Na podstawie mowy wygłoszonej w klasztorze Bodhinyanarama w grudniu 1990 roku.

Jeśli środki są właściwe, skutek również będzie właściwy.
Jeśli żyję beznamiętnie teraz,
jak będę mógł później wykrzesać z siebie jakieś uczucia?

Dobry wieczór. Miło jest widzieć tak wielu ludzi siedzących cicho i kontemplujących Dhammę w tym wspaniałym otoczeniu. Właśnie skończyliśmy dziesięciodniowe odosobnienie, w którym wzięło udział mniej więcej trzydzieści osób, świeckich i członków społeczności klasztornej.

To szczególny przywilej żyć bez rywalizacji, spraw doczesnych i zwyczajnego zmagania się z życiem. W takiej chwili można przyglądać się rzeczom takimi jakimi są. Można dostrzec przestrzeń, zaufanie i moralne otoczenie zachęcające do utrzymywania ciszy, a wszędzie widać piękno natury. Przebywać w takim otoczeniu to niezwykła okazja.

W tym krótkim czasie zaczynamy rozwijać silne poczucie jedności i więzi z innymi. Pojawia się wspólne działanie, ponieważ życie we wspólnocie polega na współpracy, a nie na rywalizacji. Nie ma: „Ja osiągnę Nibbānę przed tobą, a jeśli wyrwiesz się do przodu, to ci podstawię nogę”.

Wiem, że jeśli popracuję nad sobą, będę praktykować w ten szczególny sposób, żyć moralnie i przestrzegać zasad odosobnienia i nauk, to zachęcę cię do tego samego. Jeśli ty będziesz robić podobnie, zachęci to mnie. Jest zatem obopólne wspomaganie, dbałość i aspiracja. Tego oczywiście brakuje w społeczeństwie zmuszanym do współzawodnictwa, walki o pieniądze i wygodę, kiedy życie jest jedynie pustą egzystencją polegającą na oglądaniu meczów piłkarskich i tym podobnych rozrywkach. Życie we wspólnocie, jak mi się wydaje, jest obecnie zapomnianą sztuką. Trudno jest tak żyć, jeśli zostało się ukształtowanym w duchu indywidualizmu. Ja na pewno zostałem tak ukształtowany. Miałem swój pokój. Mój brat miał swój. Ja miałem swoje nagrania. On miał swoje. Gdyby spróbował dotknąć moich, byłoby po nim.

Życia we wspólnocie nauczyłem się, będąc mnichem buddyjskim. Jak wiecie, śpiewamy “Saṅghaṃ vandāmi” – składam hołd Saṅdze. W buddyzmie „Saṅgha” zazwyczaj rozumiana jest jako „Saṅgha Przebudzonych Istot”, ale gdzie teraz taką znaleźć? Jeśli jednak sprowadzić to pojęcie do zwyczajnego życia, myślimy tu o wspólnocie. Według mnie pojęcie wspólnoty wiąże się z dbałością o własne miejsce, o drzewa, wodę, której się używa, powietrze, którym się oddycha, jedzenie, którym się żywi, o zarządzanie, o ulice, które nam służą, szewca, sprzedawcę i tak dalej. Kulturę buddyjską cechuje poczucie rozwijania wspólnoty poprzez bycie odpowiedzialnym za te wszystkie realne sprawy.

Życie i praca we wspólnocie wymagają od nas dawania. Jedną z wielkich cnót buddyzmu jest dāna – dawanie. Czasem może stać się to formą duchowego materializmu, gdy związane jest z myśleniem o poprawie stanu materialnego w przyszłym życiu. Musimy zastanowić się z czym wiążę się dāna – hojność. Jakie jest znaczenie metty – idei uprzejmości i współczucia, poza byciem po prostu miłym dla psa i dzieci? Podobnie jak wspólnota, metta dotyczy głębokiego oddania i dbałości, rzeczywiście i w szerokim sensie. Dbałość o drogi, powietrze, kraj. W tym klasztorze, to się oczywiście przejawia. Gdy wchodzicie w to otoczenie, daje się zauważyć dbałość – dbałość o architekturę, daje się zauważyć ręczną pracę ludzi, ścieżkę, która została ułożona z pięknych kamieni, żeby można było po niej chodzić. Jest tu również poczucie odpowiedzialności za ogólną harmonię i ciągłość społeczności. Nie mam poczucia, że jestem tu po to, by mnie uszczęśliwiano, ale raczej, żebym z poświęceniem brał udział w waszym i moim własnym życiu, życiu społeczności, żeby tworzyć harmonię. To jest rola starszego.

