolicznościom, mimo, że bał się tego, co mogło się stać. Odpuścił i to uratowało mu życie.

To piękna metafora życia: w życiu zdarza się, że otaczają nas okoliczności, w których nie jesteśmy bezpieczni i jeśli umiemy podejść do tego mądrze, wiemy, że nie ma sensu się opierać i musimy po prostu dać się nieść. Nie mamy wyboru, nawet jeśli to, co się dzieje, jest bolesne albo budzi lęk. Dajcie się ponieść – i potem, kiedy będziecie mogli coś zmienić, będziecie mieć wystarczająco dużo energii, żeby walczyć. To podejście wiele razy pomogło mi w życiu. Czasem zdarzają się sytuacje tak trudne i skomplikowane, że nie wiadomo, co zrobić. Wtedy przypominam sobie tamtą historię i wiem, że być może powinienem dać się ponieść. W końcu coś się zmieni, więc nie ma sensu się bać, a kiedy przyjdzie jakaś zmiana, będziesz mógł coś zrobić. Wtedy dopiero zacznij działać. Świadomość, że to nie będzie trwało wiecznie, rodzi odwagę.

Do moich zadań należy między innymi rozmawianie i doradzanie ludziom – może nie powinienem o tym mówić, bo kiedy o tym wspominam, to wiecie, co się dzieje: kolejki, telefony… Nie jestem profesjonalnym terapeutą, nie płacę składek na ubezpieczenie, a jeśli źle wam doradzę, to Towarzystwo Buddyjskie może mieć kłopoty. Może więc powinniście iść do profesjonalisty. My tutaj dajemy proste rady płynące z serca, bo jesteśmy tylko ludźmi – rady, które często można sprowadzić do „pamiętaj, że to też minie”.

Jest taka historia – nie mogłem umieścić jej w „Otwierając wrota twojego serca”, bo ktoś inny już ją wcześniej opisał, i mógł być problem z prawami autorskimi; to historia o pierścieniu cesarza. Wiem, że już kiedyś ją opowiadałem, ale proszę, postarajcie się ją zapamiętać, bo to świetna opowieść i niesie w sobie naukę. Ktoś – nie pamiętam, kto dokładnie i nie wiem, czy ta osoba jest tu dziś – kazał wygrawerować na pierścionku te same słowa, które były na pierścieniu cesarza.

Młody chłopiec został cesarzem i zawsze, kiedy wszystko dobrze się układało w cesarstwie, wyprawiał przyjęcie. Świętował tak intensywnie, że dobra passa nie trwała długo. Za każdym razem, kiedy w jego cesarstwie pojawiał się problem, cesarz szedł do swojej komnaty, dąsał się i smucił. Przez to zła passa trwała dłużej niż powinna. Bardzo nieefektywnie rządził swoimi ziemiami. Dobre czasy – impreza. Kłopoty – foch. Czy to wam kogoś nie przypomina? Na szczęście cesarz miał bardzo dobrych doradców, ale trzeba być bardzo ostrożnym, kiedy doradza się władcy. Powiesz coś nie tak i idziesz do więzienia albo skazują cię na śmierć. Doradcy wpadli jednak na pewien pomysł: postanowili podarować cesarzowi pierścień. Był to złoty pierścień, bardzo prosty; na zewnątrz obrączki były wygrawerowane słowa: to też przeminie. Cesarz zaczął nosić ten pierścień.

Kiedy wszystko w cesarstwie szło dobrze, pierścień mówił „to też przeminie”. Wszystko podlega zmianom. Wiedząc, że dobre czasy przeminą, cesarz wyprawiał przyjęcia, ale już nie tak często, bo uświadomił sobie, że musi ciężko pracować, żeby te dobre czasy potrwały dłużej. Bo wszystko podlega zmianom. Kiedy przyszły ciężkie czasy i zaczęły się kłopoty, cesarz nie wpadł w depresję, bo wiedział, że wszystko się zmieni. To jedna z podstawowych prawd na temat życia, ale jeśli o tym zapominamy, wpadamy w depresję albo ciągle imprezujemy; na przemian wpadamy w dołki i dostajemy skrzydeł.