Szkoła buddyzmu, której częścią jest ten klasztor, zwana jest Theravādą, co znaczy Droga Starszych. Oczywiście tradycyjnie oznacza to starszych członków wyświęconej Saṅghi posiadających wielką mądrość. Wszyscy podążamy w tym kierunku, ponieważ to jeden z kierunków rozwoju duchowego: dążenie ku dojrzałości i przyjmowanie odpowiedzialności za własną społeczność. To obejmuje rodzinę i wszystkie nasze związki.

Często problemom społeczeństwa nadaje się wymiar globalny czy narodowy, ale nie istnieją przecież nigdy narodowe problemy – są tylko indywidualne. Zwykle to jednostki się nie zgadzają i zwykle to jednostki walczą. Może się to stać narodowym problemem, jeśli cała narodowa psyche zostanie nakręcona w ten sposób, ale rozwiązanie zawsze jest indywidualne. Zawsze dotyczy mnie i ciebie, pracujących razem ze sobą. Często się słyszy: „Zaczekam aż inni zaczną segregować śmieci i plastik”. Dlaczego jednak miałbym czekać? Dlaczego nie zacząć już teraz?

Nauki buddyjskie dotyczące współczucia, empatii i pełnego dbałości uczestnictwa w życiu są jak potężne lustra. Próbujemy kierować się bezgraniczną empatią, ale to może być dużym wyzwaniem. Pierwszy mnich, jakiego spotkałem powiedział mi: „Nie martw się o te elementy buddyzmu, z którymi się zgadzasz. Te, których trudno przestrzegać są największym problemem”. Są jak lustra rzucające wyzwanie umysłowi. Jeśli więc nie zgadzam się z kimś, czy nienawidzę ludzi zanieczyszczających środowisko i trwam w nieustającej nienawiści do tego co złe, to nauką Buddhy dla mnie powinny być słowa: „Nie, to nie moje nauczanie. Możesz się nazywać buddystą, ale ja tego nie nauczam”. Zaczynamy wtedy patrzeć do wewnątrz i pytać: „Dlaczego te standardy są dla mnie za wysokie? Co jest z moim życiem nie tak, że nie jestem w stanie tego robić?”. Udział w kłopotach społeczności traktowany jako duchowa praktyka, to wielkie wyzwanie. Na przykład podejście do zebrania rady, jak do rodzaju klasztoru, czy uznanie swego oponenta za nauczyciela jest wariantem duchowej praktyki zastosowanej w rozwiązywaniu problemów. Przynosi duże korzyści. Trudno jest to robić. Łatwiej jest się usunąć i powiedzieć: „Dobrze, niech sami to zrobią. Obejrzę sobie mecz w telewizji”. Czasem trzeba i tak postąpić, ale ten rodzaj udziału w życiu społecznym, gdy myślimy, że ktoś inny zajmie się drzewami i wodą, nie przynosi wielkich korzyści. Czasem buddyzm wygląda na postawę w rodzaju: „Zostawcie mnie, próbuję osiągnąć Przebudzenie!”. Nawet praktyka metty może się taką stać. Można siedzieć i powtarzać: „Oby wszystkie istoty były szczęśliwe, oby wolne były od cierpienia”, ale gdy tylko ktoś przerwie nam medytację natychmiast dostaje mu się od nas. Łatwiej jest idealizować bezgraniczne współczucie niż faktycznie je wcielać w życie. Być blisko kogoś, kto trafia nas w nasze czułe punkty i być tego świadomym, jest prawdziwą duchową praktyką. Nie znaczy to, że mamy nie czuć alienacji, żalu czy lęku. Są to naturalne uwarunkowania ludzkiego serca, ale wyobcowanie czy żal jako ucieczka, czy coś, czego się kurczowo trzymamy, niszczy wspólnotę. Niszczy również naszą duchową praktykę.