Przed moim ostatnim wyjazdem do Tajlandii, australijska drużyna krykieta przegrała jakąś rozgrywkę czy eliminacje i ktoś mnie poprosił, żebym dla nich porecytował. Nie podziałało – przegrali. Tym razem chyba wygrywają i ktoś mnie zapytał, czy dla nich recytowałem. Czasami się wygrywa, czasami przegrywa; wszystko przemija. To część życia. Podobno po tym, jak ta drużyna przegrała drugi mecz, wielu Australijczyków wpadło w dół, poszło do swoich pokojów i nadąsało się. Albo powyłączali telewizję, poszli do pubu i się upili. To głupia reakcja na złą passę w życiu. Przecież to wszystko minie. Następną grę wygramy. A następną przegramy. A potem znowu wygramy. Zamiast się dołować, pamiętajcie: to minie. Taka jest prawda o życiu: nieważne, jak źle się dzieje, nic nie trwa wiecznie.

Nie mogę się powstrzymać przed opowiedzeniem historii, którą znam od innego z moich mistrzów. To było kiedy byłem bardzo chory – chorowałem na tyfus – i leżałem w kiepsko wyposażonym szpitalu w Ubon w Tajlandii. To było trzydzieści cztery lata temu. Ten szpital naprawdę był ubogi. To było w czasach, kiedy igły jeszcze były wielorazowego użytku. Teraz igieł używa się raz. Wyobraźcie sobie, że używacie wielokrotnie tych samych igieł. Tajlandia trzydzieści lat temu była biednym krajem, więc nie stać ich było na nowe igły, więc używali tych samych ile się dało – w Bangkoku. Potem wysyłali je na prowincję, czyli np. do Ubon, gdzie używano ich do leczenia biednych rolników z tego regionu. Po rolnikach używano tych igieł na mnichach, bo my jesteśmy wytrzymali. Takie miałem wrażenie. Miałem jakąś gorączkę – nie wiem, co to była za choroba – i dwa razy dziennie dostawałem zastrzyki w pośladek. To nie były normalne zastrzyki; pamiętam pielęgniarkę, która była zbudowana jak profesjonalny zapaśnik i zamiast robić mi zastrzyki, dźgała mnie tymi igłami. Nie znosiłem jej. Mimo, że jestem buddystą, nie umiałem się zdobyć na żadne współczucie i miłującej dobroci wobec niej. Po kilku tygodniach tego kłucia każdego ranka i popołudnia moje pośladki były strasznie obolałe. Poza tym miałem gorączkę, a długotrwała gorączka odbiera całą energię i człowiek robi się markotny. Wyobraźcie sobie więc, że w takich okolicznościach wasz mistrz przychodzi do was w odwiedziny. Ajahn Chah był wielkim mnichem i bardzo znanym, a ja byłem początkujący; pomyślałem, że to wspaniałe, że ktoś tak ważny przyszedł mnie odwiedzić. Przez kilka minut byłem bardzo szczęśliwy i wszystkie bóle i zły nastrój zniknęły – aż do chwili, kiedy Ajahn Chah nie otworzył ust. Powiedział mi o Dhammie – wolałbym, żeby tego nie robił. Powiedział: - albo wyzdrowiejesz, albo umrzesz.

Potem wyszedł. Był bardzo mądry, ale jego umiejętności społeczne wymagały doszlifowania. Najgorsze jest to, że nie można się z tym kłócić, bo to prawda. Albo się zdrowieje, albo umiera. Tak czy siak, choroba nie trwa wiecznie. Czy to nie przynosi ulgi? Jeśli rozumie się naturę zmian, to to przynosi ulgę, bo oznacza, że nie musimy trwać w chorobie na zawsze. Jeśli więc macie zamiar odwiedzić chorych krewnych w najbliższy weekend, podejdźcie i powiedzcie: - kochanie, albo ci się polepszy, albo umrzesz. Wszystko w życiu ulega zmianom. Jeśli jesteś buddystą, to wiesz, że jeśli umrzesz, to się odrodzisz. Jeśli masz stary, rozlatujący się samochód, to zamieniasz go na nowy. Tak samo jeśli masz raka albo jakąś inną chorobę, to czy nie lepiej wymienić ciało na nowe przez reinkarnację? To ma sens; jeśli więc ktoś umiera albo choruje, to powiedzcie „ale fajnie, niedługo dostaniesz nowy model! Co byś chciał tym razem?” Jeśli ktoś ukradnie ci samochód, albo rozbijesz go w wypadku, to następny samochód zależy od tego, ile wcześniej wpłaciłeś na ubezpieczenie. Jeśli wpłaciłeś dużo, to w następnym życiu dostaniesz bardzo dobry samochód.

Tak samo jeśli wpłacasz datki na Towarzystwo Buddyjskie Stanu Australia Zachodnia, albo na sierociniec w Bangladeszu, to w następnym życiu dostaniesz bardzo dobry model. Cielesny odpowiednik Rolls Royce’a albo Ferrari. Ale jeśli jesteś skąpy i nie generujesz dobrej kammy, to w przyszłym wcieleniu dostaniesz zacinającą się Toyotę. Już chyba kiedyś o tym mówiłem, prawda?

Pamiętajcie więc o składce na ubezpieczenie – czyli o dobrej kammie. Jeśli zdarzy się, że umrzecie, dostaniecie dobry samochód; wtedy śmierć staje się czymś, na co czeka się z radością. Jeśli macie dużo dobrej kammy, to śmierć jest ekscytującą perspektywą. Wszyscy wiemy, że rzeczy się zmieniają i prędzej czy później wszyscy odejdziemy.

Jest jeszcze jedna rzecz, o którą często pytają mnie ludzie: czy jeśli ktoś zostaje buddystą, to musi nim pozostać do końca życia? Rzeczy ulegają zmianie, nawet jeśli jest się buddystą. Ile z waszych poglądów i jaka część waszego spojrzenia na świat zmieniła się przez całe wasze życie? Dla mnie wiele razy zmieniało się to, jak patrzyłem na życie i radziłem sobie z nim. Ktoś pytał mnie też, czy ludzie, którzy przeszli na chrześcijaństwo, islam, albo buddyzm w młodości , muszą pozostać w danej religii na zawsze? Oczywiście, że nie. Jedną z największych rzeczy w życiu jest to, że podlegamy zmianie i jesteśmy w ruchu; zmieniają się nasze myśli i to, jak patrzymy na różne rzeczy. Myśl, że jeśli zaczynasz wyznawać daną religię, to musisz w niej zostać do końca nie ma dla mnie sensu, a wręcz stanowi pogwałcenie paragrafu osiemnastego Karty Praw Człowieka. Jednym z podstawowych praw człowieka jest możliwość wyboru – albo braku wyboru – religii, a nawet zmiana religii. Zawsze masz prawo to zmienić – w końcu sam też ciągle ulegasz zmianom. To jest normalna część życia. Bardzo często prawda, zdrowy rozsądek, mądrość, współczucie i miłująca dobroć – te wszystkie rzeczy, które leżą u podstaw religii i duchowości w świecie sprowadzają się do zrozumienia, że wszystko ulega zmianom.

Zmienia się nasz sposób myślenia, rozwijamy się i ewoluujemy. Podczas tego spotkania na temat stworzenia świata i ewolucji wspomniałem, że nie chodzi tylko o ewolucję całego gatunku – ważna jest też ewolucja pojedynczych osób. Wszyscy przeszliśmy jakąś ewolucję – zmienił się nasz umysł, nasza mądrość i współczucie, i to w ciągu kilku ostatnich lat, nie wspominając nawet o ewolucji, jaką przeszliśmy od urodzenia. Widzimy, jak się zmieniliśmy. Będziemy ewoluować dalej i nasze poglądy znowu się zmienią. Co do związków z ludźmi, to jeśli stłamsimy tą ewolucję, to zablokujemy autentyczność tej relacji. Będziemy się opierać naturze czasu, według której wszystko podlega zmianom.