Ścieżką buddyzmu jest być uważnym świadkiem tego, co w nas samych jest jednoczące oraz tego, co jest dzielące, ponieważ w naszym sercu mamy zarówno jedno, jak i drugie. Mamy obie te strony, bo jesteśmy istotami ludzkimi, a przyglądanie się z oddaniem naszemu wewnętrznemu światu oznacza przyjęcie odpowiedzialności za „cały ten biznes”. Nie ma jednak potrzeby, żeby to traktować jako ucieczkę. Gdy praktykujemy metta-bhāvanę – praktykę miłującej dobroci, promieniujemy miłością do naszych bliskich i osób nam obojętnych, a następnie próbujemy przywołać do umysłu osoby, o których myślimy, że są naszymi wrogami. Czasem możemy napotkać wtedy trudności, co związane jest z pamięcią. To ciekawe, jak działa pamięć. Na samą myśl o kimś, kto nas zranił, nasza pamięć natychmiast biegnie ku temu, nieprawdaż? Niepodążanie za tym pamięciowym schematem jest sposobem na odcięcie całego uczucia alienacji i oddzielenia.

W klasztorze, z którego pochodzę, mieszka około pięćdziesięciu osób, a drugie tyle w czasie odosobnień oraz około setki zbiera się w każdą niedzielę. To całkiem spora grupka. Czasami zdarza się kilku krytykantów. To ten rodzaj upierdliwców, narzekających, że opat za dużo mówi lub że mnisi znowu zjedli całe ciasto. Zazwyczaj odchodzą i ślad po nich ginie. W ten sposób nie tworzymy jednak wspólnoty. Gdy słyszymy takie wzbudzające niesnaski wypowiedzi, niekoniecznie musimy się w to wikłać. Można na przykład powiedzieć: „Tak, wygląda na to, że masz problem”. Można się nie zgadzać, ale chodzi o to, żeby uniknąć tej nieustannej tendencji w ludzkim umyśle do negowania wszystkiego. Podjęcie odpowiedzialności za właściwą mowę w społeczności też jest jednym z luster, jakich dostarczają nam nauki Buddhy. Właściwa mowa to mowa wzbudzająca zgodę, harmonię, jest prawdziwa, piękna i zgodna z Dhammą. Niewłaściwa mowa jest fałszywa, wzbudzająca niezgodę, brzydka, okrutna, szorstka i wulgarna oraz po prostu głupia. Jeśli naprawdę pracujemy z buddyzmem jako duchową nauką, to gdy nasza mowa zmierzać będzie w kierunku dysharmonii i podziałów, przebudzimy się, ponieważ traktujemy ten trening poważnie. Powiemy sobie: „Dlaczego muszę to robić? Dlaczego muszę niszczyć harmonię?”. Jest w tym radosne przebudzenie do pokojowego współistnienia, bliskości. Ta bliskość to coś więcej niż tylko związek dwojga ludzi. Chodzi tu o niewyobcowanie i dbałość o wszystkie żyjące istoty. To niełatwe, ale ta szlachetna dążność się opłaca, bo przynosi radość. Nie jest to radość jakiejś materialnej natury, czy jakieś proste rozwiązanie – to głębszy poziom szlachetności ludzkiego serca. Przeżyłem we wspólnocie dwadzieścia pięć lat i uważam, że wymaga to wiele pracy. Porównanie, jakiego używa Ajahn Sumedho, to: pięćdziesiąt kanciastych kamieni w bębnie maszyny szlifierskiej. Wychodzą z niego piękne, błyszczące, i kupujemy je wtedy w sklepie. Ten proces polega na tarciu. Chodzi o przebywanie z kimś, kto jest opryskliwy i z kim niezgadzanie się jest czymś oczywistym, ale również o jednoczesne branie za to odpowiedzialności. Albo o przebywanie z kimś, kto nas poniża i pracowanie z tym. To rodzaj „szlifowania”, które wymaga czasu, stałości i poświęcenia.