Bardzo ważne jest zaakceptowanie zmian. Miłość i współczucie często polegają na tym, że pozwalamy rzeczom się zmieniać i odchodzić, jeśli tego właśnie wymaga zmiana, która nastąpiła. Czy to śmierć, czy dzieci kończące studia i wyprowadzające się z domu i zamieszkujące z kimś innym. Dlatego właśnie prawdziwa mądrość i miłość akceptuje zmiany i pozwala rzeczom odejść. A kiedy odejście następuje, umiemy dostrzec to, jak wspaniałe chwile z kimś spędziliśmy, zamiast się smucić. Smutek i cierpienie biorą się stąd, że chcemy od świata czegoś, czego nie może nam dać i oczekujemy czegoś, co nie istnieje. Jeśli jednak dostosujemy nasze pragnienia do tego, co świat może nam zaoferować, to nie będziemy prosić o coś, czego nie możemy dostać i przestaniemy cierpieć. Popłyniemy z życiem, zamiast walczyć z prądami. Na tym polega mądrość: na zrozumieniu zmian i pozwoleniu, żeby przychodziły.

Ludzie nieraz pytają, czy mnichem zostaje się na zawsze, czy są jakieś wieczyste śluby, które musimy składać – tymczasem Buddha nie zezwolił na coś takiego jak śluby wieczyste. Można w każdej chwili odejść. Jestem mnichem od trzydziestu sześciu lat, ale gdybym chciał, mógłbym odejść nawet jeszcze dziś. Jedynym powodem, dla którego ludzie pozostają mnichami jest to, że sprawia im to radość i znajdują w tym jakąś wartość i korzyść dla siebie. Tak samo jest z życiem, trzeba zaakceptować zmiany. Jeśli coś działa, jeśli warto to robić, to rób to dalej. Byłoby okropnie, gdyby mnisi i mniszki w naszym klasztorze były w nim nie dlatego, że chcą, ale ze względu na jakąś decyzję podjętą wiele lat wcześniej. Czy to by nie było jak więzienie? Człowiek się zmienia, życie się zmienia i klasztor przestaje być dla człowieka odpowiednim miejscem. W ten sam sposób przecież możemy zmienić pracę i inne rzeczy, które zaczynają nas uwierać. Dlatego też Buddha pozwolił na porzucenie szat. Można to zrobić aż sześć razy - czyli być siedem razy wyświęconym.

Był kiedyś mnich – dawno temu, jeszcze w czasach Buddhy – który, jak tylko został wyświęcony, zaczął tęsknić za żoną i za domem, więc zrzucił szaty. Po powrocie do domu zaczął się zastanawiać, po co to zrobił, więc znowu został mnichem, a potem znowu zaczął tęsknić za domem – i tak sześć albo siedem razy. Kiedy po raz ostatni znudziła mu się żona i wrócił do klasztoru, mnisi już mieli narzekać i powiedzieć, żeby się wreszcie zdecydował, ale po drodze do świątyni doznał oświecenia, więc go przyjęli i został mnichem po raz siódmy. Dlatego właśnie w wielu krajach można zrzucić szaty sześć razy, a jeśli ktoś po tym czasie nadal się nie zdecyduje, to już nie może zostać mnichem. Ta tradycja zawiera jednak w sobie akceptację zmian. Jeśli nie pozwalamy na zmiany, to zaprzeczamy naturze rzeczy, a na tym właśnie polega cierpienie. A nikt z nas nie chce cierpienia. Jako jeden ze starszych mnichów, czuję się o wiele lepiej wiedząc, że ludzie są w klasztorze, bo tego chcą.

Potraktujcie wasze życie podobnie: pozwólcie zmianom przyjść. Nie walczcie z nimi. Jeśli umiemy przestać bać się zmian, jesteśmy w stanie zaadaptować się do wielu rzeczy i cieszyć się nimi. A kiedy zmiana nadchodzi i rozstajemy się z kimś, nie smucimy się, bo wiemy, że spędziliśmy z tą osobą piękne chwile. Tak, szklanka się stłukła, ale kiedy jeszcze była cała, otaczałem ją troską i dzięki temu długo mi służyła; wiele wody się z ciebie napiłem, szklanko. W ten sposób smutek zostaje zastąpiony przez wdzięczność i akceptację. Wspaniale jest zrozumieć, że zmiana to coś, co musimy przejść i z czym musimy się zlać i pozwolić się unieść, zamiast ciągle się opierać.

Ludzie często opierają się, bo boją się, że jeśli znajdą się w jakimś nowym miejscu, to coś stracą albo będą cierpieć więcej. Pojawia się niepewność. Ale czy również przez niepewność nie definiujemy się na podstawie tego, z kim jesteśmy albo gdzie pracujemy? Jako mnich muszę występować w tylu rolach, które tak często się zmieniają, że czasem nie jestem pewien, kim mam być – można się jednak do tego zaadaptować i poradzić sobie w każdej roli. Przy odprawianiu ceremonii pogrzebowej trzeba zachować powagę – wyjątkiem był pogrzeb jednego z członków naszego Towarzystwa, Marka Wrighta; wielu z was na pewno go kojarzy, regularnie tu przychodził; na jego pogrzebie, zgodnie z życzeniem, które przekazał żonie, ostatnim utworem odtworzonym pod koniec ceremonii było „Always Look on the Bright Side of Life” z „Żywota Briana”. Myślę, że to pomysł godny polecenia, bo dzięki temu wszystkim było wesoło.

W każdym razie, powinniśmy pozwolić na zmiany – włącznie ze zmianami w tradycyjnych ceremoniach; czasem konieczna jest powaga, ale czasami można coś zmienić i dostosować się do okoliczności. To bardzo ważna umiejętność w życiu. Czasami trzeba zachować powagę, żeby okazać komuś empatię, a czasem można pozwolić sobie na żart. Jest czas na to, żeby mówić i na to, żeby słuchać. To ważne, żeby umieć się dostosować. Problem jednak polega na tym, że istnieje tyle reguł określających, jak należy się zachować w danej sytuacji, że jesteśmy skostniali i nie umiemy się przystosować do tego, co się dzieje w danej chwili. Jest pewna praktyka, która pozwala na swobodny przepływ zmian i którą wam polecam: trzeba odłożyć na bok zasady i to, czego nas nauczono; to, co „trzeba” zrobić. Odłóżcie je na chwilę na bok i trwajcie w chwili. Bądźcie życzliwi i współczujący. Kierujcie się mądrością i zaadaptujcie się do chwili. Ja wtedy odkrywam, że przestrzeganie wszystkich mnisich reguł przychodzi naturalnie, bez wysiłku – chodzi w nich przecież zawsze o życzliwość, bezinteresowność, prostotę, spokój. Jeśli jesteście w stanie zaadaptować się do chwili, i zaadaptować wszystkie zasady, których was nauczono – czy ktoś jest psychologiem, lekarzem, pielęgniarką czy murarzem - to zauważycie, że przyjdzie wam łatwiej przystosować się do wszystkich innych okoliczności w życiu. Jeśli ograniczacie się przez zasady takie, jak „tak ma być, bo zawsze tak było” – to może się okazać, że coś, co działa w większości sytuacji nie działa w tej, w której się akurat znaleźliśmy.

Dlatego też umiejętność adaptowania się do różnych warunków, czasem bardzo szybko, jest taka ważna. Bez niej dużo w życiu tracimy i nie odnosimy większych sukcesów. Pamiętam pewną nietypową sytuację, kiedy kilka lat temu, w Wielkiej Brytanii, przyszła się ze mną spotkać grupa buddystów-wojskowych. Buddystów można spotkać wszędzie, również w armii, i to całkiem wielu. Myślałem, że ci ludzie pełnią pomocnicze funkcje takie jak praca jako dentysta albo księgowy, ale niektórzy z nich walczyli na froncie, w Iraku albo Afganistanie. Czy buddysta powinien robić takie rzeczy? Nie będę ich osądzać – ci ludzie są tym, kim są. Musiałem dostosować swoje podejście, żeby spotkać się z nimi – a widziałem, że nie byli złymi ludźmi. Od razu wyczułem, że mieli bardzo silnie zakorzenione wartości moralne. Jak to możliwe? To było zaprzeczenie wszystkiego, czego się zawsze uczyłem o buddyzmie. Powiedziałem im, między innymi, żeby nigdy nie pozwolili wiedzy, którą posiadają, stanąć na drodze prawdzie. To ich zelektryzowało i przytaknęli z entuzjazmem. Moja wiedza mówiła mi, że to, co ci ludzie robią, jest złe, ale prawda, którą miałem przed oczami pokazywała mi pięknych ludzi.