Należałoby zapytać, dlaczego jest tak wiele depresji i samobójstw w naszym społeczeństwie. Jak sądzę, problem polega na tym, że nie tworzymy wspólnoty i nie odnosimy się do siebie w niewykluczający sposób. Nasze stosunki opierają się na rywalizacji. Wycinamy drzewa, żeby użytkować ziemię. Stajemy się wyobcowani w stosunku do własnych ciał, które stają się opasłe, jak wypchane balasty, które musimy taszczyć. Czym jest ciało? To jedno ze środowisk, w którym żyjemy. Jak ono się czuje? Jakiego potrzebuje pożywienia? To ma być życie wypełnione uczuciem do społeczności czujących istot, ponieważ to, czym zasilamy nasze ciało i nasz umysł prowadzi do pełniejszego przeżywania życia. Na czym natomiast polega wypełnione uczuciem podejście do własnych emocji? Nawet w duchowej praktyce można przyjąć okrutną postawę potępiania samego siebie wobec najprawdziwszych trudności z jakimi się spotykamy. Możemy bezwzględnie wymagać od siebie bycia kochającym i wspaniałomyślnym. Duchowa strona wspólnoty obejmuje również pełen życzliwości udział w swoim wewnętrznym świecie i rozumienie własnych emocji. Dzięki tej wewnętrznej czułości czy uważności dostrzegamy różne ograniczenia. Zaczynamy widzieć, że jesteśmy zawistni, złościmy się i mamy lęki. Ten proces jest bardziej kompletnym, zintegrowanym stylem życia. Życie polegające na oczekiwaniu na grę w golfa w weekend nie ma dla mnie sensu. Wytężanie ciała po to, by mieć w tygodniu parę godzin przyjemności wydaje się oderwaniem i wyobcowaniem wobec życia. Życie w bezpośredni sposób, kiedy przeżywamy każdą chwilę z oddaniem i dbałością, ma sens i daje bardzo dobre rezultaty. Może to nadać nową jakość naszemu życiu, ponieważ sam proces egzystencji jest tak samo ważny jak każdy inny cel. Robienie tego jest ważne, bo obejmuje dbałość o wszystkie najmniejsze sprawy. Jeśli środki są właściwe, skutek również będzie właściwy. Jeśli żyję beznamiętnie teraz, jak będę mógł później wykrzesać z siebie jakieś uczucia? Jeśli moje duchowe kontemplacje są pełne nienawiści wobec samego siebie, poczucia winy i ciągłego obniżania własnej wartości, to jak może pojawić się oddanie i miłość na końcu drogi? Nic takiego się nie wydarzy. Jest to nieskuteczne. Prawo kammy nie działa w ten sposób. Tak więc, buddyjskie życie jest życiem odpowiedzialnym, dojrzałym, życiem z oddaniem. Polega na dbaniu o siebie i o własną wspólnotę.

Życzę wam wszystkiego dobrego na duchowej ścieżce i mam nadzieję, że to miejsce będzie pomocne w rozwijaniu wspólnoty w waszym duchowym życiu.

O autorze

Viradhammo.jpg

Viradhammo Ajahn
zobacz inne publikacje autora

Czcigodny Ajahn Viradhammo urodził się w Esslingen, w Niemczech w 1947 roku, w rodzinie łotewskich emigrantów. Wyjechał z rodzicami do Kanady, gdy miał pięć lat. Studiował inżynierię na Uniwersytecie Toronto, jednak życie akademickie go rozczarowało, więc w 1969 roku przerwał studia i wyjechał do pracy w Niemczech, by następnie rozpocząć podróżowanie, żeby poznać świat i doświadczyć innych kultur. W późniejszym czasie, kiedy mieszkał w Indiach, zetknął się z buddyzmem, dzięki temu, że spotkał sāmaṇerę Bodhesako, który zapoznał go z pismami czcigodnego Ñāṇavīry. Dotarł w końcu do Tajlandii, gdzie w 1973 roku został nowicjuszem w Wat Mahathat, a w roku następnym przyjął pełne święcenia w Wat Pah Pong od Ajahna Chaha. Był jednym z pierwszych mieszkańców w innym klasztorze – Wat Pah Nanachat.

Artykuły o podobnej tematyce:

Sprawdź też TERMINOLOGIĘ


Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi: Facebook

Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL: Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.

gnu.svg.png

Można także użyć następującej licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0

cc.png

Oryginał można znaleźć na tej stronie: http://www.buddhamind.info/stillness/

Źródło: Viradhammo Bhikkhu 2005

Tłumaczenie: Zbigniew Molski
Współpraca: Maciej Królikowski
Redakcja: Alicja Brylińska

Image0001%20%281%29.png


Redakcja portalu tłumaczeń buddyjskich: http://SASANA.PL/