Czego się trzymać? Jeśli podążamy tylko za wiedzą, to robimy mnóstwo błędów, a inni postrzegają nas jako surowych i krytycznych; będzie nam trudno nawiązać więź z kimkolwiek, nie będziemy umieli dostrzec dobra w innych i szanować ich. Tamto spotkanie było niezwykłym doświadczeniem, którego nadal do końca nie zrozumiałem. Czy wam też nie przydarzają się czasem sytuacje takie jak ta, które kwestionują wszystko, co do tej pory wiedzieliście?

Kilka lat temu podzieliłem religie świata na dwa rodzaje: pierwszy rodzaj nagina prawdę tak, żeby pasowała do wiary. Jaką religię wyznajecie? Buddyzm, chrześcijaństwo? Jak często zdarza wam się nagiąć prawdę do prawd wiary? „Jestem buddystą, więc jest tak i tak”. Naginasz fakty. Druga opcja to to, na czym powinna polegać religijność: naginanie wiary do faktów. Innymi słowy, nieważne, w co wierzysz; jeśli fakty, które masz przed oczami nie pasują do wiary, naginasz wiarę. O tym dokładnie mówi Kalama Sutta: o naginaniu wiary tak, żeby dopasować ją do prawdy. Większość przywódców religijnych to buntownicy, którzy kończyli na krzyżu albo w poważnych tarapatach; ale buntowali się dlatego, że widzieli wszystko głębiej. Stawiali wyzwania, a to czasem bardzo potrzebna umiejętność: rzucić wyzwanie, popchnąć rzeczy do przodu, wywołać zmiany, mimo, że zawsze spotka się to z oporem.

Dlatego dobrze jest buntować się przeciwko temu, czego nas nauczono; dobrze jest być gotowym na zmiany. Powinniśmy umieć zakwestionować wszystko, tak, żeby nic nie naginało już faktów, które mamy przed oczami, i żebyśmy nie pozwolili naszej wierze przesłonić nam prawdy. O to właśnie chodzi w wewnętrznej ewolucji. Ludzie często mają skrzywione spojrzenie na różne rzeczy, a mimo to każdy myśli, że ma rację. W końcu jednak dostrzegamy, że się myliliśmy, a im wcześniej to zauważymy, tym lepiej. Możemy to osiągnąć właśnie przez gotowość na zmiany, na spojrzenie na rzeczy z innej strony. Gotowość na zmianę podejścia, na wyrwanie się z wyuczonego myślenia; gotowość na widzenie rzeczy w innym świetle – o ile to światło oświetla prawdę. O ile ta zmiana wprowadzi do twojego życia więcej pokoju i harmonii.

Często mówię o szczęściu i cierpieniu na przykładzie relacji w związkach, bo to jedne z największych źródeł tych emocji. Czasem ludzie chcą się zmienić, ale nie mogą i nie wiedzą, dlaczego tak jest; nie wiemy, dlaczego tak niechętnie zmieniamy swoje zachowanie. Dzieje się tak, bo często boimy się zmian, albo nie wiemy, jak do nich doprowadzić. To bardzo ważne, aby stać się kimś, komu zmiany przychodzą z łatwością; ważne jest, żeby rozwinąć w sobie tą umiejętność, jak i odwagę do przyjmowania zmian. Bo tylko jeśli posiadamy tą umiejętność, możemy poczuć się wolni i żyć mądrze, adaptując się do każdej chwili. Możemy popatrzeć na życie ze współczuciem, otworzyć wrota naszego serca na życie i na umiejętność uwalniania się od rzeczy, i od przeszłości, tak, żebyśmy mogli żyć w chwili obecnej, wciąż się adaptując i zmieniając w zależności od tego, co przyniesie nam życie. Jeśli jesteście w stanie to zrobić, oszczędzicie sobie dużo cierpienia. Zmieniajcie się. Czy chodzi o zmianę religii, zmianę poglądów, kiedy znajdziecie takie, które bardziej wam odpowiadają. To bardzo ważne.

Jest pewna stara buddyjska historia, ze zbioru Digha Nikāyi, o dwóch mężczyznach, którzy udali się w okolicę, z której wyemigrowali wszyscy mieszkańcy. Chcieli zobaczyć, czy uda im się znaleźć coś, co mogliby zabrać i sprzedać. Jeden z nich znalazł stare konopie, powiedział swojemu towarzyszowi, po czym zabrali ze sobą wielkie naręcze konopi. W drodze powrotnej jeden z nich znalazł płótno konopne.

„O, to do tego używali tych konopi” – powiedział i wyrzucił niesione przez siebie naręcze, zabierając zamiast tego płótno. Drugi stwierdził, że same konopie mu wystarczą i nie chciał zamienić ich na płótno. Trochę dalej znaleźli trochę bawełny. Bawełna jest lepsza niż płótno konopne, więc ten, który wyrzucił wcześniej konopie, teraz wyrzucił płótno i wziął bawełnę. Drugi zaś znowu stwierdził, że wystarczą mu konopie, których wcześniej nazbierał. Potem znaleźli jedwab. Pierwszy z mężczyzn wyrzucił bawełnę i zabrał jedwab, a drugi znowu stwierdził, że konopie, które niósł, mu wystarczą. Jeden z nich był gotów zamienić to, co miał, na coś lepszego. Dalej znaleźli srebro. Ten, który niósł jedwab, wyrzucił go i wziął srebro. A potem znaleźli złoto, więc wyrzucił srebro i wziął złoto. I kiedy w końcu wrócili do domu, jeden z nich przyniósł złoto, a drugi garść konopi. Buddha świetnie podsumowuje tą historię: „ten, który przyniósł konopie, nie przyniósł swojej rodzinie szczęścia. Rodzina narzekała. Ten, który przyniósł złoto, został powitany z szerokim uśmiechem.”

Buddha chciał przez tą historię powiedzieć nam, żebyśmy zawsze umieli oddać jedną rzecz za coś lepszego. Szczególnie w kwestii podejścia do życia i poglądów. Jeśli więc trafię kiedyś na lepszą religię, chętnie zamienię na nią buddyzm. Nie ma nic złego w zmienieniu kursu i podążaniu ścieżką, która bardziej ci odpowiada. To, co jest wspaniałe w buddyzmie to to, że nie kierujemy się potrzebą kontrolowania ludzi; nie zmuszamy nikogo do zostania buddystą. Jeśli ktoś czuje, że to dla niego, to wspaniale. Ja też oczywiście myślę, że to piękna ścieżka. Ale trzeba iść ścieżką duchową z gotowością na zmiany, na rozwój, na uwolnienie od tego, co stare. Dzięki temu jesteśmy w stanie znaleźć coś jeszcze piękniejszego. Dzięki temu pozwalamy sobie na zmianę i rozwój. Inaczej możemy popaść w dogmatyzm i skostnienie poglądów, których nie zmienialiśmy od bardzo dawna – a których nie chcemy zmienić tylko dlatego, że wygodnie nam z tymi starymi poglądami i nie mamy ochoty zmieniać ich na coś lepszego. Tak jak człowiek, który wrócił do domu z naręczem konopi, mimo, że mógł zamienić je na złoto. Nazywamy to przywiązaniem do poglądów i idei. Brakiem woli, żeby odpuścić. A odpuszczenie to esencja zmian.

To był dzisiejszy wykład, poświęcony zmianom.

Sadhu, sadhu, sadhu!

Czy ktoś ma jakieś pytania na ten – mam nadzieję – skłaniający do refleksji temat? Żadnych? I żadnej krytyki? Ani komentarzy?


Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: BlinkListblogmarksdel.icio.usdiggFarkfeedmelinksFurlLinkaGoGoNewsVineNetvouzRedditYahooMyWebFacebook

gnu.svg.png

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL:

Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.3 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.


cc.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons:
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0


sasana_banerros.jpg

POMÓŻ FUNDACJI "THERAVADA"
(KRS: 0000464215, NIP: 5223006901, Regon: 146715622)

KONTO BANKOWE: 89 2030 0045 1110 0000 0270 1020


Oryginał można znaleźć na tej stronie: https://www.youtube.com/watch?v=RgeXSJr9a4E

Źródło: bswa.org

Tłumaczenie: KuHarmonii